foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

STANISŁAW ADAMSKI

ŻOŁNIERZ ZAWSZE W SŁUŻBIE RZECZYPOSPOLITEJ

 Drodzy Państwo! Pragnę przedstawić wspomnienia Stanisława Adamskiego. Zwięzłe, prawie bez emocji. Przyznam się szczerze, że kiedy wzięłam do ręki czterdziesto stronicowy maszynopis - pieczołowicie odtworzony przez żonę Autora rękopisu, panią Teresę Mozer-Adamską, ulegając jej perswazjom, że „trzeba chyba trochę skrócić", też tak pomyślałam. Czytając tekst zrozumiałam jednak, że byłam w błędzie. Ten tekst jest lakoniczny. Można było, oprócz faktów przedstawić również emocje, opisy, że los okrutnie potraktował życie jego pokolenia, własne życie Autora. Tymczasem emocje Autora ujawniają się chyba tylko w jednym momencie, kiedy wspomina o wartościach, którym służył, o Polsce, o wychowaniu młodzieży w domach polskich pod zaborem i pozostaniu wiernym tym ideałom do końca życia. Są to uczciwe, bezpośrednie, proste wspomnienia Żołnierza.

Pan Stanisław Adamski urodził się 15 grudnia 1916 roku w patriotycznej rodzinie Państwa Kruczkowskich, oddanej służbie Polsce we Włodzimierzu Wołyńskim. Nazwisko Adamski, działając w konspiracji przybrał w 1944 roku. Inne nazwiska używane w konspiracji to: Stanisław Janowski, Stanisław Zalewski, Jan Kruk i inne. Pseudonimy używane w latach 1939-1945: "Karol", "Korwin", "Radogost".

Gimnazjum nr X skończył we Lwowie, jak sam twierdził, mieście "znanym ze swego patriotyzmu i państwowotwórczego nastawienia". Od 1938 roku, jako ochotnik służby wojskowej na dywizyjnym kursie podchorążych piechoty, który ukończył w stopniu kaprala podchorążego. We wrześniu 1939 roku wraz z 40 Pułkiem Piechoty „Dzieci Lwowskich" bronił Warszawy, aresztowany przez Niemców przebywał w różnych obozach jenieckich. Po ucieczce z obozu, przez „zieloną granicę" trafiając do Lwowa, wpadł w ręce sowietów. Też potrafił uciec. W grudniu 1939 roku, w szpitalu wprowadzony do Związku Walki Zbrojnej. W okresie "Burzy" pełnił służbę w budynku VI gimnazjum na Łyczakowie, kilkakrotnie aresztowany przez sowietów, potrafił każdą niewolę znieść z godnością. Pogodził się z zakazem wyjazdu ("repatriacji") do Polski w granicach przeznaczonych przez układ jałtański; umiał podjąć pracę zarobkową, być szanowanym i lubianym przez otoczenie, awansować.

W tym samym czasie wspólnie z ks. Rafałem Kiernickim, współtowarzyszem z łagrów sowieckich niósł pomoc kościołom rzymskokatolickim, szczególnie w latach 60-70-tych (Bar, Braiłów, Czeczelnik, Kamieniec Podolski, Manikowce, Kiszyniów, Murafa, Czerniowce, Szarogród, Żmerynka i in.) Pamiętał o żołnierzach tamtych dni wrześniowych, w 50 rocznicę wybuchu wojny zaprojektował tablicę umieszczoną w fasadzie kościoła NMP Królowej Świata, który został zbudowany w miejscu dawnych okopów przy ul. Opaczewskiej, czyli tam właśnie, gdzie "Dzieci Lwowskie" walczyły i ginęły w obronie Stolicy Polski.

Stanisław Adamski w szczęśliwym związku małżeńskim doczekał się trójki dzieci i licznych wnuków, godnie noszących nazwisko przybrane przez Ojca i Dziadka w konspiracji, czynnie działających na rzecz rozwoju polskości na naszych ziemiach, 20 maja 1993 roku został po raz drugi za swe zasługi odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi dla Rzeczypospolitej Polski, odznaczenie wręczone przez Prezydenta Lecha Wałęsę w trakcie jego pobytu we Lwowie. Pierwszego odznaczenia przyznanego podczas wojny nigdy nie odebrał, przez długi czas nic o nim nawet nie wiedział.

Pana Stanisława Adamskiego poznałam w 1991 roku i jako dziennikarka zawsze mogłam liczyć na Jego pomoc, życzliwość, interesujące wypowiedzi. Swoje zdanie potrafił przekazać w niezwykle delikatny, łagodny, ujmujący sposób, szanując współrozmówcę nie narzucał swego zdania, ale zawsze był stanowczy i niezłomny w swych przekonaniach.

Stanisław Adamski odszedł 9 listopada 1999r. Pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobowcu Kruczkowskich. Najwyższy rangą z pozostałych we Lwowie żołnierzy - kapitan Adamski przekazał nam swoje przesłanie wierności i oddania "Tej, co nie zginęła"...

Oddając do druku WSPOMNIENIA, zachowałam skróty stosowane przez Autora. Myślę, że Ci, którzy Go znali, wspólnie z Nim walczyli i trwali w polskości przeczytają je ze wzruszeniem, dla nich każdy fakt, każdy okruch jest ważny. A dla nas, pokolenia powojennego - to nasza historia, choć odbierana nam, przekłamywana w podręcznikach - jest źródłem wiedzy, która uczy patriotyzmu.

Niejednokrotnie namawiany do spisania swoich wspomnień o działalności konspiracyjnej, dopóki pamięć niezupełnie mnie zawodzi, a bojąc się, że czas nie czeka, postanowiłem tej namowie ulec. Spisywanie wspomnień muszę zacząć od nakreślenia tła politycznego, które może wyjaśnić dlaczego się tak bez reszty w tę działalność konspiracyjną zaangażowałem.

Urodziłem się i wychowałem w rodzinie bardzo patriotycznej. Ojciec działał w organizacjach niepodległościowych przed I wojną światową: w "Sokole", Polskiej Organizacji Wojskowej. Matka prowadziła sierociniec dla dzieci rodziców zaangażowanych w działalność niepodległościową, którzy walczyli w Legionach, czy w regularnych oddziałach wojska austriackiego podczas I wojny światowej. Urodziłem się w okresie, gdy Państwo Polskie powstało po rozpadzie, lub przegranej w wojnie państw zaborczych i walczyło o wytyczenie swych granic. Zniszczone, zrabowane przez sowietów, wymagało odbudowy we wszystkich dziedzinach.

Jak nigdy skonsolidowane społeczeństwo, wyzwala w sobie energię i inicjatywę i wkrótce dzięki tej państwowotwórczej postawie, odbudowa osiąga takie rozmiary, że państwa ościenne, czując się wzrostem potęgi Polski zagrożone, zbroją się na potęgę, by wkrótce zagrozić Państwu, które zawsze było „kością w gardle" dla jednych, przeszkodą w "Drang nach Osten" dla drugich "bękartem Europy", które w 1920 roku znów zahamowało ekspansję na zachód, na podbój Europy i Świata. Powszechna świadomość społeczna lat 1918-1939, szczególnie kilku ostatnich lat tego dwudziestolecia, była ogromnie uwrażliwiona na zagrożenia, przede wszystkim ze strony Niemiec. Zwłaszcza na terenie Małopolski Wschodniej z jej stolicą Lwowem w pierwszym rzędzie. Nic dziwnego, że wychowany w tej atmosferze włączyłem się wcześnie w działalność konspiracyjną, jak zresztą wielu z mego pokolenia, słusznie uznanych przez współczesnych historyków polskich za jedno z najbardziej wartościowych w dziejach Polski.(...)

W jesieni 1938 roku jako ochotnik rozpocząłem służbę wojskową na dywizyjnym kursie podchorążych przy 19 pp we Lwowie. Wybuch wojny zastał mnie w stopniu kpr. podchorążego z przydziałem do 4 kompanii II baonu 40 pp im. "Dzieci Lwowskich". Jako dowódca drużyny strzeleckiej wyjechałem ze Lwowa 4 września 1939 r. na Zachód w ramach 5 DP do miejsca jej koncentracji. Pierwszy chrzest bojowy przeżyliśmy bombardowani przez zmasowany nalot lotnictwa niemieckiego 6 września w Białej Podlaskiej.

Do Warszawy dotarliśmy ósmego przed świtem, po całonocnym marszu z czasowego miejsca postoju w folwarku Dotryma. Do godziny 8-mej mieliśmy zluzować obsadę przyszłych stanowisk, w tym mojej drużyny przy końcu ul. Opaczewskiej od przecznicy ul. Białobrzeskiej do ul. Dobosza. Stanowisko zajmowaliśmy pod stałą groźbą nalotów, przy sporadycznym ogniu artylerii niemieckiej, a nawet rekonesansie czołgów niemieckich, które dotarły aż do placu Narutowicza, z którymi zetknęliśmy się na ul. Szczęśliwickiej, gdyśmy w marszu ubezpieczonym kierowali się na wyznaczone odcinki obronne. Będąc w pierwszej linii mieliśmy za sąsiadów z prawej II pluton kompanii, pod dowództwem sierżanta podchorążego Stanisława Karałowa, z lewej na drugim rogu ul. Białobrzeskiej i Opaczewskiej stanowiska kompanii CKM, którą dowodził pr. Adam Ralski, oraz II baon 41 pp. Zgodnie z rozkazem rozpoczęliśmy budowę rowów strzeleckich o pełnym profilu i rowów łącznikowych do stojącego w głębi budynku sierocińca, gdzie rozmieszczono punkt opatrunkowy, obsługiwany przez kilka sióstr zakonnych, później zamieniały je przeszkolone w służbie sanitarnej harcerki, imię starszej z nich zapamiętałem dobrze, była nią niejaka Paulina, nazwiska nie pamiętam, mieszkała w rejonie śródmieścia.

Kompania wystawiła czujkę podoficerską "Zajezdnię" po południowej stronic zajezdni tramwajowej, drugą "Nasyp" obok nasypu fortu Szczęśliwickiego w odległości około 300 metrów od przedniej linii stanowisk i około 500 metrów od stanowisk nieprzyjaciela znajdujących się w forcie. Wieczorem odparliśmy pierwszy atak czołgów i aut pancernych nieprzyjaciela, który zostawił na przedpolu naszego plutonu 4 czołgi uszkodzone naszą artylerią przeciwpancerną. Żołnierze mojej drużyny po ustaniu walki, natychmiast spenetrowali najbliżej stojący czołg, w którym znaleźli mnóstwo butelek z doskonałą śliwowicą Makowskiego z Kruszwicy, czekoladę, szynkę konserwową polską, wszystko to widać zrabowane na trasie przemarszu w drodze do Warszawy. W nocy Niemcy zdołali ściągnąć z przedpola uszkodzone czołgi. Nocą patrolowaliśmy przedpole, gdzie dla siebie również teren rozpoznawały patrole niemiecki.

Wczesnym rankiem 9 września lotnictwo niemieckie bombardowało Warszawę, a nas dodatkowo ostrzeliwała artyleria z rejonu Okęcia poprzedzając natarcie, które ruszyło o godzinie siódmej. Piechotę niemiecką na transporterach poprzedzały czołgi, wozy pancerne uzbrojone w artylerię lekką i działka przeciwpancerne, a przed nimi pędzono cywili rozebranych do pasa. Pod nacierającym natarciem wycofała się nasza "Zajezdnia" i wtedy z naszych pozycji działka przeciwpancerne otworzyły ogień. Lewoskrzydłowa 6 komp. 41 pp nie wytrzymała natarcia, sąsiedzi zaczęli się wycofywać w rejon placu Narutowicza odsłaniając lewe skrzydło naszej kompanii. Sytuacja stała się groźna, gdy natarcie niemieckie skierowało się również na przeszło 800 metrową lukę między naszą 5 kompanię 40 pp i czołgi zaatakowały naszą kompanię od tyłu. Na szczęście ogień 6 ppanc. kompanii, będącej w odwodzie uszkadza 2 czołgi, których załoga salwowała się ucieczką w kierunku ul. Bema, gdzie z nimi rozprawił się I pluton 6 komp. 40 pp. Po przeszło czterogodzinnej walce, nasilenie ataku osłabło. Po południu Niemcy wycofali się na stanowiska wyjściowe, tracąc tylko na odcinku naszego II baonu, 13 czołgów, 15 uszkodzonych 20 transporterów piechoty, 75 zabitych, około 300 rannych, z których większość dostała się do niewoli. Od ostatniego posiłku 7 września dopiero 9-go pod wieczór pomimo silnego obstrzału artyleryjskiego, udało się dostarczyć żołnierzom na pierwszej linii obiad. Wieczorem z uszkodzonych czołgów wymontowano działka ppanc, cekaemy, wyniesiono liczne skrzynki z amunicją, które nam potem służyły. Działka ppanc i cekaemy zostały wykorzystane nieraz w dość przemyślny sposób. W nocy z 9-tego na 10-ty patrolowaliśmy przedpole, czym sprowokowaliśmy atak piechoty niemieckiej wspartej ogniem artylerii i cekaemów, który jednak szybko się załamał. Niemcy ponownie przypuścili atak piechoty niemieckiej wsparty 4-ma czołgami na stanowiska kompanii, a szczególnie naszego plutonu, jednak nie zdobyli naszych stanowisk, mimo iż dotarli na odległość około 100 metrów. Strzelanina trwała aż do świtu, dopiero wtedy Niemcy wycofali się w rejon fortu Szczęśliwickiego. Nie ustawały też ataki piechoty i czołgów mniejszymi jednostkami, skutecznie odpierane przez nasze oddziały, które przez cały czas umacniały przedpole z przeszkód, które uniemożliwiały na przykład prowadzenie pożytecznego skutecznego ognia.

Przez cały długi okres trwania na stanowiskach w pierwszej linii obrony to jest od ósmego do dwudziestego szóstego września rzadko kiedy udawało mi się odpocząć, usnąć. Mimo, że po pewnym czasie zaczęliśmy stosować jedynie zostawianie na linii obsługę rkm i ckm, gdy reszta drużyny odpoczywała, był to odpoczynek czujny, wiadomo, że o piechocie mówi się "zające", bo w walce piechota jest jak zające czujna.

Przy szczególnym zwracaniu przez obserwatorów uwagi na przedpole, dały nam się również we znaki nękające nas strzały strzelców wyborowych z tyłu, wywodzących się z V kolumny, ostrzeliwujących z powodzeniem wysyłanych z pierwszej linii do dowództwa kompanii gońców, lub też dostarczycieli posiłków, amunicji i zaopatrzenia. Prócz nich likwidowaliśmy ukrywających się w zabudowaniach ulic dywersantów, przekazujących świetlnymi sygnałami informacje, dla stale patrolujących pole walki samolotów.

Przez cały ten czas prowadziliśmy służbę patrolową, obserwowaliśmy działania wroga, skrzętnie meldując zaobserwowane zmiany. Gdzieś od 20 września zauważyłem, że Niemcy zagęścili swoje gniazda oporu, wysunęli na przedpole silnie uzbrojone placówki, które skutecznie utrudniały pracę naszych patroli. Z naszej strony wzmocniono zwykłe czujki podoficerskie cekaemami, granatami, rakietami. W dzień poza linię czujek, nie wolno było poruszać się, czasami wpadano w zasadzkę i trudno, niejednokrotnie ze stratami, udawało się nasze patrole ocalić. Sytuacja, tak ludności cywilnej, jak i z czasem wojska stopniowo się pogarszała, brakło wody, światła elektrycznego, żywności. Głównym pożywieniem była konina, bo też koni rannych padało mnóstwo. W mojej drużynie głód mobilizował co sprytniejszych żołnierzy do smażenia w glinie ptactwa, gołębi, wron. Na czujce podoficerskiej "Ogrody" mieszczącej się na terenie ogródków działkowych, zbieraliśmy pomidory, kapustę i inne warzywa, które uzupełniały zupy gotowane z torebek i kostek maggi, z zapasów kuchni sierocińca. Żołnierze spożywali nawet kisiel w proszku, na surowo, gdy już zabrakło wody wodociągowej, a daleko w tyłach znajdująca się studnia, stale była oblężona przez ludność cywilną - cel ataków lotnika, który ostrzeliwał ja z broni pokładowej. W tym okresie lotnictwo niemieckie systematycznie obrzucało Warszawę bombami zapalającymi, więc jeszcze i ta plaga - pożary dawały o sobie znać. W pamięci na długo utrwalił się mi zapach wojny - pogorzelisk i charakterystyczny odgłos, gdy żołnierskimi, podkutymi gwoździami butami, rozgniatało się szkło z wybitych szyb.

Do moich osobistych osiągnięć, zasługujących na wzmiankę, należy szczęśliwy wypad z czujką "Ogrody" na niemiecki samochód ciężarowy, który zapuścił się w ogródki działkowe. Gdy podpuściliśmy ich na bliską odległość z rkm-u przestrzeliliśmy im opony i uszkodzili motor. Załoga samochodu mimo to nie chciała go opuścić, a ja nie mogłem dłużej trwać w oczekiwaniu na odwetowy ostrzał z fortu szczęśliwickiego, wrzuciłem do krytej brezentem paki samochodu granat, który już ranną załogę, zmusił do opuszczenia samochodu. Lżej rannych dwu jeńców doprowadziłem (czołgaliśmy się około 300 metrów) do stanowisk obronnych, gdzie na mój powrót z jeńcami czekał już płk Kalandyk d-ca pułku, major Kasjan d-ca 11 baonu i d-ca kompanii. Po zdaniu raportu wyżej wymienieni podziękowali mi i d-ca pułku polecił d-cy kompanii przedstawić mię do odznaczenia i awansu. Dowiedziałem się o tym już później, grubo po wojnie, ale nigdy nie otrzymałem żadnego odznaczenia. Natomiast w książce o czterdziestym pp im. "Dzieci Lwowskich" w obronie Warszawy, autorstwa mego d-cy kompanii Jana Grzybowskiego, jestem wymieniony jako awansowany na polu walki.

Ten mój wypad miał miejsce 22 września, zaś 24 z okien naszego sierocińca dostrzegliśmy zajeżdżające na stanowiska ogniowe w Kolonii niemieckie samochody osobowe z wyższymi oficerami, którzy przez lornetki obserwowali przedpole. Na strych sąsiedniego wysokiego, dziewięciopiętrowego, z prawej strony od nas budynku, już na stanowiskach dowodzonych przez sierżanta podchorążego Koralowa wciągnięto 2 ckm-y, które skutecznym ogniem wywołały wśród Niemców nie tylko popłoch, ale i prawdziwą jatkę, o której sądzić można było według liczby wynoszonych na noszach rannych. Niemcy po jakimś czasie odpłacili się nam huraganowym ogniem artyleryjskim, który niszczył dosłownie piętro po piętrze tego wysokiego budynku, a i nasz sierociniec też ucierpiał. Byłem jedynie kontuzjowany, inny ciężko ranny żołnierz zmarł.

25 września miał miejsce nieudany wypad 1 i 11 baonu 56 pp na fort szczęśliwicki, który miał wzmocnić pozycje obronne na Ochocie, a został dokonany w czasie, gdy Niemcy przygotowali się do generalnego szturmu na pozycje obronne Warszawy.

26 września o godzinie 8 rano po kilkugodzinnym zmasowanym ostrzale artyleryjskim Niemcy ruszyli do generalnego natarcia na nasze linie obronne. Artyleria niemiecka obróciła w perzynę stanowiska 4 kompanii, która straciła 40% stanu, a piechota niemiecka na wykurzenie załogi 4 kompanii z okopów zaczęła używać miotaczy ognia. W ostatnim momencie, gdy kompanii groziło okrążenie, przyszedł rozkaz, ckm-y i działka ppanc, 1 i 11 i jako 111 pluton strzelecki - opóźniający działania nieprzyjaciela, walką wręcz. Zaledwie część żołnierzy 111 plutonu zdołała się wycofać. Duża grupa broniła się w budynkach na Opaczewskiej do wieczora i dopiero pod osłoną nocy wycofała się na ul. Częstochowską. Z zebranych resztek plutonu zorganizowałem drużynę, i na rozkaz d-cy baonu, ruszyliśmy do ochrony piekarni przy ul. Prądzyńskiego, do której dotarłem pod wieczór. W piekarni zastaliśmy zaczyn na chleb w dużych metalowych dzieżach, na który wygłodniały żołnierz rzucił się jak na najlepszy specjał. Sam tego specjału nie kosztowałem, gdyż wycofując się ze stanowisk na Opaczewskiej dotarłem do miejsca postoju baonu na Sękocińskiej, gdzie znajomi kpt Neugebauer, por. Ralski, ppor. Biederman likwidowali stanowiska d-twa baonu przed przeniesieniem się na ul. Dworską i przy sposobności otworzono dużą, chyba 5 kg. puszkę z konserwowaną szynką, którą i ja się do syta ugościłem. Mimo od dłuższego czasu pustych żołądków nikt z żołnierzy nie zachorował po tym niepieczonym chlebie, a ja po szynce.

Na tym stanowisku doczekaliśmy się zawieszenia działań wojennych. 27 września o godz. 13 został oddany rozkaz zawieszenia broni, równocześnie przegrupowania wojsk. Dopiero 29 przeszliśmy do rejonu zakwaterowania w szpitalu żydowskim, a poprzedniego dnia, chyba od por. Ralskiego dowiedziałem się o tajemniczym samolocie, którym przywieziono rozkaz naczelnego wodza o zorganizowaniu armii podziemnej, pod nazwą "Służba Zwycięstwa Polski", na d-cę której gen Rommel naznaczył gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza. Po jakiejś wspólnej naradzie postanowiliśmy przebrać się w cywilne ubrania i zaciągnąć się do SZP, zamiast pójść do niewoli. Okazało się, że ubrań cywilnych może nam dostarczyć nasza starsza sanitariuszka p. Paulina, co przyjęliśmy z wielką wdzięcznością. Pozostało jednak o swej decyzji zameldować d-cy komp. I baonu, który niestety sprawę postawił dość kategorycznie, że nikt nas nie zwalniał z obowiązku służby wojskowej, trzeba wraz ze swoimi żołnierzami udać się do niewoli, co, również potwierdził d-ca pułku w swoim pożegnalnym rozkazie. Wróciłem jeszcze do miasta w poszukiwaniu najstarszego brata, okazało się jednak, że został wraz z Komisariatem Rządu ewakuowany do Równego, a mieszkanie jego, z którego miałem zamiar korzystać, pozostawiono pod opieką dozorcy. Nie mogłem swemu d-cy kompanii wyjaśnić przyczyny chęci opuszczenia oddziału, gdyż sam nie miałem jeszcze żadnego kontaktu, choć znajomy ze Lwowa ppor. Marian Rojek, oficer informacyjny, popierał moją decyzję i twierdził, że teraz sam za siebie odpowiada, do niewoli nie pójdzie, a kontakt na SZP znajdzie przez znajomych 11 oddziału.

Grupa jeńców, w której i ja się znalazłem 1 października wyruszyła z ul. Puławskiej otoczona konwojem żołnierzy z psami do Piasecznej. Tu przeprowadzono rewizję, po której pozostawiono nam jedynie bieliznę, mundur i buty, tu też oddzielono oficerów od grupy i skierowano ich do Góry Kalwarii, a żołnierzy i podoficerów skierowano do pobliskiej wsi Bzumin, gdzie ustawiono kolumnę w wielki czworobok, na podmokłej łące, otoczono prowizorycznym ogrodzeniem z drutu kolczastego, oświetlonego z czterech stron silnymi reflektorami, przy których ustawiono cekaemy.

Na stosunkowo niewielkim obszarze zgromadzono taką masę ludzi, że ledwie starczyło miejsca, by jak śledzie w beczce, jeden obok drugiego mogliśmy leżeć. Miało to i tę dobrą stronę, że mogliśmy się nawzajem ogrzać, gdyż odebrano nam płaszcze i koce, a pogoda się zepsuła i od pierwszego dnia pobytu, przez dwa tygodnie nękały nas nieustające deszcze. Na ośmiu jeńców wydawano bochenek chleba i chochlę gorącej kawy, względnie wody z kapusty. Niestety już po paru dniach wskutek dokarmiania się surową brukwią, większość zachorowała na czerwonkę. Z głodu, zimna, ludzie umierali jak muchy. Ja również zachorowałem, gdyż nie chciałem pchać się po wydawany chleb i wodę, by nie sprawiać radości Niemcom, którzy takie sceny filmowali. W obozie ujawniły się charaktery, dochodziło do zabójstw z błahych powodów, wyszukiwano wśród żołnierzy i oficerów Żydów, w czym szczególnie celowali Białorusini i Ukraińcy.

Na moje szczęście spotkałem w obozie grono starszych podoficerów z kompanii łączności, wśród nich swego brata Zygmunta, którzy mieli jakieś zapasy żywności, namiot i chyba lekarstwa, a więc po jakimś czasie, czerwonka mię opuściła i zacząłem powracać do sił. A były one potrzebne, gdyż przy końcu października przetransportowano nas do Lublina i zakwaterowano w hangarach na lotnisku, wprawdzie na betonie, ale już pod dachem. Za dodatkową kromkę chleba i porcję kawy, większość zgłaszała się do roboty, ja natomiast zdecydowanie przygotowałem się do ucieczki z obozu. Nie pamiętam daty, kiedy udało mi się uciec wraz z bratem spotkanym jeszcze w Bzuminie. Szliśmy przeważnie nocą, w dzień zaszyci w kopie siana odsypialiśmy noc. Naturalnie musieliśmy się w drodze czymś żywić, i tu bardzo nam pomogła znajomość z płatnikiem, nie pamiętam, z jakiego pułku, który chciał się jak najprędzej pozbyć państwowych pieniędzy, w zamian za podpisany rewers. Zaopatrzeni w gotówkę mogliśmy opłacać przewodnika -przemytnika, który (daty nie pamiętam), przeprowadził nas przez granicę w rejonie Rawy Ruskiej. Szokujące wrażenie wywarli na nas żołnierze sowieccy z oddziałów straży granicznej. Ubrani w poszarpane, nie obrębiane płaszcze w czarnych owijaczach na nogach, rzadko który miał skórzane buty. Na głowie tzw. budionówki, karabiny, jeśli nie na sznurku, to w najlepszym razie na parcianych pasach. Jeździli na konikach niskich, podobnych do naszych huculskich, na oklep, bez siodeł, strzemion, zresztą w większości, gdyby nie zgięte w kolanach nogi, zawadzali by nimi o ziemię.

Rawa Ruska okazała się dla nas niegościnna. Mieliśmy na sobie mundury, jakaś usłużna Żydówka doniosła na posterunek milicji, aresztowano nas i osadzono w jakiejś szopie, gdzie było już sporo takich jak my uciekinierów, przemytników - tych, których złapano bezpośrednio na przekraczaniu granicy. Milicjantem, który nas pilnował był jakiś młody Żyd w cywilnym ubraniu z czerwoną opaską na rękawie i czerwoną kokardą przy kaszkiecie. Postawiono go pilnować wrót do szopy, a z przeciwnej strony przez rozsunięte deski w ścianie bez trudu wieczorem uciekliśmy. Mimo, że do Lwowa było już blisko, postanowiliśmy tylko oddalić się od granicy, zaszyć się na noc, i na następny dzień przystąpić do ostatniego etapu wędrówki do Lwowa, który chcieliśmy pokonać w ciągu jednej nocy, co zresztą nam się udało. Nie pamiętam daty, ale musiał to już być chyba koniec listopada, bo o godz. 6 rano było jeszcze ciemno, a właśnie o tej godzinie spotkaliśmy naszą mamę, która spieszyła do kościoła S.S. Sakramentek na pierwszą mszę świętą.

Wielką radość w domu z powodu szczęśliwego powrotu dwóch synów z wojny, przyćmił brak wiadomości o najstarszym bracie, o którym już dowiedziałem się w Warszawie, że nie został jako oficer 5 p sp zmobilizowany, gdyż w składzie razem z Komisariatem Rządu, został ewakuowany na Wołyń. Obawialiśmy się, że gdyby wrócił do Lwowa, groziła by mu denuncjacja, jako pracownikowi Referatu Bezpieczeństwa w Starostwie Grodzkim. Dopiero w czasie okupacji niemieckiej dowiedzieliśmy się, że wrócił szczęśliwie i zaszył się na prowincji u rodziny żony. Pierwsze dnie po powrocie odsypiałem potężne zaległości snu, ale gdy powieki same nie chciały się podnosić, skierowano mnie na leczenie w klinice neurologicznej szpitala powszechnego. Mój pobyt tam nie trwał długo, gdyż NKWD poszukiwało w szpitalach oficerów uchylających się od obowiązku rejestracji, o którym zwiastowały gęsto na mieście rozwieszone czerwone plakaty.

Część z oficerów i tych, którzy się zarejestrowali i wielu rannych, których złapano w szpitalach i rewizjach po domach, jeszcze przed końcem roku wywieziono na Sybir. W naszym domu poszukiwano przede wszystkim brata, ale również pytano o mnie, tak że po ucieczce ze szpitala nie wróciłem do domu. Musiałem się ukrywać. Z tym ukrywaniem się w moim wypadku dość humorystycznie to wyglądało, w dzień przeważnie przebywałem w mieszkaniach znajomych (między innymi u swego profesora z gimnazjum H.Sartowskiego, który sam się ukrywał jako oficer rezerwy naszego pułku, oraz działacz legionowy), w nocy kiedy najczęściej przeprowadzano kontrole po domach, stałem w tak zwanych kolejkach, równocześnie w wielu, pod sklepami, w których dopiero rano odbywała się sprzedaż jakiegokolwiek towaru. Kupowało się wszystko co "dawali" - bo każdy towar był przedmiotem wymiany na żywność, o którą było bardzo trudno.

Chyba jeszcze pod koniec roku spotkałem się z por. Marianem Rojkiem (of. inf. pułku), który ponowił propozycję pracy w wywiadzie. Złożyłem przysięgę i rozpocząłem pracę w rejonie Kleparowa, Zamarstynowa, Zniesienia -w terenie, gdzie nigdy przed wojną nie miałem z nikim kontaktu. Wybrałem sobie współpracowników (wtedy tworzono piątki) spośród kolegów z wojska między innymi dziś już nieżyjących, Bolka Szklarka, po aresztowaniu w 1940 r. wywieziony na Sybir, dostał się do Armii Andersa i walczył we Włoszech, Józka Utziga - w 1944r. więźnia Oświęcimia - powojennego profesora Weterynarii we Wrocławiu, ks. Hieronima Warachima - kapucyna z klasztoru na Zamarstynowie i kolegów z Gimnazjum Zbyszka i Otmara Borysławskich, obaj zginęli w więzieniu na Łąckiego, bestialsko zamordowani. Ci ostatni, przez swego Ojca, który był naczelnikiem stacji Podzamcze, dostarczali najbardziej cennych wiadomości, o ruchach wojsk, transportach zaopatrzenia (głównie ropy naftowej, benzyny, ale również materiałów hutniczych jadących do Niemiec). Zbierane informacje w postaci zwięzłych raportów, niekiedy z orientacyjnymi szkicami terenowymi (dyslokacja oddziałów wojskowych na terenie rejonu) przekazywałem najpierw Marianowi Rojkowi, który później wybierając się na Węgry, przekazał mnie i resztę komórki Adamowi Ralskiemu. Mam takie przeświadczenie, że dane te interesowały głównie wywiad angielski.

Ciężki okres pierwszej okupacji sowieckiej zastał większość rodzin nie zaopatrzonych odpowiednio do jej przetrwania, dlatego dorywczo wciąż szukałem źródeł zarobków, ażeby w miarę możliwości pomóc rodzinie, a nie być dla niej ciężarem. Z kolegą Utzigem wynajmowaliśmy się do piłowania i rąbania drzew, z czasem dorobiliśmy się dwukołowego wózka i stworzyliśmy dwuosobową firmę transportową, przewożącą przekupkom towary na place targowe, lub meble przy przeprowadzkach.

Gdy na Kleparowie, w wyniku denuncjacji doszło do licznych aresztowań, choć nie byliśmy z nimi bezpośrednio związani, otrzymałem polecenie zamelinowania się na prowincji w gospodarstwie rybnym we wsi Czarny Ostrów - które było schroniskiem dla wielu uciekinierów z Zachodu, "ludzi spalonych". Spotkałem tam "pracujących" w administracji znanych z nazwiska różnych aktorów teatralnych, m.in. spikera P.R. Bocheńskiego. Gdy na wiosnę 1941 roku wróciłem do Lwowa, musiałem na nowo zająć się montowaniem uszczuplonej po aresztowaniu dwu Borysławskich, komórki. Po przeprowadzonym wywiadzie, dowiedzieliśmy się, że obaj Borysławscy, byli członkami również organizacji "Stowarzyszenie Młodzieży Demokratycznej", lewicującej jeszcze przed wybuchem wojny. Wsypa nastąpiła, gdy jedna z członkiń organizacji, będąca "wtyczką", przekazała wiadomości o ich działalności organom sowieckiego wywiadu, a Józek Utzig przestał być dyspozycyjnym, jak dawniej, gdy zaczął studiować na Weterynarii. Wtedy też wywieziono rodzinę Adama Ralskiego, i kontakt z nim, załamanym psychicznie uległ poważnemu zahamowaniu.

Wtedy w pracy konspiracyjnej zetknąłem się z ekipą warszawską, która zjechała do Lwowa celem ujednolicenia działań różnych odłamów organizacji podziemnych. Zdawało im się, między innymi, jednemu z oficerów któregoś z pułków poznańskich, Stanisławowi Markowskiemu, który wkrótce po przybyciu do Lwowa zastał aresztowany, więziony na Łąckiego - uciekł ze szpitala żydowskiego po symulacji zachorowania na tyfus), że podobnie jak w Generalnym Gubernatorstwie, ludność cywilna czysto polska, mimo, że nie zaprzysiężona, sprzyja wszelkim działaniom organizacji podziemnych. Teren okupacji sowieckiej był terenem innym, bardzo trudnym, nawet dla miejscowych konspiratorów, niebezpieczny, ze względu na łatwą penetrację sowieckich służb wywiadowczych, korzystających z bezinteresownych usług Żydów, dawnych członków i działaczy partii lewicowych, początkowo nieuświadomionych Ukraińców, zmylonych hasłem wyzwolenia ziem ukraińskich spod okupacji polskiej, różnego rodzaju płatnych donosicieli, rekrutujących się z marginesu społecznego. Nie tylko z resztą, bo zastraszeni, sterroryzowani często na lep NKWD łapali się i inteligenci, głównie ci uciekinierzy z Zachodu, którzy stanowili w pewnym okresie przeważającą większość mieszkańców. (Lwów przed wojną liczył 350 tysięcy mieszkańców, a w tym okresie - 920 tysięcy). Mimo licznych znajomości starałem się unikać kontaktów osobistych, wiedzieć, a raczej pamiętać jak najmniej informacji docierających do mnie z terenu działań konspiracyjnych. Nie uniknąłem jednak, jeśli nie osobistych kontaktów z dowództwem SZO, ZWZ, to pośrednio przez liczne znajomości, czy to z grona moich profesorów gimnazjalnych u p. prof. Sartowskiego, uprzednio wspomnianego u profesorów Kurdybachowa, Grażewskiego, Kosińskiego, czy też zaangażowanych w konspiracji kolegów z wojska, czy z gimnazjum, docierały do mnie i informacje i wykonywałem też różne polecenia, nie wiążące się bezpośrednio z pracą w mojej komórce.

Szczególnie ciężkie, niebezpieczne były miesiące wiosenne 1941 roku, poprzedzające wybuch wojny między Niemcami a ZSRR. Od mojej komórki wymagano intensywnego działania, choć nasze raporty mogły służyć jako podstawa wyciągnięcia odpowiednich wniosków, zdaje mi się, że były zignorowane. Coraz głębsza inwigilacja, penetracja w struktury organizacyjne, liczne aresztowania same już mogły świadczyć o czekających nas w najbliższym czasie wydarzeniach.

W tym miejscu kończę opis etapu pierwszej okupacji sowieckiej, a więc dziś, z perspektywy czasu muszę się doń, do mojej pracy konspiracyjnej podczas pierwszej okupacji ustosunkować. Pierwszą zasadniczą cechą była mnogość zawiązujących się organizacji, stowarzyszeń, często kilkuosobowych, czy partyjnych, branżowych, dzielnicowych, powielających wzory okresu sprzed pierwszej wojny światowej - stąd nie bardzo pasujących do warunków wojny. W świadomości lwowian, z Armią Czerwoną nie prowadziliśmy wojny, mogło się ukształtować pojęcie, że mamy jednego wroga, i z jednym tylko wrogiem walczymy, a wszelkie organizacje podziemne stworzone są tylko do walki z jednym wrogiem, którym były Niemcy.

Aparat NKWD w pierwszym okresie zakamuflował się, grał rolę sprzymierzeńca w tej walce, posuwał się nawet do tego, że zdekonspirowanych działaczy początkowo nie prześladowano, a nawet namawiano do współpracy. Specjalnie nie reagowano na fakt potraktowania załogi Lwowa walczącej przecież z Niemcami, jako jeńców wojennych, ponieważ załogę tę stanowiły w większości pułki nie lwowskie, sądzono więc, że wywożonych odwozi się do miejsc lokalizacji ich przedwojennych dywizji. Nikt nie mógł dopuścić myśli, że oficerów czeka masakra, zwłaszcza, że wiarołomny akt kapitulacji Lwowa przewidywał ich swobodę, nawet wyjazdu za granicę - (wszyscy sądzili, że chodzi tu o Węgry i Rumunię), a żołnierzy ciężka niewolnicza praca przy budowie dróg, początkowo na terenie Małopolski Wschodniej nawet niedaleko Lwowa, a dopiero z czasem w kopalniach Donbasu. Wiadomości o nich, o ile nawet docierały, były traktowane jako mocno przesadzona propaganda. Nawet gorzka prawda o losie oficerów z Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa, odpowiednio spreparowana, winę zwalała na Niemców, długo przecież jeszcze po wojnie.

Dopiero koniec 1939 roku i rok 1940, początek 1941 z wywózkami, aresztowaniami zaczął zmieniać ustosunkowanie się ogółu do sowietów (tak ich potocznie nazywano). Ile jednak ofiar pociągnęło to początkowe lekceważenie podstawowych zasad konspiracji, traktowanie ich jako ludzi, podczas gdy oni, masowo zaludniając nowe tereny przyjeżdżali tu z jednym zamiarem - totalnym wyniszczeniem elementu nie poddającego się wynarodowieniu i resocjalizacji według ich pojęć. Pod koniec tej pierwszej okupacji czułem się mocno już zagrożony, dom odwiedzałem tylko na umówiony sygnał, zwłaszcza, gdy jeden z pokoi mieszkania zajął "pan prokurator".

Z wielką radością obserwowałem więc, jak do wagonów towarowych zgromadzonych na dworcach czerniowieckim, na Podzamczu, przeznaczonych do kolejnych wywózek Polaków, (lista krążyła po Lwowie), podjeżdżają ciężarówki z rodzinami wojskowych sędziów, śledczych, prokuratorów i innej "swołoczy" z przysłowiowymi tobołkami, czasem nieznanego im przeznaczenia przedmiotami. Widać było przerażenie na ich twarzach: czy zdążą uciec przed bombami niemieckimi, które już od wczesnych godzin rannych 22 czerwca nękały dworce kolejowe, drogi "dawaj nazad" na wschód ul. Łyczakowską, Zieloną. Uciekający strzelali nawet do ludzi obserwujących z okien swych mieszkań, jak odbywa się ten sromotny exodus. Żałosny widok tych ludzi, którzy nie chcąc się pozbyć łatwo zdobytych rzeczy zabierali je ze sobą; np. kobiety jechały w kapeluszach z piórami, w długich kolorowych sukniach, mimo ciepła, słonecznej pogody, okryte futrami.

Od dawna oczekiwaliśmy tego ich odejścia. Odchodzili pozostawiając po sobie masakrę, zamordowanych, absolutnie niewinnych ludzi w tak okrutny sposób, że w głowie się nie mieściło, że mogli tego dokonać ludzie. Cały tydzień trwała ta ich ucieczka, ale starczyło im jeszcze sił, by 26 czerwca wróciła załoga strażników i "naczalstwo" więzień, by wykonać masowe egzekucje 27 i 28 czerwca.

Dopiero 29 czerwca można było przyjść i zobaczyć ich "dokonania", które przeszły wszelkie wyobrażenia, gdyż wieczorem, w sobotę 28 czerwca sowietów już nie było. Żydzi się pochowali, a Lwów został opanowany przez Ukraińców. Polacy, mimo, iż oczekiwali i życzyli takiego końca sowietom, z niepokojem oczekiwali nowego okupanta.

Niedawne przeżyte moje osobiste spotkanie z Niemcami w obozie jenieckim nie nastrajało zbyt optymistycznie, tym bardziej, że od razu zrozumiałem, że walka w konspiracji będzie trudniejsza, wróg numer jeden - Niemcy, mieli już dużą praktykę w zwalczaniu podziemia w Gen. Guberni. W dodatku zaś na naszym terenie znaleźli oddanego sojusznika w postaci Ukraińców, wiążących z Niemcami płonne nadzieje swej niepodległości, niestety lepiej od Sowietów orientujących się w naszych działaniach konspiracyjnych. (...)

Przerzedzone mocno w obawie przed Ukraińcami szeregi zrzeszonych w organizacjach żołnierzy, wywózki, aresztowania, pobór młodszych roczników do Armii Czerwonej, a obecnie jeszcze przez wyjazdy na Zachód zmuszają do zmiany taktyki w dalszej konspiracji. Strategiczne cele ulegają modyfikacji, na masowość nie ma co liczyć i w pierwszym okresie wzmożonej pracy w ZWZ, tym razem pod dowództwem por. służby stałej Artura Feji z 19 pp., nacisk kładzie się na odbudowę kadr. W tym miejscu słów parę o moim nowym dowódcy. Znaliśmy się z okresu mojej służby w wojsku, był on d-cą kompanii podchorążych wywodzących się z nauczycieli i absolwentów seminariów nauczycielskich. Po chwalebnej roli w kompanii wrześniowej, jako d-ca kompanii ckm. 19 pp. zostaje na polu walki nad Bzurą, odznaczony Krzyżem V.M., po szczęśliwym powrocie do Lwowa, włącza się w nurt działalności konspiracyjnej w grupie "Szarych Szeregów". Jako harcmistrz R.P., aresztowany wraz z całym dowództwem baonu harcerskiego już w kwietniu 1940r., aż do końca czerwca 1941 roku więziony na Zamarstynowie. W przeddzień masakry udało mu się z grupą około dwudziestki współwięźniów szczęśliwie uciec z więzienia. Był w stanie absolutnego wycieńczenia.

Już po kilku miesiącach jeszcze w trakcie powrotu do zdrowia, znalazł się pod komendą płk. Władysława Smereczyńskiego d-cy okręgu, który mu zleca utworzenie Inspektoratu Lwów - prowincja. Sztab Inspektoratu znów stanowią przeważnie znajomi komendanta Inspektoratu "Stacha" z harcerstwa i wojska.

Jego działalność jest bardzo wyważona, nacechowana zasadą wielkiej konspiracji, bezpieczeństwa. "Stach" poleca mi zorganizowanie służby łączności konspiracyjnej przy równoległym kierownictwie II Wydziału Organizacyjnego. Zadanie to okazuje się po pewnym czasie (zbyt trudne – przypis S.K.), przerasta siły i możliwość dowodzenia w ramach jednego Inspektoratu i dowództwo Okręgu wyznacza odrębne Inspektoraty (według stron świata). Nam przypadł Inspektorat Północ z siedzibą w Kamionce Strumiłowej. Inspektorat dzieli się na obwody; Kamionka Strumiłowa, Radziechów, Sokal, Żółkiew, Rawa Ruska, Busk. Z czasem Rawa Ruska przechodzi do Inspektoratu Zachód, Busk - Wschód. Ze znaczniejszych rejonów w Inspektoracie pod względem liczebności liczą się w pierwszym rzędzie: Żółkiew, Mosty Wielkie, Sokal, Krystynopol, Radziechów Stojanów, Dzidziłów. Miejscem pobytu Inspektoratu był Lwów. Przypadająca mi w udziale funkcja kierowania dwoma wydziałami, zmusza mnie do odwiedzania i kontaktów nie tylko z oficerami organizacyjnymi i łączności, ale często w zastępstwie Kierownictwa Inspektoratu z dowódcami obwodów, a nawet rejonów. (...)

Docierały do nas wiadomości od sąsiadów z północy, z Inspektoratu Łuckiego, którzy już w 1942 roku zetknęli się ze zorganizowanymi napadami oddziałów UPA na polskie wsie i osady. Opierając się na ich doświadczeniu, opracowaliśmy plan utworzenia placówek samoobrony. Wobec braku broni próbuję zaradzić temu, uzyskaniem funduszy na jej kupno. Na miejscu w rejonach - niestety na miarę potrzeb są to krople w morzu, i w żadnym wypadku nie stwarzają możliwości utworzenia silnych placówek samoobrony. Przy tym po rozpoznaniu w terenie nie znajdujemy mocnego polskiego ośrodka w oparciu o który można by myśleć o stworzeniu obozu samoobrony, dla okolicznych wsi (...) W zaistniałej sytuacji staram się o utworzenie linii łączności alarmowej do dyspozycji służby, oddając zakupione rowery. Dublujemy łączność przez służbę kolejową, dla jej dyspozycji oddaję lokal kontaktowy, specjalnie wynajęty blisko dworca Podzamcze. Mimo wszystkich naszych działań, zdajemy sobie sprawę, że nie zdołamy wobec naporu terroryzmu ukraińskiego wstrzymać ludność polską przed wyjazdem na zachód. Sporadyczne napady na terenie Inspektoratu na wiosnę 1945 roku przekonały nas, że zmobilizowanie w każdym obwodzie oddziałów dyspozycyjnych jest niemożliwe, gdyż młodych chłopców nie obarczonych rodzinami brak, a w ślad za mężczyznami dorosłymi zaraz ruszają całe rodziny z dziećmi, dobytkiem, co zupełnie uniemożliwia wykorzystanie tegoż oddziału na innym niż własny terenie. Pod koniec 1945 roku, na skutek aresztowania jednego z łączników, jak się później okazało zupełnie nie związanego z jego przynależnością do A K, który zresztą zdołał przywiezioną pocztę zniszczyć - polecono mi zlikwidowanie punktu kontaktowego na Podzamczu, oraz przekazanie zastępcy bieżących spraw, a samego na krótko urlopowano i przekazano do dyspozycji d-twa Okręgu. Wobec wycofania się i likwidacji Inspektoratu na wiosnę 1944r. przekazano mnie do dyspozycji Komendanta Dzielnicy Wschód, gdzie w rejonie II rozpocząłem pracę w WWiKG, współpracując z ppor. Stanisławem Łatkowskim, Na czas "Burzy „ zostałem mianowany d-cą plutonu II rejonu, który przez cały czas "Burzy" pełnił służbę w siedzibie dawnego gimnazjum męskiego nr VI przy ulicy Łyczakowskiej 37. Służba polegała na patrolowaniu powierzonego odcinka, na zabezpieczeniu obiektów państwowych, użyteczności publicznej zlokalizowanych w tym rejonie. Przed zakończeniem akcji „Burza” zostałem odwołany i powierzono mi zlikwidowanie i zamelinowanie archiwum byłego dowódcy Okręgu Stanisławów przy ul. Jabłońskich. Już po „Burzy" otrzymałem wiele zadań o takim likwidacyjnym charakterze, dotyczyły one lokali należących do członków Komendy Głównej Obszaru i Okręgu, aresztowanych po 27 lipca 1944r. Ze względu na własne bezpieczeństwo podjąłem po raz pierwszy za cały okres okupacji zalegalizowanie swego położenia, meldując się na miejscu zamieszkania przy ul. Łyczakowskiej 51 i podejmując pracę w fabryce wyrobów farmaceutycznych „Laokoon”. Utrzymywałem sporadyczne kontakty z pozostałymi na wolności znanymi mi z okresu pracy konspiracyjnej, ludźmi, aż do chwili aresztowania mnie w kwietniu 1945r. Przez cały okres pracy w konspiracji nie pracowałem zarobkowo, będąc oficerem dyspozycyjnym, otrzymywałem odpowiednią gażę. Często zmieniałem miejsca zamieszkania i meldowania na różne nazwiska, oraz pseudonimy. Prócz zasadniczej służby w Inspektoracie, w związku z licznymi powiązaniami, jeśli nie brałem bezpośredniego udziału, to ocierałem się o pewne aktywne działania AK, jak akcja uwolnienia więźniów ze szpitala tyfusowego na Zamarstynowie, przerzut ocalonych ludzi na prowincje do oddziałów leśnych, akcja pomocy Żydom w getcie, więźniom w obozie, tzw. przerzutowym przy ul. Pełtewnej, zakup, przerzut, melinowanie broni, środków opatrunkowych i leków w przygotowaniach do akcji „Burza" i ich likwidacji po niej. We wszystkich tych akcjach uczestniczyłem przeważnie sam, ze względu na dodatkowe zaprzysiężenie, do których mnie zobowiązywano.

Są takie miejsca i daty, do których myślami wracać będę zawsze. Do takich należy uroczysta przysięga AK złożona w zamkniętym kościele SS. Sakramentek, w obecności ks. Kapelana, pułkownika Opackiego na ręce "Stacha", w kościele OO. Franciszkanów, gdzie w jednej z cel klasztoru miałem lokal, w którym pracowałem rano przed pójściem do pracy w "Laokonie" i nieme pożegnanie pani prof. Kurdybachowej, w dzień mego aresztowania.

Od dłuższego już czasu czułem, że jestem śledzony, a więc w momencie aresztowania byłem przygotowany, nie było to dla mnie zaskoczeniem, wprost odwrotnie oczekiwałem go, bałem się jedynie, by nie złapali mnie na "gorącym uczynku". "Corpus delieti" w postaci czystych blankietów wręczył mi na rogu ul. Piekarskiej i pl. Bernardyńskim, jeden z członków AK, sierżant zawodowy, o którym wiedziałem, że był aresztowany i wożony po mieście w celu rozpoznawania przyszłych "lokatorów" więzienia kontrwywiadu "Smiersz" na Kadeckiej 20. Udało mi się w czasie oczekiwania na samochód blankiety wyrzucić. Bardzo zaskoczony był mój śledczy, gdy z miejsca przyznałem się do przynależności do AK od września 1943 r. (data zameldowania się we Lwowie, po rzekomym wyjeździe z Warszawy), uczestnictwa w akcji "Burza", o czym wzmianka i fotografia ukazała się w gazecie frontowej, po wywiadzie, którego udzieliłem jakiemuś kapitanowi, reporterowi tej gazety, gdy jego auto na widok flagi białoczerwonej zatrzymało się przed naszą placówką. Nie potrzebował wtedy mój śledczy indagować mnie na temat podrzuconego "corpus delicti", czym by dowiódł, że akcja ta była przez nich zaplanowana, ale spaliła na panewce, gdy tych dowodów mego przestępstwa zabrakło. Śledztwo moje przebiegało zgodnie z wcześniej przeze mnie obmyślanym planem, przyznawania się do działalności we Lwowie, jedynie w czasie przygotowań do akcji "Burza", co mogli udowodnić i potwierdzić moi współpracownicy, d-cy, którzy byli aresztowani 27 lipca, tacy jak Stanisław Łatkowski, Karol Borkowitz i inni, których, niestety dziś nazwisk ani pseudonimów już nie pamiętam.

Z pobytu w więzieniu utkwiło mi w pamięci przede wszystkim początkowe miejsce, w którym przebywałem w towarzystwie ponad trzydziestu współwięźniów, a tym miejscem była stajnia, położona w ogrodzie obejścia przy ulicy Kadeckiej, która należała w czasie okupacji niemieckiej do gauleitera partii NSDAP (siedziba mieściła się w gmachu NSDAP, które z czasem dowództwo sowieckiego kontrwywiadu „Smiersz" (śmierć szpiegom) przejęło jako swoją siedzibę. Stajnia miała tę zaletę, że nie posiadała szyb w małych oknach, więc mimo niewiarygodnego zagęszczenia, tak zwanej „paraszy" - stale przepełnionej, powietrze było znośne. Drugą zaletą było to, że okna nie posiadały tzw. koszy, a więc widać było przez nie niebo, a gdy udało się stanąć na barkach współtowarzyszy, można było zobaczyć ogród w którym stajnia stała. Trzecia zaleta to, że po długim całodziennym staniu, a o leżeniu w dzień nie było mowy, gdy prowadzono nas na nocne śledztwo do gmachu głównego, był to bardzo potrzebny dla nóg spacer. Jedynym mankamentem tego spaceru, było wiązanie rąk drutem kolczastym, i to, że jeśli trafił się nerwowy, i do tego tchórzliwy konwojent, gdy nie daj Boże, człowiek w ciemności potknął się o nierówności terenu, "bojec" natychmiast strzelał nad głową delikwenta. Jakoś szczególnie z okresu pobytu w stajni zapamiętałem, a było to w pierwszych dniach maja, gdy ktoś na trąbce sygnałówce wygrywał rano „Chwalcie łąki umajone", „Kiedy ranne wstają zorze", „Śliczna gwiazda miasta Lwowa". Dzięki temu grajkowi! Mocno podtrzymywał nas na duchu.

Pobyt w stajni nie trwał długo, w dniu moich imienin przebywałem już w jednym ze schronów przeciwlotniczych tego gmachu, służących za celę. Pamiętny to był dzień, bo otrzymałem od jednego z towarzyszy niedoli, a mego kolegi z wojska Tadzia Kaszczuka wiersz przez niego na tę okoliczność napisany. Wiersz ten udało mi się jakoś przemycić przez liczne rewizje osobiste i zachować do dziś. Tadzik początkowo - za pierwszych sowietów - zaprzysiężony przeze mnie, nie bardzo nadawał się do pracy w konspiracji, zwłaszcza w wywiadzie, jako wybitnego muzyka, poetę, przekazałem go do BIPu, gdzie pracował wydatniej w redakcji podziemnej pracy. Dopiero po paru latach spotkaliśmy się w celi, nie zdradzając bynajmniej swojej przedwojennej konspiracyjnej znajomości. Dzień ten, a właściwie noc, też stała się dla nas wydarzeniem, o którym zapomnieć nie sposób. Nagle wywiązała się w całym gmachu strzelanina i po jakiejś chwili drzwi od celi się otworzyły, wpadł komendant więzienia starszy lejtnant czy kapitan Leonow i zaczął z nagana na oślep strzelać, na szczęście dość wysoko. W ścianach pod sufitem utkwiły kule, zanim zdołaliśmy kompletnie pijanego rozbroić, na szczęście też wypalił cały bębenek -tak że broń nie była już groźna. Rozbrojony, obezwładniony zaczął nas straszyć i odgrażać się, że on „stary katyniarz" nie z takimi jak my dawał sobie radę. Pierwszy raz zetknęliśmy się z takim przezwiskiem, choć o Katyniu wiadomość do Lwowa dotarła po relacjach komisji badającej mogiły pomordowanych oficerów z Kozielska, w 1943 r.

Jeśli okazją do wypicia i strzelaniny, było zakończenie wojny, niewątpliwie i my z radością powitaliśmy tę wiadomość, na którą i tak dość długo czekaliśmy wiążąc z tą okolicznością i nadzieje na szybkie uwolnienie. Następną okazją do powstania takich nadziei była wizyta generała NKWD, nazwiska nie pamiętam, chyba Azow, lub podobne, który zjechał na inspekcję więzienia, po naszym proteście, głodówce za bezprawne trzymanie nas w więzieniu pomimo zakończenia wojny, skargi na fatalne warunki w jakich nas więziono i na skąpe jedzenie. Generał naprzód nas wyrugał, że nie utrzymujemy porządku w celi i że okna są tak brudne, że przez nie światło nie pada, a zaduch nie do wytrzymania, nie omieszkał wytknąć nam brak kultury. Oniemiał dopiero z wrażenia, gdyśmy mu pokazali, że w celi nie ma okien, a drzwi tak szczelne (schron przeciwbombowy i przeciwgazowy), że tylko z litości tak zwany nadziratel od czasu do czasu je otwiera by dostarczyć trochę świeżego powietrza, również z niezbyt wentylowanego korytarza. Natychmiast kazał naczelnikowi więzienia otwierać co godzinę celę na parę minut i obiecać poprawę warunków i jedzenie. To otwieranie cel stwarzało parę razy okazję do ujrzenia naszych towarzyszek niedoli, które myły korytarz i przy okazji dzieliły się z nami wiadomościami, z wolności o lokatorach pozostałych cel. Od nich dowiedzieliśmy się o procesie "Szesnastu", na który wieziono świadków z naszego więzienia.

Warunki istotnie pod koniec roku się poprawiły, bo w stachanowskim tempie budowano nowe więzienie, do którego pod jesień nas przeprowadzono. Niestety wraz z nami przeprowadziły się liczne pluskwy, które rozgniataliśmy na ścianach celi. Wkrótce tą wyssaną przez nie krwią, ozdobiliśmy ściany w rozmaite rysunki. Nic nie zapowiadało jakichś zmian, śledztwa trwały nadal, rzadko kogoś od nas zabierano zaś lukę natychmiast wypełniali nowi więźniowie.

Wprowadziliśmy w celi zwyczaj wygłaszania jakichś prelekcji, czy to z zakresu wiadomości związanych z wykonywanym zawodem, opowiadanie treści oglądanych filmów, czytanych książek, wszystko to po to, by przerwać jałowe dyskusje na temat przyczyn klęski 39 roku i niespełnionych nadziei wiążących się z akcją "Burza".

Na rocznicę 11 listopada przygotowaliśmy z Tadziem Kaszczukiem i Staszkiem Dobrzańskim, wieczór literacko poetycki. Wziąłem na siebie rolę reżysera i scenografa. W jednym kącie celi urządziliby scenę, na której występowali wyżej wymienieni koledzy, recytując z pamięci wiersze naszych klasyków, ja zaś wygłosiłem okolicznościowy referat. Niestety nie obeszło się bez wsypy, o mojej roli, przez donosiciela szybko dowiedział się mój śledczy, którym okazał się były żołnierz Wehrmachtu, Ślązak, który zdezerterował z armii niemieckiej i znalazł oparcie w szeregach AK, w czasie „Burzy" zgrupowanych w szkole Marii Magdaleny. Uszło mi to jakoś na sucho, nawet karceru nie dostałem i nie zostałem ukarany, chyba tylko dlatego, że śledczy mimo nazwiska Kozłow, czysto aryjskiego, był Żydem, a jeden z więźniów Żyd Blumenfeld, w którego obronie nie raz się stawiałem, widać wyjednał mi u śledczego pewne względy.

Pod koniec roku zapowiedziano nam, żebyśmy się zwrócili do naszych rodzin o przekazanie ciepłej odzieży, gdyż czeka nas etap na północ. Ponieważ do rodziny się nie przyznawałem, zwróciłem się do znajomych, radość moja była wielka, gdy na Boże Narodzenie otrzymałem tak zwaną „pieredaczę", a w niej swoje buty narciarskie, ciepłą bieliznę, kurtkę skórzaną, rzeczy , których nie miałem w swoim mieszkaniu, świadczące o tym, że pochodzą z domu rodzinnego. Prócz tego i produktów żywnościowych otrzymałem w mojej chusteczce do nosa, sprytnie ukryty opłatek, wszystko to było dla mnie pocieszeniem, że do rodziny się nie dobrali, że nie są z mego powodu represjonowani. Gdy moi koledzy raczej z niepokojem oczekiwali zapowiedzianą zmianę naszego położenia, ja jej oczekiwałem z ufnością, że będzie to zakończeniem etapu śledztwa, którego bardzo się obawiałem, bałem się zachwiać się w obranej linii obrony. Na Sylwestra wywieziono nas samochodem na Dworzec Główny, gdzie do zestawu pociągu Lwów - Moskwa, była doczepiona jedna czy dwie "więźniarki", w których nas rozlokowano. Na dworcu miałem okazję urwać się z konwoju, pomagałem potężnej postury inż. Żardeckiemu, który cierpiał na bezwład nóg, dobrnąć do wagonu, jakoś nie mogłem go porzucić, widać tak miało być, a ja w Opatrzność Boską i skuteczność modlitw mojej Mamy niezachwianie wierzyłem.

Lwów żegnaliśmy śpiewem „W dzień deszczowy i ponury", pieśniami religijnymi, patriotycznymi, inicjatorkami którego były nasze panie jadące razem z nami. Naturalnie na dworcu zrobił się ruch, zgromadzeni ludzie, wśród nich zapewne i Polacy, mimo licznego zastępu konwojentów starał się od nas czegoś o nas i znajomych dowiedzieć i dotarła tak blisko, że udało mi się opuścić na ziemię gryps, który spostrzegła jakaś kobieta, podniosła go i dała mi znak, że go przekaże. Nie pamiętam jak długo trwała ta podróż. W drodze, jak to w rosyjskim bywało zwyczaju, karmiono nas bardzo słoną rybą, a ilość podawanej wody była bardzo ograniczona. Po iluś tam dniach wyładowano nas w Riazaniu. Naszą nieliczną kolumnę więźniów prowadzono w mroźny dzień przez miasto do obozu mieszczącego się daleko za miastem w przysiółku Diagilewo. Nie obeszło się bez urągliwych pogróżek, gdyż uważano nas za Niemców, czy „banderowców" - czego bynajmniej konwojenci nie prostowali. Minęliśmy po drodze kilka obozów, aż otwarły się przed nami bramy, raczej wrota jednego z nich i po przeliczeniu konwój oddał nas w ręce jakiegoś oficera, który zaprowadził nas do baraku, w którym była kuchnia i stołówka. Na wiadomość o tym, że przybyła nowa grupa więźniów ze Lwowa, natychmiast zjawili się przebywający już od paru dni w obozie nasi znajomi, koledzy aresztowani wcześniej, wśród nich cały skład Komendy Głównej Obszaru i Okręgu aresztowanej w czasie pamiętnej odprawy 27 lipca 1944r, na którą nie dotarłem, dzięki przestrodze p. Zosi Pankównej, która z okna swego mieszkania naprzeciw gmachu Komendy, widziała samochody podjeżdżające po uczestników odprawy.

Oficerów rozdzielono od podoficerów, żołnierzy AK i cywili. Mną zajęli się starsi koledzy, kpt Lolo Borkowitz, kpt. Marian Walter, obaj z 19pp, Staszek Sypniewicz (Laskowski), kierownik komórki legalizacyjnej, zaprowadzili do tak zwanego lwowskiego baraku oficerskiego, lokując na pryczy między sobą. Zostałem wprowadzony w grono kolegów, znajomych, zameldowałem się na następny dzień gen. Filipkowskiemu i płk Czerwińskiemu.

Tak z dala od ukochanego miasta, rodziny, bliskich, zaczęły się długie obozowe dnie. Byliśmy skazani na ścisłą izolację. Nie będę się rozwodził na temat warunków bytowych, wyżywienia. Z pewnością były one o niebo lepsze niż w więzieniu i innych obozach Workuty, Norylska, nawet tych położonych na terenach Rosji Europejskiej. Gdy wypowiedziałem się w obecności jednego ze współtowarzyszy niewoli, już grubo po powrocie z łagru, że nie mamy prawa nazywać się „Sybirakami", bardzo się mu naraziłem, bo był prezesem Związku Sybiraków już w III R.P.

Otrzymywaliśmy wyżywienie według normy oficerskiej, przysługiwał nam jakiś żołd, który w całości pokrywał utrzymanie w obozie, otrzymywaliśmy przydział tytoniu, dla mnie w niewystarczającej ilości, dlatego często wymieniałem go u niepalących kolegów na zaoszczędzony cukier. Z czasem, gdy zacząłem wykonywać rozmaite przedmioty w drzewie i metalu: fajki, papierośnice, okolicznościowe plakietki - one stały się przedmiotem wymiany zastępującymi cukier. Swój czas spędzałem przeważnie „dłubiąc coś" w drzewie, nie wiem jakiego gatunku, o pięknych słojach wielobarwnych. Nie barwione, wspaniale nadawało się do inkrustacji. Prócz wspomnianych przedmiotów wykonywałem rozmaite dewocjonalia: różańce, ryngrafy, kapliczki, składane ołtarzyki. Jeden z nich ofiarowany koledze z baraku ks. Kiernickiemu, „Dziuniowi", został w latach osiemdziesiątych przekazany przez Niego do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udzielałem się też przy wykonywaniu dekoracji dla obozowego teatru, budowie ołtarzy polowych w końcowym już okresie pobytu w riazańskim obozie. Z zainteresowaniem słuchałem wykładów na różne tematy naukowe. Trzymałem się z daleka od podziału na ugrupowania polityczne, chyba celowo inspirowane przez „specoddział" kontrwywiadu, który nadal na terenie obozu kontynuował, względnie wznawiał śledztwo. Miałem natomiast świetną okazję nauczyć się języka angielskiego od majora Leona Bazały, szefa wydziału sanitarnego Okręgu „Cichociemnego", który był wykładowcą angielskiego w czasie swego pobytu w Anglii. Sam natomiast ze swoimi skąpymi wiadomościami pomagałem kpt. Marianowi Walterowi, zgłębić tajniki języka łacińskiego którego uczył go, jako przyszłego kandydata do studiów teologicznych ks. Rafał Kiernicki. Brałem udział w głodówce, zakończonej niestety śmiercią gen. Tumidajskiego, którego uduszono w Riazańskim szpitalu, w czasie sztucznego karmienia. Rezultatem głodówki było wyselekcjonowanie różnych grup według tylko władzom NKWD znanego klucza. Oddzielono generałów i wyższych oficerów, od młodszych, oraz podoficerów i żołnierzy.

Jeszcze w czasie wspólnego pobytu generałów, zostałem przez kapitana Karola Borkowitza - w swoim czasie przełożonego (oficer organizacyjny Okręgu w stosunku służbowym do oficera organizacji Inspektoratu) przedstawiony do awansu na stopień kapitana. Nominacji tej dokonał generał Filipkowski, w towarzystwie pułkownika Czerwińskiego, w obecności kapitana Borkowitza, porucznika Laskowskiego, Sypniewicza i porucznika Madurowicza (40 pp), który do stopnia oficerskiego się nie przyznawał i dlatego podzielił przy selekcji los podoficerów i żołnierzy, znalazł się w obozie w Borowicach. My z kolei na przełomie czerwca i lipca odwiedziliśmy na krótko obóz Czerepowcu, by w końcu w grupie 27 kolegów wylądować od 4 października 1947 r. w Griazowcu. Taka selekcja mająca na celu wyodrębnienie pewnych grup: oficerów wywiadu, łączności służb konspiracyjnego wymiaru sprawiedliwości, z bardzo małej grupie, ulokowanie w dużym obozie wyższych oficerów Wermachtu, węgierskich sił zbrojnych, nawet hiszpańskich oficerów i innych z formacji cudzoziemskich armii, sprzymierzeńców Niemców, nie wróżyła nam nic dobrego. Przypomniały mi się słowa kapitana Leonowa i jego groźba rozprawienia się z nami według znanej im z Katynia metody. Na pewno nie wpłynęło to na poprawę nastroju, mimo względnych warunków bytowych - obszerny barak, który normalnie mieścił 200-500 osób, naraz zaludniony przez 27miu, wśród nich przez kobiety i stosunkowo dobre wyżywienie, które chyba zawdzięczać należy Niemcom, bardzo skrupulatnie pilnującym czy przydział produktów istotnie trafiał do kotła. Podczas ostrej śnieżnej zimy roku 1947-1948 niezaludniony, pusty w zasadzie barak był nie do ogrzania, mimo, że potrafiliśmy jakoś wygospodarować drzewo na opał. Dopiero w końcu stycznia, gdy obfite opady śniegu przykryły barak śnieżną pierzyną z dachem włącznie, zrobiło się jakoś cieplej. Niestety nie miało to wszystko żadnego wpływu na samopoczucie. Apatia, rezygnacja, beznadzieja sytuacji wpłynęły na szereg prób samobójstwa, które na szczęście udawało się udaremniać. Obawa przed wiadomą nam karą zesłania, bez prawa powrotu do Kraju, lub miejsca stałego zamieszkania, spowodowały, że albo zawarto (Jerzy Polaczek „Roman" z Czartoryską „Stacha") małżeństwo obozowe, albo skojarzyły się pary, które wspólnie postanowiły dzielić swój los.

Niespodziewanie chyba w połowie kwietnia 1948 roku wyczytano nazwiska, wśród nich i moje, siedemnastu kolegów, którym wydano zaświadczenia zwolnienia z obozu i bezpłatne bilety na podróż koleją do Lwowa. Zostaliśmy po prostu wyrzuceni za bramę obozu mimo naszych protestów, wraz ze skromnym dobytkiem wydanym z depozytu, który zaczął nam po drodze bardzo ciążyć, a droga do pierwszej stacji kolejowej, (w zimie, w kwietniu, gdzie jeszcze koło Griazowca zalegają obfite śniegi i mimo pojawiającego się rzadko słońca, wcale nie jest ciepło), nie była łatwa. W drodze zaczęliśmy ze znalezionych gałęzi, deseczek drewnianych skrzynek, które nam służyły za walizki sporządzać sanki, na których wieźliśmy wyfasowane sorty mundurowe, bieliznę, uratowane przed rewizją rozmaite przedmioty, kronikę obozową, archiwum teatru. Z drogi powrotnej dobrze zapamiętałem nocleg. W ziemi (glinie) wyrytej chacie, mieścił się warsztat garncarski z piecem do wypalania tych wyrobów. Gdyby nie dym uchodzący wprost z ziemi, mogliśmy przejść obok nie zauważywszy niczego, natomiast garncarz po to tu mieszkał i pracował, by mógł powiadomić władze o pojawiającym się w rejonie jego miejsca zamieszkania obcej osoby, być może uciekiniera z obozu, za schwytanie którego wypłacano mu wynagrodzenie. Takich punktów w rejonach gułagów było dużo, stąd liczne próby ucieczek, zwłaszcza w ostatnich dniach pobytów w obozach w Czerepowcu, Griazowcu, skazane były na niepowodzenia, (Ks. Kiernicki Borkowitz). Jedynie generałowi Krzyżanowskiemu udało się dostać do Wilna, ale nadal nawet w PRL, los uciekiniera nie był inny, niż w ZSRR.

Po noclegu w tej gliniance, na ciepłym piecu, raźno ruszyliśmy do niezbyt już odległej stacji kolejowej, skąd po długim oczekiwaniu, wsiedliśmy do pociągu osobowego, który nas na następny dzień dowiózł do Moskwy; W trakcie czekania na pociąg do Lwowa, mieliśmy czas na zwiedzanie Moskwy z paroma kolegami i według naszego rozeznania, jako tako ubrani, że nie "wyróżnialiśmy się" specjalnie wśród mieszkańców Moskwy ruszyliśmy przede wszystkim do ambasady polskiej oczekując jakiejś od nich pomocy, gdyż nikt z nas nie posiadał pieniędzy, a to już mijał trzeci dzień gdyśmy jedli ostatni posiłek obozowy. Niestety, drzwi ambasady jak i konsulatu przed nami były zamknięte, a attache wojskowy w stopniu majora LWP, który wyszedł na nasze spotkanie, w języku rosyjskim udzielił nam wyjaśnień, że ambasada nie jest placówką charytatywną, a na takich jak my, których władze radzieckie nie uznały za obywateli polskich, opieka polskiej ambasady się nie rozciąga. Słowa te, które mocno nas oburzyły, niestety kryły w sobie szczerą prawdę, o której wkrótce przyszło się nam przekonać. Do dziś nie mogę pojąć klucza tej selekcji, kiedy to garstka nas i to niekoniecznie urodzonych na terenach obecnie oddanych Moskwie, ani przebywających na tych terenach w dniach „radosnego" przyłączenia tych ziem do Ukraińskiej SSR - zostaje uznana za obywateli ZSSR, podczas, gdy tysiące przebywających z nami w obozie kolegów mogących spełniać te kryteria, została, jak się wkrótce dowiedzieliśmy, odesłana do Polski, jako „repatrianci".

Wtedy w pociągu wiozącym nas do Lwowa, wcale o tym nie myśleliśmy. Nie mając w obozach możliwości korespondencji, radosną chwilę powrotu zatruwały nam myśli, czy zastaniemy tam swoje rodziny, czy też one nie podzieliły losu tych matek, żon, sióstr, dzieci wywiezionych do Kazachstanu w 1940-41 roku, jako rodziny wcześniej uwięzionych wojskowych. Przez myśl nie przechodziła nam możliwość ich dobrowolnego wyjazdu ze Lwowa na Zachód. Nasze rodziny oparte o wzorzec rodzin wywiezionych do obozów w Kozielsku, Ostaszkowie czy Starobielsku oficerów w 1939-40 roku, na powrót swoich wywiezionych w 1944-45 r. miały na nas czekać. Dlatego wstrząsem dla mnie i dla wielu z nas było zetknięcie się z tą przykrą rzeczywistością. Dopiero pierwsze rozmowy ze znajomymi wyjaśniały przyczyny, ogólnie zorientowały w sytuacji, o warunkach bytowych, w tych smutnych latach powtórnej sowieckiej okupacji, którą my spędziliśmy względnie wolni od troski, jak przeżyć każdy następny dzień. Od znajomych dowiedziałem się, że wrócił z więzienia mój szwagier, więziony w ciężkim więzieniu w Trembowli, i wywieziony jako żołnierz AK, do Donbasu 4 stycznia 1945r. Brat Zygmunt kontuzjowany w czasie pracy w kopalni węgla, pozostał inwalidą po dzień dzisiejszy.

Rodzina była narażona przez powrót na nasze mieszkanie prokuratora sowieckiego, który mieszkał u nas w 1941 r. a więc mój powrót przyspieszył akceptację wyjazdu w 1946 roku na Śląsk. Sowieci z całą brutalnością brali odwet za swą sromotną ucieczkę w 1941 roku. Naturalnie nikt z nas nie starał się nawet o powrót do zerekwirowanych mieszkań, czy zwrot rzeczy, które siłą faktu dostały się tym, którzy je zagrabili. Ale też fakt ten zmusił do poszukiwania dachu nad głową i środków do życia na pierwsze dni, gdy zaczęliśmy się starać o zalegalizowanie naszego statusu prawnego, gdyż ta tak zwana „sprawka" świadcząca o zwolnieniu z obozu nie była żadnym dokumentem pozwalającym na swobodne przebywanie we Lwowie, mieście o specjalnym "reżymie" miasta przygranicznego.

Pierwsze zetknięcie z jakąś władzą, milicją groziło niebagatelnymi konsekwencjami, w najlepszym wypadku wysiedleniem za obręb 100 km, za miasto. Początkowo pierwsze noce spędzałem kolejno gdzie indziej po znajomych, tak też z początku co dzień gdzie indziej byłem zapraszany na obiad. Ten stan rzeczywiście nie mógł trwać długo, to też pierwszą czynnością było zarejestrowanie się w biurze OWIR-u (biuro wiz i rejestracji) gdzie rozpoczęliśmy starania o wyjazd do Kraju. Po oddaniu naszych "sprawek" (zaświadczeń), otrzymaliśmy inny, ale znów świstek papieru, który świadczył o tym, że staramy się o przyznanie obywatelstwa polskiego i wyjazd do Kraju. Wyraźnie tam było zaznaczone, że nie stanowi on dokumentu tożsamości (bez fotografii), ani nie upoważnia do przebywania w mieście, gdzie trzeba być zameldowanym i posiadać pracę - a bez paszportu ani o pracę starać się nie było można, ani zameldować, a przecież przed przyjęciem paszportu sowieckiego, a tym samym obywatelstwa broniliśmy się, jak diabeł przed święconą wodą. Niektórzy jak o. Rafał, który z miejsca zainstalował się w Katedrze, i ci którzy zastali swe rodziny na razie nie starali się o wyjazd, a reszta zaczęła nachodzić rozmaite urzędy starając się o jakąś pomoc, stąd moje interwencje u p. Stefanyka, który był wówczas wojewodą, ale ich władza nie sięgała NKWD, od niego jedynie dla całej grupy otrzymałem talony na bezpłat­ne obiady w restauracji „Bristol" na 2 tygodnie. U znajomych zapożyczyłem się i pojechałem do konsulatu polskiego w Kijowie, gdzie znów nie mogli nam inaczej pomóc niż wydzielając jednorazową pomoc w gotówce i pełne mundurowe sorty kanadyjskie, wojskowe, chyba marynarki wojennej, bo granatowe. Odtąd cała grupa, gdy zjawiała się na Wałach, na cotygodniowe spotkania, wyglądała co prawda już nie jak żebracy ale też nietypowym swym wyglądem, zaczęła się rzucać w oczy. Dla tej to przyczyny, przy kolejnej wizycie w OWIRze miałem nie zbyt przyjemną rozmowę z jakimś kapitanem, który radził mi, bym się zanadto nie angażował, bo moje częste wizyty w województwie, w konsulacie, w Owirze i innych urzędach, mogą mi nie wyjść na zdrowie.

Posłuchałem jego rady, i za jego pośrednictwem zaangażowałem się do roboty, jako pomocnik geodety, prowadzącego jakieś obliczenia przy regulacji Pełtwi w okolicy Jaryczowa. Razem z kolegą z konspiracji i obozu Dziunkiem Bobrem zamieszkaliśmy w Pikułowicach w namiocie i od rana do wieczora rozstawialiśmy geodezyjne łaty „w świątek, piątek i niedzielę", bez wzglądu na pogodę, bo Żyd, geodeta był superlojalny i starał się normy wypełniać po stachanowsku. Może jemu się to opłacało, ale my za swoją pracę otrzymywaliśmy grosze, za które ledwo mogliśmy się wykarmić, w biednej wsi. Praca ta miała tę dobrą stronę, że otrzymaliśmy odpowiednie zaświadczenia, które pozwoliły na tym czasowe zameldowanie. Wkrótce po uzyskaniu pierwszych wiadomości o rodzinie, która jak się wkrótce wyjaśniło, podzieliła się tą szczęśliwą wiadomością z ojcem kolegi z obozu, (fakt ten zaważył na dalszym moim losie), gdzieś w połowie października 1948 roku zostałem podstępnie wezwany do zjawienia się w biurze firmy, w której byłem zatrudniony, zostałem przez dwóch „smutnych" w cywilu aresztowany i przewieziony do siedziby zakonspirowanej placówki „Smiersza" przy ul Jagiellońskiej w gmachu, w którym na parterze mieściły się biura i kasy „Aerofłotu". Do budynku prowadziła szeroka brama, do której bez trudu wjeżdżało auto, jak się później okazało, przez podwórze w oficynach, było drugie wejście, względnie wyjazd, na ulicę Kołłątaja.

Moje aresztowanie zostało sprytnie zaaranżowane. Na ulicy Piekarskiej zaczepiła mnie nieznajoma Rosjanka, która upewniwszy się, że jestem tą osobą, do której ją skierowano w Przemyślu, powiedziała, że ma do przekazania list i zegarek od p. B. ojca mego kolegi z obozu. W momencie, gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, by ona z torby mogła wyciągnąć ten list, podjechało auto, (nie wojskowe) do którego dwu „smutnych" natychmiast oboje nas wciągnęło, podczas jazdy odebrali wręczony mi zegarek ręczny i list, którego nie zdołałem przeczytać. Obchodzono się ze mną przez jakiś czas, zupełnie nietypowo. Umieszczono w osobnym pokoju, normalnie umeblowanym, za drzwiami postawiono wprawdzie wartownika, ale znowu w cywilu, którego zadaniem (prócz zasadniczego pilnowania mnie) według słów jakiegoś starszego rangą (znów w cywilu) ma spełniać wszystkie moje życzenia. Wkrótce przyniesiono mi normalny obiad z pobliskiej restauracji, aż nazbyt na ówczesne warunki wykwintny i obfity. Przez pierwsze trzy dni nikt się mną nie zajmował, ani też nie potrafił, względnie nie chciał, wyjaśnić przyczyny zatrzymania i traktowania do którego po dotychczasowych doświadczeniach nie byłem przygotowany i przyznam się zaniepokojony, gdyż nie wiedziałem jaką przybrać linię i wersję ewentualnej obrony wobec zarzutów, których na razie nie znałem, a kojarzyłem z nie zakończonym śledztwem sprzed lat. Na czwarty dzień zaprowadzono mnie do dużego gabinetu wspaniale urządzonego, gdzie za biurkiem siedział pułkownik, czy major o ormiańskich rysach, bardzo przystojny. Wstał na moje przybycie, przedstawił się elegancko, podając rękę, zapamiętałem nazwisko Ter-Owanesjan, szef wydziału „Smiersza" zachodnich służb pogranicznych. W cztery oczy przy papierosie, a nawet propozycji koniaku zaczęła się rozmowa, a nie przesłuchanie - protokolanta nie było, on notatek nie robił. Interesował się moimi powiązaniami z gen. Andersem. Zrozumiałem, że wzięto mnie za kogoś innego, więc dość swobodnie odpowiadałem nie potrzebując niczego zmyślać. Dopiero za parę dni, po którejś tam z kolei rozmowie wyszło szydło z worka. Została aresztowana Rosjanka konduktorka pociągu Lwów - Przemyśl, która na większą skalę trudniła się przemytem i za solidnym wynagrodzeniem zgodziła się przekazać list do mnie, od ojca kolegi z obozu, który po moim wyjeździe pozostał jeszcze w obozie. Ojciec kolegi proponował przerzut kamyczków do zapalniczek, zegarków, waluty, które po spieniężeniu miałem wykorzystać do wysyłania paczek do obozu, do jego syna i ludzi znajdujących się jeszcze w obozach i więzieniach. Pułkownik proponował mi, bym nawiązał ten kontakt, już bez pośrednictwa aresztowanej, przez osobę z którą on mnie skontaktuje. Naturalnie dokładnie o wszystkim i o wszystkich kontaktach miałem go informować. Ponieważ z miejsca odmówiłem, zostawił mi jeszcze przez jedną noc, spędzoną w ludzkich warunkach, czas do namysłu. Gdy i w następnym dniu nadal odmawiałem współpracy, wezwał dwóch konwojentów, którzy po założeniu mi kajdanków zawiązaniu oczu, umieścili mnie w otwartym samochodzie, chyba Willisie i jak się mogłem zorientować wyjechaliśmy przez ulicę Kołłątaja na Kazimierzowską, później Gródecką aż poza miasto. Po przeszło dwu godzinach podróży, podczas której zmarzłem na kość, przyprowadzono mnie do budynku, chyba jakiegoś starego kościoła czy cerkwi i zamknięto w podziemiach, o potężnych murach i kamiennej czy betonowej podłodze. Była to duża cela, w której miałem w pojedynkę przebywać około pół roku, w czasie którego prowadzono śledztwo, na tyle bzdurne, że odniosłem wrażenie, że nadal kojarzono mnie z kimś innym. Wciąż indagowano o rozmaite osoby, głównie starszych stopniem oficerów, którzy przebywali albo w więzieniach lub łagrach jeszcze od 1940-1941 roku, z którymi jakoby po powrocie z obozu musiałem utrzymywać kontakty. Po pewnym czasie, odniosłem wrażenie, że nawet śledczy przekonał się, ze nie miałem z tymi ludźmi kontaktu, gdyż wszystkie protokoły były niemal identyczne. Ale, niestety, śledztwo trwało nadal, a chyba niesamowicie ciężkie warunki bytowe, potworne zimno, głód, pojedynka miały służyć do złamania mnie, co niemalże byłoby się im udało, gdyż naprawdę czułem, że dłużej tego stanu nie wytrzymam, 2 lutego 1949 roku przewieziono mnie w siarczysty mróz w otwartym Willisie, wciśniętego między dwóch konwojentów w potężnych kożuchach, dzięki którym nie zamarzłem na śmierć, do Lwowa, tym razem do więzienia na Kazimierzowskiej.

Po rozmaitych standartowych procedurach, zaprowadzono do celi, chyba sześcioosobowej. Próg przekroczyłem jako bywalec innych więzień, to jest wytarłszy obie nogi o podrzuconą mi koszulę jednego ze współwięźniów. To zapewniło mi pewne względy, wybór łóżka, bo pierwszy raz więzienie moje było wyposażone w takie luksusy jak łóżko, pościel. Indywidualną szafkę, kolejność w otrzymywaniu posiłków, współudział w tak zwanych pieredaczach współwięźniów. Pierwszy raz od pół roku zaciągnąłem się aż do zawrotu głowy papierosem i zrezygnowałem z jedzenia więziennego po ugoszczeniu mnie przez jednego ze współwięźniów smakołykami ze świątecznej przesyłki na ukraińskiego Jordana. Współwięźniami okazali się przeważnie ludzie w średnim wieku, wykształceni, oskarżeni o przestępstwa gospodarcze z tytułu zajmowanych na wolności stanowisk. Wkrótce śledztwo moje wznowiono, zakończone aktem oskarżenia o współudział w dużej grupie kontrabandzistów. Aktu oskarżenia nie podpisałem, co nie miało żadnego znaczenia w czasie przewodu sądowego przed tak zwanym trybunałem, który miał miejsce w dużej sali gmachu Dyrekcji Kolejowej (chyba w końcu lutego).

Proces trwał parę dni, prokurator za współudział w inkryminowanym mi przestępstwie, żądał 8 lat więzienia. Adwokat występujący z urzędu prosił o łagodny wymiar kary, nie negując zasadność ukarania. Przerwałem mu bzdurny wywód i zrezygnowawszy z jego obrony prosiłem sąd o umożliwienie mi obrony samemu. Udało mi się chyba logicznie odeprzeć zarzuty współudziału w przestępstwie, gdyż nie można mi było udowodnić, że przyjąłem przekazany mi list i zegarek, do którego przyznali się "smutni", występujący w charakterze świadków oskarżenia. Pomogły mi też zeznania wszystkich członków tego zorganizowanego przestępstwa, tak że, po paru dniach procesu, sąd wyniósł wyrok uwalniający mnie od winy i kary. Niestety nie oznaczało to uwolnienia natychmiastowego, gdyż prokurator rzekomo wniósł apelację i sprawa miała być przekazana do powtórnego sądzenia w wyższej instancji. Pomimo to poczułem się trochę pewniejszy i obmyślałem, a nawet przenosiłem na papier cały - tym razem nie improwizowany naprędce - wywód mojej obrony. Po jakimś czasie zastałem wezwany i w pokoju śledczego, który tu prowadził śledztwo zastałem Ter-Owanesjana. Po uprzejmym przywitaniu się zaczął wyrażać swój żal, że tak marnie wyglądam, że po co mi było tylu przejść, utraty zdrowia, że gdybym się wtedy zgodził na jego propozycje, mógłbym dziś dostatnio żyć nie tylko we Lwowie, ale być może pozwolono by mi wyjechać do Polski.

Gdy odmówiłem, znów radził mi się namyślić, obiecał, że jeszcze się do mnie zgłosi, jeśli nie on, to w jego imieniu śledczy z Mościsk. Po jakimś czasie znów miałem z nim spotkanie tym razem dość długie, bo przedstawiłem mu swoją linię obrony, którą z uwagą wysłuchał. Na koniec powiedział, że mógłby wpłynąć na oskarżyciela, by cofnął apelację w stosunku do mojej osoby. Nie wiem, co mnie skłoniło do wypowiedzenia się, że będzie to w mojej mowie obrończej jeszcze jeden argument dowodzący, jak słabym i zależnym organem jest wymiar sprawiedliwości w ZSKK. Wyszedł, znów mię przestrzegając, że będę żałował swego uporu, bo tam gdzie pojadę nie będzie, nie tylko takich warunków, jak w obecnym więzieniu, ale nawet takich jak w Mościskach.

Nie wiem ile czasu upłynęło od tej wizyty, kiedy więzienie kontrolowała jakaś komisja, która każdego więźnia wypytywała o warunki bytowe, przebieg sprawy. Gdy powiedziałem, że zostałem prawie miesiąc temu przez trybunał uniewinniony i spod straży uwolniony, ale prokurator rzekomo zapowiedział apelację, a przy tym mnie jako osobę bez określonej państwowości, musi sądzić sąd polski, o przyznanie bowiem tego obywatelstwa się staram, „bo w tym momencie naczelnik więzienia wziął kontrolującego na stronę, coś mu tłumaczył, na co ten reagował wyrażając zdziwienie i coś sobie zanotował w notatniku. Po jakimś czasie znowu zostałem wywołany z celi „z wieszczami" gdzie w kancelarii więzienia otrzymałem zaświadczenie, że zostałem zwolniony z więzienia na mocy uniewinniającego wyroku. Data aresztowania i zwolnienia została celowo zmieniona, aresztowania w dniu przybycia do Mościsk, zwolnienia w dniu ogłoszenia wyroku. Zwrócono mi zabrane w momencie aresztowania przedmioty: wieczne pióro, zegarek, portmonetkę z paroma rublami i fajkę. W wydanej „sprawce" zwolnienia w rubryce narodowość, napisano: „lico biez opriedielionogo grażdanstwa" i że „sprawka" nie jest dokumentem tożsamości - ale równocześnie zaznaczono, ze zostaję skierowany na dawne miejsce zamieszkania.

Z niespodziewanego wrażenia wpadłem do pierwszego sklepu, gdzie kupiłem sobie papierosy, z braku tytoniu fajkowego, i nie ruszyłem się daleko od więzienia, dopóki nie wypaliłem iluś tam po kolei papierosów.

Pierwsze kroki skierowałem naturalnie do Katedry, by podziękować Bogu za niespodziewane zwolnienie, mimo przeświadczenia, że od pierwszej chwili wyjścia na wolność jestem inwigilowany, musiałem porozmawiać z o. Rafałem, ażeby naradzić się nad dalszym trybem postępowania, naturalnie w konfesjonale, z dala od świadków. Rozpocząłem natychmiast powtórne starania o przyznanie mi obywatelstwa polskiego i wyjazd do Kraju. Widać było, że naczelnik OWIRu był doskonale zorientowany w mojej sprawie, gdyż nie wznowił dawnych, a poradził rozpocząć nowe starania na podstawie "sprawki" zwolnienia z więzienia. Nie bardzo mi to odpowiadało, gdyż nie wierzyłem w pozytywny wynik tych starań. Upewnił mię w tym śledczy z ulicy Pełczyńskiej, gdzie miałem obowiązek meldowania się regularnie co miesiąc. Pilnowali tego przepisu rygorystycznie, gdy miałem zamiar przekonania się, że inwigilacja ustała i nie zjawiałem się w wyznaczonym terminie, natychmiast otrzymywałem wezwanie przez milicję, a nawet przez nią na miejsce doprowadzany.

Wciąż w czasie tych wizyt indagowano mię w rozmaitych sprawach, żądając informacji o interesujących ich ludziach, rzekomo, a nawet mi znanych, ale do znajomości, z którymi się nie przyznawałem. W międzyczasie musiałem podjąć się jakiegoś zajęcia zapewniającego mi, chociaż bardzo skromne środki utrzymania. Zrezygnowałem z utrzymywanych dotąd kontaktów osobistych, zaproszeń na obiady, korespondencji bezpośredniej z Krajem i kolegami w lagrach. Podjąłem się pracy stróża nocnego w pralni na ul. Łyczakowskiej, gdzie wolny czas w nocy wykorzystywałem na wykonanie różnych robót.

Podjąłem się współpracy ze znanymi mi dwoma siostrami, Zosią i Danusią Kurpielównymi (córkami byłego wachmistrza, instruktora Hippiki w 19pp), przy produkcji tzw. drewniaków, cieszących się zrozumiałym popytem wobec braku normalnego obuwia. Dzięki wstawiennictwu ś.p. prof. Gębarowicza otrzymałem pracę w tłumaczeniu kroniki pisarza Chmielnickiego, gdzie co krok spotykane były słowa łacińskie, trudne do przetłumaczenia, jedynie z pomocą słownika. Te i inne dorywcze zajęcia umożliwiły mi znośne już środki utrzymania, tak, że nawet potrafiłem zdobyć się na kupno sobie używanego ubrania i butów, gdyż moje narciarskie jeszcze przedwojenne po tylu latach eksploatacji w więzieniach, lagrach, zupełnie się rozpadły. Mogłem zdobyć się i na pomoc materialną, koleżance z obozu, Anieli Rewuckiej, która po powrocie z obozu powiła tu we Lwowie córkę.

Przeważająca większość kolegów, z którymi wróciłem z obozu, zdołała już wyjechać do Kraju, a z pozostałymi pozostawałem w dość luźnych kontaktach, prócz mojej pierwszej łączniczki, współpracownicy jeszcze z okresu pierwszej okupacji, sąsiadki z ulicy Tarnowskiego, koleżance z konspiracji w AK i z obozu - mego dobrego ducha przez cały ten okres aż do roku 1951, to jest jej wyjazdu do Kraju, do czekającej na nią w Krakowie matki.

Zdawałem sobie sprawę, że ten prowizoryczny, nieustabilizowany mój status prawny, i dotychczasowy tryb życia, nie mogą trwać długo. Sprawę tę przesądziła decyzja Konsulatu RP, który wciąż wysuwał różne żądania przedstawienia coraz to innych dowodów posiadania przeze mnie przed wojną obywatelstwa polskiego, zdobycie których przedstawiało dla mnie duże trudności, a OWIR nie chciał przedłużać mi tzw. „wida na życie, dla lic bez opriedielonnogo grażdanstwa", ani wydać paszportu czy dowodu tożsamości bezpaństwowców. Nawet do tej nędznej pracy stróża nocnego wkrótce przyczepiła się milicja i zagroziła wydaleniem z miasta jeśli nie będę posiadał odpowiedniego dowodu tożsamości. Przy tym nie bez wpływu na moją decyzję odebrania paszportu sowieckiego były rozmowy z ludźmi, dla których porzucenie Lwowa było zdradą. W czasie coniedzielnych spotkań po „pierszówce” w Katedrze, ludzi, którzy po wyjeździe, aresztowaniach władz państwowych reprezentowanych przez Delegaturę Rządu i AK - reprezentowali dalej polską rację stanu, tematem numer jeden była sprawa pozostania we Lwowie, czy też starania o odnowienie obywatelstwa polskiego umożliwiającego wyjazd do Kraju, mimo faktu, że pierwsza repatriacja oficjalnie zakończyła się w 1946r. Musiałem jednak znów skorzystać z znajomości konspiracyjnej, szczególnie kolegi Staszka Sypniewicza (Laskowskiego), "Inżyniera", szefa Komórki Legalizacyjnej Okręgu, by uzyskać wszystkie potrzebne mi dokumenty dla uzyskania paszportu sowieckiego. Gdy go wreszcie uzyskałem, mogłem starać się o jakąś normalną pracę, tu znów pomógł znajomy podoficer baonu samochodowego, zaproponował pracę w fabryce wyrobów blaszanych - na początek mało atrakcyjną, ale dobrze płatną z łatwą możliwością awansu. Istotnie nie przedstawiało dla mnie trudności zgłębienie rozmaitych tajników technologii, tym bardziej, że p. B. ochotnie się nimi ze mną dzielił, a ja nie zaniedbałem możliwości skorzystania z wiadomości teoretycznych, które zawarte były w literaturze tematu, wypożyczonej z biblioteki Politechniki, znów dzięki pomocy "Inżyniera", przed wojną działacza w „Bratniaku" Politechniki Lwowskiej. Pomogło mi to i sprzyjało w przyszłości na moje szybkie przesuwanie się po drabinie awansu od robotnika do kierownika samodzielnej filii jednej z wielkich firm przemysłu spożywczego „Oktiabr" we Lwowie.

Równocześnie zachodzą zmiany w moim dotychczasowym życiu. W czasie urlopu spędzonego w Jaremczu, którego głównym celem było zorientowanie się w możliwości nielegalnego przekroczenia granicy, poznałem przyszłą żonę, Teresę, córkę profesora Politechniki Lwowskiej, z którą związek małżeński zawarłem 26 lipca 1952 r. W czasie okupacji niemieckiej była członkiem AK w WSK, dzielnicy Lwów Zachód. W "Burzy" nie brała udziału w związku z tym, że wraz z całą rodziną musiała wyjechać do Zimnej Wody, gdyż dom ich po bombardowaniu uległ częściowemu zniszczeniu. Rodzice mojej żony, bardzo religijni, dobrzy patrioci, zaakceptowali mnie bez zastrzeżeń, mimo, że jak twierdziła moja żona, teściowa nie lubi wojskowych, zwłaszcza piłsudczyków, a teść należał do przeciwnej orientacji politycznej, był sympatykiem Stronnictwa Narodowego. Mimo wszystko przychylnie nastawienie rodziców, sprzyjało naszej aktywności w środowisku polskim. Dom z czasem stał się miejscem spotkań, herbatek, zabaw młodzieży, naszych rówieśników, osób starszych, zdecydowanych przeciwników ucieczki na Zachód, mimo, że warunki, w jakich się znaleźli nie stwarzały większych możliwości przetrwania, żadnych nadziei.

W domu odbywały się w czasie spotkań przy herbatce, służącej jako zasłona dymna odczyty, prelekcje z okazji obchodów świąt państwowych 3 Maja, 11 Listopada, czy też rocznic powstań, zrywów narodu w walce z zaborcami, wykłady znanych profesorów z zakresu historii, geografii, literatury, nie omijając tematów aktualnej sytuacji politycznej, wydarzeń w świecie, naturalnie, co w tym czasie było potrzebne dla podtrzymania ducha "niezłomnego trwania na placówce" tak jak wtedy ocenialiśmy swoją sytuację.

Z czasem, gdy na świat przyszły nasze dzieci (u nas i u naszych przyjaciół) zaczęliśmy urządzać dla nich baliki, przedstawienia, jasełka, naukę tańców i pieśni patriotycznych i piosenek ludowych. Z czasem, zwłaszcza po śmierci Stalina uważaliśmy, że reżim na tyle zelżał, że śladem innych znajomych zaczęliśmy się starać o możliwość czasowego wyjazdu do Kraju, głównie, by przedstawić rodzinie moją żonę, ale i dla kontaktów z kolegami. Po raz pierwszy udało nam się wyjechać w 1957 roku, ale nie całej rodzinie, gdyż zawsze ktoś musiał zostać, albo ja, albo żona, albo dzieci. Dopiero w latach 60-dziesiątych mogliśmy już całą rodziną wyjeżdżać do Kraju, ale nadal zawsze zachowując, zakodowaną już w nas ostrożność. Mam wrażenie, że na to przychylne ustosunkowanie się władz OWIRu wpływała i moja dobra opinia z miejsca pracy, odpowiednia łapówka i chyba brak zastrzeżeń ze strony dość tępego pracownika służb, którego ulokowano z rodziną w lokalu, skąd mógł obserwować, co się dzieje w naszym domu, na dziedzińcu i na podwórzu. A działo się istotnie wiele rzeczy, o których chętnie chciałyby wiedzieć pewne służby. Z Kraju przybywało wiele osób tak znajomych, jak i z ich rekomendacji dotąd nam nie znajomych, księży incognito podążających na wschód celem zapoznania się z sytuacją kościoła rzymskokatolickiego, nawiązania kontaktów z księżmi misjonarzami pracującymi nielegalnie, wspólnotami i zakonami w katakumbach. Przyjeżdżają i gościmy w naszym domu pierwszych harcerzy odwiedzających Lwów, Cmentarz Obrońców Lwowa, jak też Krzemieniec i Podole, a nawet Polaków w Kazachstanie. Gościmy w swym domu prócz rodziny, kolegów jeszcze ze szkoły, gimnazjum, wojska, kolegów dowódców, podkomendnych z konspiracji, współbraci z więzień, obozów, z Kraju jak i przebywających na emigracji poza granicami Polski, ale zawsze wiernych Lwowowi.

W miejscu pracy, dzięki ogólnemu bałaganowi i pewnym moim posunięciom organizacyjnym, zdołałem sobie stworzyć taki kolektyw współpracowników i robotników, że z miesiąca na miesiąc oddział przeze mnie kierowany, zdobywał pierwsze miejsca w tak zwanym współzawodnictwie, a ja osobiście dla kolektywu zdobywałem pokaźne premie.

Brak kontroli z ramienia organizacji partyjnej, (zawsze w podstawowej "jaczejce" miałem ludzi mi oddanych - przeważnie Żydów) stwarzał mi dogodne warunki w pracy, gdzie czas spędzony za biurkiem, mogłem wykorzystać na opracowywanie planów rozmaitych prac, które wykonywałem dla kościołów na Wschodzie. Mogłem nie tylko sam bezkarnie wykorzystać do tego celu swój czas, ale w podległych mi warsztatach stolarskich, ślusarskich, wykonywać dla potrzeb tych kościołów potrzebne elementy, naturalnie z materiałów fabryki.

Z żalem pozostawiałem swoje miejsce pracy w dniu, w którym ustawowo przechodziłem na emeryturę, gdyż przepracowany tam długi 25-letni okres sprzyjał mi w mojej, bo nie inaczej ją nazywałem, pracy konspiracyjnej. Mimo próśb dyrekcji, zdawałem sobie sprawę, że struny przeciągać nie należy i chyba dobrze zrobiłem, bowiem nawet w dziesięć lat po przejściu na emeryturę, nadal budziłem zainteresowanie pewnych władz i służb.

Mimo, że ta próba pewnego wycinka autobiografii miała dotyczyć działalności konspiracyjnej, uważam, że wszystko, co robiłem dla kościołów rzymskokatolickich na Wschodzie, słusznie tam nazywanymi polskimi, dla Polaków tam mieszkających, ponieważ odbywało się w pewnej konspiracji, śmiało mogę nazwać działalnością konspiracyjną. Wszystko to, co robiłem dla tych kościołów, celem upamiętnienia dla inwentaryzacji, zrelacjonowałem w uzupełnieniu oddzielnym. Jedynie, może w tym miejscu, należałoby prócz suchego wyliczania zwrócić uwagę na tło.

Działo się to wszystko, bowiem w tajemnicy, z dala od oczu ludzkich, a wymagało dobrego opracowania technicznego, żeby umożliwić transport w zwyczajnym samochodzie osobowym, gdy przystępowałem do poważniejszych prac w terenie, należało przewidzieć taki przebieg pracy, by nie rzucał się w oczy, a raczej był przed niepożądanym wzrokiem schowany. Przy pracach nieodzownie odbywających się na zewnątrz budynku, należało zabezpieczyć się osobami, które na czas ostrzegłyby przed niebezpieczeństwem.

To, co wyżej opisałem z pewnością jest podejmowaniem działań, które w pełni można nazwać konspiracją. Zwłaszcza, gdy równolegle prowadzono akcję rozpowszechniania literatury, była to działalność konspiracyjna mająca na celu pobudzanie tożsamości narodowej. Wspominam, lecz nie piszę tylko o sobie, piszę o ludziach, z którymi miałem szczęście w tej konspiracji być. Wiernych, oddanych Bogu i Ojczyźnie.

Zachodzące przemiany w początku 1989 roku, ułatwiły mi nadal w pełnej konspiracji, zaprojektować, wykonać, przewieźć - naturalnie przy pomocy wielu osób, przez czujną jeszcze granicę, wykonaną w brązie tablicę ku czci pamięci poległych w obronie Warszawy w 1939 roku żołnierzy-kolegów z 40pp, wmurowaną w 50-tą rocznicę 17 września w portal kościoła Matki Boskiej Królowej Świata, zbudowanego dosłownie w miejscu okopów mojej drużyny. Uroczystość odbyła się przy udziale licznie zgromadzonych kolegów pułkowych z całego Kraju.

Mógłbym właściwie na tym zakończyć, gdyż rozwijająca się choroba odsunęła mnie od uczestnictwa w życiu społecznym, nie mniej nadal służyłem rada tym, którzy aktywnie włączali się w pracę Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Przyczyniłem się również do powstania Klubu Myśli Katolickiej.

Chyba też zakonspirowanym wyczynem było uratowanie spuścizny, tak naukowej jak i pamiątek po śmierci prof. Mieczysława Gębarowicza, przekazanych "OSSOLINEUM" we Wrocławiu, za co byłem odznaczony specjalnym medalem i dyplomem przez dyrektora tegoż zakładu naukowego.

Za całokształt swej działalności zostałem w 1993 roku odznaczony Krzyżem Wielkim Komandorskim Orderu Zasługi.

                                    Bożena Rafalska "Lwowskie Spotkania"