MOJE LWOWSKIE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

 Wigilie spędzaliśmy we Lwowie nie tylko w ścisłym gronie rodzinnym. W naszej jadalni przy ul. Jagiellońskiej 4 zasiadaliśmy do stołu wigilijnego w towarzystwie siostry mojej Mamy Wisi (Ludwisi), Stasi, opiekunki naszego domu, dozorcy kamienicy p. Michała, który przychodził z synem Józkiem – zalotnikiem Stasi. Nie przypominam sobie o rzucaniu kutii na sufit, ale pamiętam, iż sporo wspominało się o tym zwyczaju. Mieliśmy gramofon firmy Edison i w skupieniu słuchaliśmy kolęd w wykonaniu chóru Dana. Byłem domowym „niejadkiem”, ale po „opłatku” barszczyk mi zwykle smakował. Otwieraliśmy  okno z którego roztaczał się widok na ul. Legionów, pięknego fragmentu Lwowa, gdzie uprzednio mieszkaliśmy. Drzewko zawsze było oryginalne, kupowane na Krakidałach, ubierane wyłącznie przez Mamę. Ja wieszałem bombki, Tata zakładał na drzewku lampki, czyli „klawe urządzenie – elektryczne oświetlenie”. Mama przy opłatku życzyła mi abym wreszcie zmądrzał, Tacie, aby mi grywał do snu na mandolinie (czasami zapominał), gdy ja trwałem w oczekiwaniu, nie mogąc zasnąć. Nie śpiewaliśmy za wiele kolęd słuchając co nam w Radiu Lwów zaśpiewa Włada Majewska i co powie Untenbaum w rozmowie z Aprikozenkrantzem. Pamiętam, iż raz, jeden z nich powiedział do drugiego, że nie może już dłużej rozmawiać, bo się umówił z Finkelsteinową na wigilię, bo ausgerehtent stary Finkelstein szedł pojechać za interesami. Tata był ginekologiem – położnikiem, z czego moja Mama nie zawsze była zadowolona, w przeciwieństwie do Stasi i cioci Wisi – Ludwisi. W czasie wigilii w 1938 roku, gdy starsi rozmawiali o Anglii i Francji, zabrałem głos: „widziałem dzisiaj w Ogrodzie (Ogród Jezuicki) jak się dwa psy połączyły,  przyszedł ogrodnik i zaczął biedne psy okładać kijem. Wyobraźcie sobie co się w takiej Anglii musi dziać – skonstatowałem”.

 

Przy wigilijnym stole Tata nie opowiadał nam o swoich pacjentkach, natomiast Mama czytała bardzo często wiersze Szołgini i Juliusza Słowackiego. Zapamiętałem taki:

 

Lat już kilkadziesiunt jak woda spłynełu,

A z nimi to wszystku, co niesi nam życi;

Pół wieku już przeszłu ud czasów minełu,

U chtórych furt myślim, dumam, marzym skryci...

Lwów... To Miastu cudny, z synnegu marzenia,

Śliczności niezwykłyj, ni du upisania -

W myj tensknyj pamnieńci wciongli si udmienia,

Furt inszy - dnim, nocu, wiczorym i z rania...

A tagży na wiosny, latym, w jesiń, w zimi,

Gdy Miastu to w kwiatach, to w bujnyj zileni,

To het zasypany liściami złutymi,

To w śniegu i lodzi bajkowu si mieni...

Taj wcionż ty syrdeczny naszy krajubrazy

Przyd przymrużunymi jawiu si uczami,

Byz przerwy i wciongli, pu tysiency razy,

Wułany pamnieńciu, sercym, wspumniniami...

A skoru ni mogim na my własny oczy

Krajubrazów Miasta kiedy chcem zubaczyć -

Tu spraw, dobry Boży: naj mi si ni zmroczy

Nigdy pamińć o nich - pamińć, skarb tułaczy...

 

Wiersze Juliusza Słowackiego nie były pisane bałakiem, a szkoda przecież wieszcz urodził się w Krzemieńcu.

 

Witold Szołginia całe swoje życie spędził na przekazywaniu prawdy o wielkości i świetności "tamtego Lwowa", który po II wojnie światowej pozostał poza granicami naszej Ojczyzny. Jego nostalgiczne wiersze, pisane zarówno bałakiem, jak i polszczyzną literacką, oraz wspaniałe, cykliczne książki o Lwowie dostarczają wzruszeń i wiedzy o Mieście Semper Fidelis

 

Urodził się 11 marca 1923 roku we Lwowie. W latach 1929-1935 pobierał pierwsze nauki w Publicznej Szkole Powszechnej Męskiej im. Świętego Antoniego. W 1939 roku uzyskał w VI Państwowym Gimnazjum im. Stanisława Staszica tzw. małą maturę. Następnie kontynuował naukę w tzw. Szkole Średniej, którą w 1941 roku ukończył ze stopniem celującym. Podczas okupacji niemieckiej zajmował się m.in. sprzedawaniem gazet, a także zatrudniał się jako goniec w urzędzie skarbowym. Brał udział w redagowaniu i kolportażu prasy podziemnej. W 1944 roku rozpoczął studia u polskich jeszcze profesorów na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej. W maju 1946 roku został wraz z rodzicami ekspatriowany ze Lwowa. Swoje studia kontynuował wówczas na Politechnice Krakowskiej, gdzie w 1950 roku uzyskał dyplom magistra inżyniera architekta. Rok wcześniej ożenił się z warszawianką Wandą Izert, późniejszym kustoszem w Bibliotece Narodowej. W swoim domu z niesłychanym pietyzmem pielęgnował najszlachetniejsze lwowskie tradycje i wartości. W zawodzie pracował ponad 40 lat. Osiągnął stanowisko docenta w Instytucie Kształtowania Środowiska w Warszawie. Prowadził różnorodne prace badawcze, jak również działalność popularyzatorską z dziedziny urbanistyki, architektury i budownictwa. Jest autorem m.in. encyklopedii "Architektura i budownictwo", książek "Estetyka miasta", "Historiografia urbanistyki i architektury dawnego Lwowa", "Cuda architektury" czy "Najstarsze widoki Lwowa". Wolny czas spędzał przeważnie w górach; był wieloletnim członkiem Klubu Turystów Górskich i PTTK.

 

Witold Szolginia zasłużył się przede wszystkim pisaniem - i w bałaku, i w polszczyźnie literackiej - wierszy o Lwowie i lwowiakach. Jego utwory, zebrane w tomy: "Krajubrazy syrdeczny", "Kwiaty lwowskie" i (w antologii wielu autorów, w tym Witolda Szołgini) „Semper fidelis", przywracają obraz dawnego Lwowa z jego zabytkami i mieszkańcami. We wstępie do pierwszego z nich poeta wspomina moment, w którym zaczął pisać swoje nostalgiczne utwory o Lwowie:

 

"Zaczęło się to pewnego grudniowego wieczora w połowie lat pięćdziesiątych, kilka dni przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia. Siedziałem wówczas przy biurku, coś tam sobie pisząc - i w pewnej chwili, chwili namysłu nad dalszym tokiem mojej pracy, machinalnie spojrzałem w okno. Za jego lekko oszronionymi szybami bladą czerwienią zachodzącego na horyzoncie słońca dogasał zimowy dzień. Z szybko ciemniejącego, pokrywającego się niskimi chmurami nieba zaczynał prószyć drobny śnieg. I wtedy, dokładnie w tym właśnie momencie, to się zaczęło. Sam nie wiem, jak mam określić ów niezapomniany, do dziś ostro się w mojej pamięci rysujący moment. Olśnienie? Wizja? Trans? Jakże nieporadny jest nasz język, gdy chcemy nazwać coś, co mimo iż tak niematerialne, tak nieuchwytne, tak ulotne - przecież niesie w sobie wielki ładunek emocji, nastroju, wzruszenia. Mówiąc krótko: raptownie, zaskakująco nagle straciłem poczucie miejsca, w którym się znajdowałem, znikł mój malutki pokoik do pracy - pojawiło się zaś tamto, jedyne na całym świecie miejsce: mój Dom rodzinny w moim rodzinnym Mieście. Z takim samym, dokładnie takim samym zimowym wieczorem za oszronionymi szybami okna wychodzącego na ulicę Łyczakowską... Do głębi poruszony tą nagłą wizją - od razu, z miejsca, z jakiegoś niepojętego nakazu napisałem wówczas przy tym moim biurku pierwszy w mym życiu wiersz: „Wigilia”. Wigilia oczywiście tamta, sprzed lat, w Domu rodzinnym - jednakże również z odniesieniami do mojej ówczesnej warszawskiej rzeczywistości. (...) Za tym moim pierwszym, najpierwszym lwowskim w treści i formie wierszem poszły potem dość szybko następne. Wszystkie również lwowskie w swej treści, czterowersowe i dwunastozgłoskowe w formie oraz bałakowe w stylu...".

 

Czytając przytoczony wiersz, możemy poznać piękno i melodyjność gwary lwowskiej ulicy.

Choć autor wbrew swojej woli musiał opuścić ukochany Lwów i przez długie lata żyć poza jego granicami, nigdy nie wyrzekł się krwi prawdziwego lwowianina, która płynęła w jego żyłach. W jednej ze swoich książek podkreśla: "Byłem, jestem i do końca mego życia będę rzeczywistym, prawdziwym, na Górnym Łyczakowie urodzonym lwowianinem. Nikt mnie z tej godności i z tego obowiązku nie zwolnił. Nie wyrzekłem się, nie wyparłem, nie zapomniałem i nie zmieni tego faktu, owej dozgonnej przynależności do Lwowa, ta okoliczność, że muszę, choć ciągle nader ciężko mi to przychodzi, żyć z dala od niego. Nie oddychać jego powietrzem, nie chodzić jego ulicami".

 

Ta tęsknota za Lwowem sprawiła, że zaczął on pisać urokliwe książki o swoim ukochanym mieście, by przybliżyć innym jego piękno i wartość. Andrzej W. Kaczorowski w tekście "Pamięć, skarb tułaczy...", zamieszczonym w ósmym tomie "Tamtego Lwowa" Witolda Szołgini, pisze o autorze, że "odkrywanie lwowskiej Atlantydy, utraconych 'korzeni i popiołów'" stało się najświętszą misją jego dni i nocy, sensem istnienia z dala od Wysokiego Zamku i ukochanych Bernardynów, testamentem wreszcie dla następnych pokoleń Polaków polskiego Lwowa już nie znających".

 

Wspomnienia związane z drogim mu miastem zawarł Witold Szołginia w "Domu pod żelaznym lwem", "Pudełku lwowskich wspomnień pełnym" oraz cyklu książek zatytułowanym "Tamten Lwów", którego napisał osiem tomów. Noszą one następujące tytuły: "Oblicze miasta", "Ulice i place", "Świątynie, gmachy, pomniki", "My, Lwowianie", "Życie miasta", "Rozmaitości", "Z niebios nad Lwowem", "Arcylwowianie". Stały się one dla "wyojczyźnionych" szczególnie bliskie i ważne. O "Domu pod żelaznym lwem" Kaczorowski pisze: „To była w latach milczenia lwowska biblia, dekalog lwowskiej wiary, katechizm lwowskiego dziecka, które na wygnaniu osiągnęło wiek zgorzkniałego starca, a ta książka przywróciła mu siły młodzieńca” - napisał w swym 'Alfabecie lwowskim' Jerzy Janicki. Książka Witolda Szołgini była „pierwszą kroplą, która wydrążyła szczelinę w niewzruszonej dotąd skale cenzury”, a gdyby nawet nic innego Ślipunder (tak bałakowo lwowscy przyjaciele nazywali autora) nie napisał, „Dom pod żelaznym lwem” daje mu i tak prawo do miana lwowskiego Homera". Szołginia, prawdziwy Larousse wiedzy o Lwowie, jak go wielu nazywało, w swych dziełach językiem wyjątkowo lekkim, barwnym i opisowym z pietyzmem wspomina ukochane miasto z jego wielkimi i małymi sprawami. W jego książkach ten stary, dawny Lwów po prostu żyje! Kaczorowski podkreśla: "W całej swej twórczości był perfekcjonistą i podkręcał tempo pracy nad opisem kolejnych fragmentów Miasta Zawsze Wiernego i ludzi z nim związanych; wydawało się, że tej pracy nie ma końca - jeszcze święci „W niebiosach nad Lwowem”, jeszcze „Arcylwowianie”... Podobnie jak bezgraniczna i totalna była miłość Witolda Szołgini do „tamtego Lwowa” - aż po ziemski kres jego wędrówki. W najtrudniejszych czasach był niezrównanym pokrzepicielem lwowskich serc - dopóki biło jego serce. Przywołajmy tutaj fragment "Tamtego Lwowa", w którym autor opisuje Wały Hetmańskie:

 

"Najpierw trochę informacji o nazwie tej zielonej śródmiejskiej promenady. „Wały” - już wiadomo: nazwa pochodzi od odcinka otaczających dawny Lwów wałów obronnych, na którym owa promenada powstała. Dlaczego jednak „Hetmańskie”? Od stojącego na nich ongiś najstarszego „cywilnego” - chociaż nie, lepiej: świeckiego (nie kościelnego) pomnika lwowskiego, postawionego jeszcze w końcu XVIII wieku dla uczczenia hetmana Stanisława Jabłonowskiego - przyjaciela króla Jana III Sobieskiego, towarzyszącego mu w jego wojennych wyprawach oraz jak on lwowianina... Za co jednak aż pomnik? Za skuteczną obronę przed ostatnim już w dziejach Lwowa tatarskim najazdem na to miasto w roku 1695 oraz za wiele innych jeszcze dla niego przysług i dobrodziejstw. (...) Wzrok kogoś patrzącego z ulicy Hetmańskiej przy wschodnim obrzeżu Wałów Hetmańskich ku przeciwległej ulicy Legionów przy ich obrzeżu zachodnim penetruje tę przestrzeń swobodnie, nie napotykając na żadne wizualne przeszkody w postaci gęściejszej zieleni. Nic to jednak urody owym Wałom nie ujmuje - są bardzo piękne w swej wykwintnej prostocie wielkomiejskiego bulwaru z zieloną promenadą na swej osi. Jest to niewątpliwie drugi, obok niedalekiej ulicy Akademickiej z jej topolową aleją, salon miasta. - Nie będziemy się tu spierać, który piękniejszy...".

 

Strażnik Miasta i Grobów Witold Szołginia należał do grona założycieli warszawskiego Towarzystwa Miłośników Lwowa w 1988 roku, do roku 1994 był wiceprezesem i członkiem pierwszego Zarządu Oddziału, organizatorem wielu prelekcji na tematy lwowskie. Warto przypomnieć, że od 1989 roku przez siedem lat, aż do śmierci, w każdy niedzielny poranek w radiowej Trójce w cyklu "Krajobrazy serdeczne" głosił gawędy o Lwowie, przybliżając słuchaczom wielkość i uroki miasta. Oprócz pisania zajmował się także tworzeniem grafik, które w plastyczny sposób oddawały klimat jego wierszy. Kolekcjonował również pamiątki lwowskie, które dały początek „Kolekcji Leopolis" w warszawskim Muzeum Niepodległości. W jego mieszkaniu w Warszawie od lat spotykała się diaspora lwowska z niezapomnianym Henrykiem Vogelfängerem - Tońkiem z Wesołej Lwowskiej Fali, jego szkolnym przyjacielem Andrzejem Hiolskim, Adamem Hollankiem, Janem Parandowskim, Jerzym Janickim czy Jerzym Michotkiem na czele, tworząc nieformalne Koło Literacko-Artystyczne. W środowisku tym Szołginię uznawano za lwowskiego "guru", chodzącą encyklopedię Lwowa, zawsze dokładnego i nieomylnego w sprawach lwowskich, a przy tym człowieka o niezwykłej szlachetności, uczciwości i etycznej czystości. W całym życiu był człowiekiem niezwykle delikatnym, skromnym, a nawet nieśmiałym. Nie potrafił się przepychać łokciami, obcy był mu zgiełk i blichtr tego świata, nie znosił targowiska próżności w obcym, niekiedy barbarzyńskim otoczeniu, w jakim przyszło mu trwać. Wysoko cenił sobie tradycyjne lwowskie wartości - dom i rodzinę. Najdalszy od politycznego koniunkturalizmu, oportunizmu i moralnego relatywizmu, był człowiekiem głębokiej wiary wyniesionej od św. Antoniego i Matki Bożej Ostrobramskiej, spod lwowskich kapliczek, i przeżywanej dyskretnie w mokotowskiej parafii św. Michała" - dodaje Andrzej W. Kaczorowski.

 

Zmarł 30 czerwca 1996 roku w Warszawie i 3 lipca został pochowany na cmentarzu Powązkowskim. Podczas pogrzebu tego zasłużonego dla Lwowa człowieka Adam Hollanek powiedział:

 

"Żył najszlachetniej, najgodniej jak tylko można. Cudowny, jakże uczony druh, wspaniały mąż i ojciec, żywy pomnik Polaka, takiego, jakim by się bardzo pragnęło zostać, ale zostać trudno. Z nikim nie skłócony, etycznie absolutnie czysty". Wspominany często Kaczorowski w swojej pracy o Szołgini pisze z kolei:

 

"Był jednym z ostatnich w długim szeregu bene merentes dla „tamtego Lwowa” - i kolejnymi tomami bujnej, nostalgicznej twórczości, i latami prowadzonej na różnych polach niezmordowanej działalności na rzecz miasta swej młodości, sam zyskał w pokoleniu „wyojczyźnionych” ten zaszczytny tytuł.

 

Arcylwowianinem był dla przyjaciół i dla nieznajomych, którzy od dawna w najprzeróżniejszy sposób oddawali mu hołd za wszystko, co napisał i co zrobił, by ocalić dla siebie i potomnych wierną pamięć o sześciu wiekach polskiego Lwowa. Witold Szołginia – „primus inter pares lwowskich wygnańców” - był lwowskim encyklopedystą, jak to barwnie określił Jerzy Janicki, jeden z jego najbliższych kolegów:

 

„Absolutny rebe”.

 

Po papiesku nieomylny w kwestiach lwowskich. Arbiter leopoliensis wszystkich sporów obszaru zamkniętego rogatkami Łyczakowa i Zamarstynowa. Arcylwowiak i arcyłyczakowianin. Posiadł ogromną wiedzę o Lwowie i z każdym dzielił się nią jak chlebem - choćby odpowiadając na niezliczone telefony z pytaniami o leopolitana, czy korespondując z rodakami rozsianymi po kraju i świecie. „Lwowiak, lwowianin i lwowianista”.

 

„Był strażnikiem Miasta i Grobów” - jakże trafnie! - nazwał go w dedykacji na jednym z tomów swej poezji Zbigniew Herbert.

     

 

Literatura, źródła, cytaty:

 

Piotr Czartoryski - Sziler „Nowy Dziennik”

Aleksander Szumański http://aleksanderszumanski.pl