foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie


 BARWY KRESÓW  Aleksander Szumański
 

 POEZJO! OSTATNIA LINIO POLSKIEJ OBRONY

 Marian Hemar

O, Poezjo, łaskiś pełna,
Módl się za nami.
Twoja dzisiaj godzina
Bije w niebie gromami.

Twoja godzina spływa
Jak płaszczem, ognia ulewą.
Podnieś ku górze twarz
Złota i czarnobrewa!

Boga karzący gniew
Idzie ku nam w pożodze,
Ty, rozpaczą, jak lew
Połóż się Bogu na drodze!

Dłoń chwyć co na nas miecz
Potrząsa wzniesiony,
O, Poezjo! Ostatnia
Linio polskiej obrony!

O, Zbarażu! O, szańcu
Kamieniecki, który
Niezdobyty ulatasz!
O, wieżo Jasnej Góry!

Hel padnie i Westerplatte
Ukradną zbójcy -
Ty przetrwasz, święty Okopie
Poetów Trójcy!

Bania rosy pęknij nad głową
Co leży w prochu.
Ustom zamilkłym
Daj łaskę szlochu.

Klęskę obmyj i rany
Świętymi łzami
O, Poezjo, uklęknij, i płacz,
I módl się za nami.




Gdy płomień jak blachę lichą
Słowa poskręca i pognie,
Ty znasz tajemnice słów,
Których nie tknęły ognie,

Które się rodzą z płomieni,
Słów - łez, słów - soli, słów - chleba,
Co wyrastają jak z ziemi
I powracają - jak z nieba.

Górą nad nami wiej!
Smugą białego żaru
I drugą, czerwonej krwi!
Poeto - a ty u sztandaru!

Tobie nie wawrzyn na skroń -
Już laur się czoła nie ima -
Sztandar jest ważny.
    Nie dłoń
    Co drzewce trzyma.

Z Kresami   związana była  twórczość i  życie  takich Polaków jak: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Józef Baka, Seweryn Goszczyński, Antoni Malczewski, Antoni Odyniec, Józef Bohdan Zaleski, Aleksander Fredro, Marian Zdziechowski, Maria Konopnicka ,Marian Hemar, Feliks Konarski , Władysław Bełza, czy Bruno Schulz. Wielkie Księstwo Litewskie pozostawało też "małą  ojczyzną" dla  Józefa Mackiewicza. Lwów jako miasto rodzinne pojawia się w twórczości  Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego, czy Stanisława Lema.

 
Marian Hemar  autor tekstów ponad dwóch tysięcy piosenek, m.in. takich szlagierów jak:

 Kiedy znów zakwitną białe bzy,
 Czy pani Marta jest grzechu warta,
 Ten wąsik,
 Nikt, tylko ty,
 Może kiedyś innym razem,
 Upić się warto,
 Jest jedna, jedyna.

Był polskim twórcą znajdującym się w gronie poetów wybitnych. Jego liryka pobrzmiewała echem dawnych tradycyjnych uznanych mistrzów, równocześnie zajmując  miejsce w tym poczcie. W jego poezji zaakcentowana jest wyraźna nuta kresowa, ze wszystkimi jej pieśniami poetyckimi z martyrologią narodową włącznie. Wnosił swoją twórczością ciepło, serdeczność, wywoływał wzruszenie, ale równocześnie był bezlitosny dla zdrajców i wrogów ojczyzny. Ta nuta z kolei była najczęściej prześmiewcza, uważał, zresztą słusznie / podobnie jak Janusz Szpotański /, iż najlepszą forma walki piórem jest mądra, skuteczna, ale we właściwej formie literackiej tworzona satyra. Niektóre jego utwory można porównać do proroctwa poezji Juliusza Słowackiego   W sposób bezpośredni Słowacki przecież prorokował powołanie Jana Pawła II na Stolicę Apostolską w utworze „Słowiański papież”, który powstał w 1848 roku:

„…Pośród niesnasek Pan Bóg uderza
W ogromny dzwon,
Dla słowiańskiego oto papieża
Otworzył tron…”

Jak należy ocenić hemarowską inwokację „..O Poezjo! Ostatnia linio polskiej obrony… Poeta skutecznie walczył o Polskę, o swój ukochany Lwów, nie tylko skutecznym orężem – piórem - brał przecież udział w walkach o Lwów  w latach 1918-1920 jako 17 - letni młodzieniec,  wraz z Obrońcami Lwowa.

W 1925 przeprowadził się ze Lwowa  do Warszawy, pracował wraz z Julianem Tuwimem w kabarecie literackim „Qui Pro Quo”, „Banda” i „Cyruliku Warszawskim”. Wraz z Tuwimem, Lechoniem i Słonimskim był autorem wielu skeczy,  dowcipów i szopek politycznych. Jego dorobek literacki jest ogromny: ponad 3000 niezwykle popularnych piosenek, do których sam komponował muzykę, setki wierszy, kilkanaście sztuk i słuchowisk radiowych. Był również współpracownikiem Wiadomości Literackich i Wiadomości, oraz dyrektorem teatru Nowa Komedia (1934-1935). W 1939 jego piosenka „Ten wąsik” wykonywana przez Ludwika Sempolińskiego w popularnej rewii „Orzeł czy Rzeszka”, spowodowała interwencję ambasadora Niemiec w Warszawie.

Po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 r. przedostał się do Rumunii. W latach 1940-1941 walczył w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich w Palestynie i w Egipcie (m.in. pod Tobrukiem). W wojsku prowadził pracę kulturalno-oświatową. Rozkazem naczelnego wodza gen. Władysława Sikorskiego na początku 1942 r. został przeniesiony do Londynu. Został przydzielony do Ministerstwa Informacji i Dokumentacji, w którym zwalczał m.in. kłamstwa propagandy, głównie niemieckiej, ale także angielskiej.

Po wojnie pozostał w Londynie. Prowadził tam teatrzyk polski w klubie emigrantów polskich. Współpracował m.in. z muzą Wesołej Lwowskiej Fali - Władą Majewską. Prowadził także jednoosobowy Teatr Hemara - cotygodniowy kabaret radiowy na antenie Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Wygłaszał w nim wierszowane komentarze satyryczne do bieżących wydarzeń.

Pisał o sobie: Moja gorąca miłość nie może się pogodzić z inną Polską, tylko najlepszą, najszlachetniejszą, najuczciwszą w świecie. Uczyli mnie tej miłości Słowacki, Żeromski i Piłsudski. Był bezkompromisowy i do końca wierny prawdzie i sprawiedliwości. Nie zgadzał się na komunistyczne zniewolenie Polski. Jego utwory były objęte cenzurą PRL.

W jego poezji wyraźnie zarysowały się dwa nurty - żartu i satyry oraz refleksji i tęsknoty. Do końca życia był urzeczony polskością i Lwowem. Oprócz licznych piosenek (tekst i muzyka), wierszy, sztuk i słuchowisk radiowych był autorem wierszy lirycznych, satyr, fraszek, parodii. Robił też przekłady poetyckie (m.in. wszystkie sonety Szekspira, połowa ód Horacjusza), pisał sztuki teatralne od dramatu do komedii muzycznych, jednoaktówki poświęcone Fredrze, Kochanowskiemu, Chopinowi. Parał się także prozą: pisał reportaże, felietony, eseje, krytykę literacką, a nawet traktat polityczny o Hitlerze.

Urodzony jako Jan Marian Hescheles, pseud. Jan Mariański, Marian Wallenrod i inne (ur. 6 kwietnia 1901 we Lwowie, zm. 11 lutego 1972 w Dorking pod Londynem. Pochowany wraz z żoną Kają na cmentarzu w Coldharbour w pobliżu Leith Hill, w którym mieszkał. Podobnie jak Zbigniew Herbert do swojego ukochanego Lwowa już nie powrócił.





Wspomniałem o gromiącej satyrze. Oto „listki” Janusza Szpotańskiego, nastepnie Hemara:

   Pomniu kak prijechał w Moskwu
   De Gaulle, sklierotik i starik
   I ja jewo pocałowała
   On potom prosto dostał tik,
    Ach on formalno popadl w trans,
    On przestał bredzić o belle France
    I tolko skuczał u mych stóp:
    Ach, Leonida, ty mnie lub
    Dla ciebie cały zapad brosze
    Tolko mnie jeszcze całuj proszę!
    A potem Pompidou, a Brandt,
    A nawet chitry, miełkij frant,
    Poet iż Polszy - Iwaszkiewicz
    Gdy tolko pili ust mych miód
    Woleli, że to istny cud,
    Kto go nie zaznał, ten nic nie wie.

Janusz Szpotański, pseud. Władysław Gnomacki, Aleksander Oniegow (ur. 12 stycznia 1929 w Warszawie, zm. 13 października 2001) – poeta, satyryk, krytyk i teoretyk literatury, tłumacz, szachista – trzykrotny mistrz Warszawy, posiadał również tytuł mistrza krajowego.

Był autorem prześmiewczych poematów komicznych, w których z wdziękiem wyszydzał rządzących w PRL prominentnych działaczy PZPR-u.

W 1951 roku został wyrzucony z powodów politycznych ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim. W 1964 napisał sztukę „Cisi i gęgacze”, czyli bal u prezydenta, opera w trzech aktach z uwerturą i finałem – utwór będący pamfletem przeciwko rządom Władysława Gomułki, którego nazwał w tym utworze Gnomem, a także satyrą na ówczesne postawy inteligencji. W styczniu 1967 został aresztowany i w 1968 skazany na trzy lata więzienia "za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa". W czasie wydarzeń marca 1968 Szpotański stał się ulubionym celem niewybrednych ataków I sekretarza. Gomułka nazwał poetę "człowiekiem o moralności alfonsa", a jego utwór – "reakcyjnym paszkwilem, ziejącym sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii".

W „Cichych i gęgaczach”, która była rodzajem szopki politycznej, Szpotański wykorzystał i sparafrazował wiele znanych utworów muzycznych (m.in. Horst Wessel Lied jest wykonywany przez chór ZOMOwców z Golędzinowa).

W latach 70. napisał Carycę i Zierkało – satyryczną wizję dziejów Rosji i ZSRR (przy czym carycą w jego ujęciu był Leonid Breżniew).

Towarzysz Szmaciak to ironiczna apoteoza PRL-u, dzieło będące kwintesencją jego twórczości.

Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

23 września 2006 został pośmiertnie odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.




Szpotański nie był członkiem Związku Literatów Polskich, który funkcjonował  z przerwami, m.in. spowodowanymi stanem wojennym, aby w 1989 roku rozpaść się na dwa związki, a to Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i Związek Literatów Polskich. Należy więc przypomnieć co wydarzyło się w kulturze polskiej w latach zniewolenia komunistycznego, przekazując równocześnie dzisiejszy jej obraz. Tego żmudnego dzieła podjęła się w niebywałym trudzie polska eseistka, reportażystka i dziennikarka Joanna Siedlecka w swoich dziełach "Obława" i "Kryptonim Liryka" o losach pisarzy represjonowanych.

Założycielem Związku Zawodowego Literatów Polskich był Stefan Żeromski. ZZLP reaktywowany został w roku 1944, a w 1949 roku zmienił nazwę na Związek Literatów Polskich, ze związku twórczego stając się stowarzyszeniem politycznym, nad którym nadzór sprawował Jerzy Putrament - agend NKWD, / działający w Polsce jeszcze przed 1939 rokiem /, przy współudziale Wandy Wasilewskiej i Julii Brystygierowej pułkownika NKWD, zwanej „Krwawą Luną”, która miała już za sobą krwawe przesłuchiwania we Lwowie po 17 września 1939 roku. To krwawe monstrum w sposobie działania przewyższało nawet nadzorczynie z niemieckich hitlerowskich obozów koncentracyjnych. „Specjalizowała” się w przesłuchiwaniu mężczyzn, nierzadko wkładając nieszczęśnikom genitalia do szuflady, gwałtownie ją zatrzaskując. Przez 35 lat prezesurę ZLP sprawował Jarosław Iwaszkiewicz / 1945 – 1980 /. Ten wytrawny ideolog partyjny znany był z namiętnych pocałunków z Leonidem Breżniewem. Postać Iwaszkiewicza scharakteryzował w swoich pamiętnikach Leopold Tyrmand:    „…globtrotter, pederasta, stalinowiec, dyplomata, smakosz, poeta i pionek…”

   Komunistyczną  prezesurę Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich , sprawował  w latach 1958 - 1959 Antoni Słonimski. Sylwetkę tego prezesa najdobitniej scharakteryzował Marian Hemar:
    „…cóż za szmata
    Pod pozorami literata.
    Popatrzcie na ten rzymski profil:
    Były frankofil i angliofil
    I były sanacyjny cwaniak,
    Pan-europejczyk i Pen- klubczyk,
    Przechrzta co tydzień, na wyścigi
    Co z wszystkich sobie wziął religii
    Jedną religię: Oportunizm-
    Dziś się obrzezał na komunizm…”

Marcin Hałaś członek Katowickiego Oddziału Związku Literatów Polskich, dziennikarz, krytyk literacki, poeta, napisał o dziełach Joanny Siedleckiej: „ …jest reporterką niepokorną, wystarczy wspomnieć jak relacjonowała postawę Zbigniewa Herberta w ostatnich latach życia i demaskowała wstrętne imputowanie mu choroby psychicznej jako motoru postępowania, m.in. jego stosunku do antypolskiej twórczości Czesława Miłosza. Wystąpienia Czesława Miłosza o wysadzeniu Polski w powietrze, lub przyłączeniu jej do Związku Sowieckiego są ogólnie znane. Zbigniew Herbert po słynnym nazwaniu przez Czesława Miłosza akowców bandytami napisał taki oto wiersz / nigdzie nie publikowany /”:



 „…był hybrydą w której wszystko się telepie
duch i ciało góra z dołem raz marksista raz katolik
chłop i baba a w dodatku pół Rosjanin a pół Polak
Chodasiewicz /Miłosz – dopisek autora/ pisał także prozą - żal się Boże
O dzieciństwie a to było nawet ładnie
Był jak student który czyta parę książek
Niedokładnie…”
 
Siedlecka w sposób precyzyjnie udokumentowany podaje losy prześladowanych przez bezpiekę pisarzy, kończących swoje losy „psychuszką” / Bąk, Grzędziński /, prześladowaniem m.in. Pawła Jasienicy / Leona Lecha Beynara / podstawiając mu kapusia TW „Ewę”, z którą się ożenił i która skróciła mu donosami życie, Jerzego Zawieyskiego , który prześladowany przez SB został wyrzucony, lub wyskoczył przez okno -/ „… mości Zawieyski czas skakać…” - usłyszał przed śmiercią / i wielu innych „niepokornych”. Wstrząsające są te dokumenty. Dokumenty Siedleckiej to świadectwo, dzięki któremu mamy szansę poszerzyć pamięć o niepokornych wilkach naszej literatury, a odsłaniając prawdę, stała się ona obiektem ataków określonych kół, zapewne literacko - podobnych. W wywiadzie „Tropię wielkość i małość polskich pisarzy” / „Dziennik” 19. 01. 07 /  Joanna Siedlecka wyjaśnia, że zburzyła białą heroiczną legendę Związku Literatów Polskich. Pisarka odpowiada na łamach „Dziennika” / 31.07.07 / na owe zarzuty: „…to demagogiczne argumenty, nie stosuję zasady odpowiedzialności zbiorowej. Mówiąc po prostu o swoich ostatnich książkach, o losach pisarzy represjonowanych przypominałam, że zwłaszcza w latach 50 i 60 gdy związkowa opozycja prawie nie istniała, konformistyczne władze ZLP nie broniły atakowanych przez władze swoich członków, ba, nawet ich wyrzucano stawiając przed sądem koleżeńskim, kierowanym w ZG ZLP przez Irenę Krzywicką/ wieloletnią przyjaciółkę Tadeusza Boya Żeleńskiego – dopisek autora /. Wyrzucały ich na ogół, co spotkało m. in. Jerzego Brauna, Władysława Grabskiego, Wojciech Bąka, Jerzego Kornackiego, Ireneusza Iredyńskiego. Milczały, gdy zaganiano do „psychuszki” Bąka i Grzędzińskiego, wsadzano do więzienia Iredyńskiego, Wańkowicza, Kornackiego, Brauna.
Członkowie sądów koleżeńskich ZLP „sądzili” oskarżonego o współpracę z londyńskimi „Wiadomościami” starego Jana Nepomucena Millera i Władysława Grabskiego za „paszkwil o Gałczyńskim”. Grube związkowe ryby jak Kazimierz Koźniewski, czy Andrzej Szczypiorski współpracujący z SB donosili na kolegów. Moi polemiści, zamiast przełknąć gorzkie fakty, zatupują je, przypominając demagogicznie, że we władzach był Herbert i Szczepański, a sam Związek rozwiązano w stanie wojennym. To prawda, choć władzę trzymał tu także Putrament, Lenart, Broniewska i Stanisław Ryszard Dobrowolski. Miał Związek karty piękne, ale też i mniej budujące, a naszą powinnością jest ich poznawanie, a nie „krzepienie serc” Herbertem i podtrzymywaniem źle pojętej korporacyjnej solidarności, sprzecznej z poszukiwaniem prawdy. Tym bardziej, że peerelowski ZLP był organizacją zniewoloną podwójnie, bo kontrolowaną nie tylko przez finansującą go partię, ale też sterowaną i infiltrowaną przez SB. Dyskusja o roli i prawdziwej historii peerelowskiego ZLP wybuchnie jeszcze nie raz, bo otwierają się wreszcie zamknięte niegdyś archiwa, wypływają nowe fakty”. Siedlecka sama zresztą deklaruje, że za swoją misję uważa p r z y p o m i n a n i e, bo komunizm był również zacieraniem śladów, n i e p a m i ę c i ą.
 Obecnie ZLP jest kontynuacją reaktywowanego w Lublinie w 1944 roku związku twórczego. Nie zadano sobie nawet trudu w zmianie statutu, który w istocie nie reguluje niczego. Regulację prawną ZLP przejęła ustawa „Prawo o stowarzyszeniach” z dnia 7 kwietnia 1989 roku.
Zarząd Główny ZLP nie posiada żadnego autorytetu w środowisku osób piszących, skoro nawet w ocenie Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy jest komunistycznym związkiem, w którym zasiadają prezes i i wszyscy wiceprezesi TW – SB / dane z lipca 2011 /.
Marian Hemar 29 kwietnia 1965 roku w Londynie napisał utwór poświęcony ludobójstwu w Katyniu:
„… tej nocy zgładzono wolność
w katyńskim lesie
zdradzieckim strzałem w czaszkę
pokwitowano Wrzesień

związano do tyłu ręce
by w obecności kata
nie mogły się wznieść błagalnie
do Boga i do świata

zakneblowano usta
by w tej katyńskiej nocy
nie mogły wołać o litość
ni wezwać znikąd pomocy

w podartym jenieckim płaszczu
martwą do rowu zepchnięto
i zasypano ziemią
skroń krwią przesiąkniętą
 
by zmartwychpowstać nie mogła
ni znaku dać o sobie
i na zawsze została
w leśnym katyńskim grobie

pod śmiertelnym całunem
zwiędłych katyńskich liści
by nikt się nie doszukał
by nikt się nie domyślił

tej samotnej mogiły
tych prochów i tych kości
świadectwa największej hańby
i największej podłości

tej nocy zgładzono prawdę
w katyńskim lesie
by nawet wiatr choć był świadkiem
po świecie jej nie rozniesie

bo tylko księżyc niemowa
płynąc nad smutną mogiłą
mógłby zaświadczyć poświatą
jak to naprawdę było


bo tylko świt który wstawał
na kształt różowej pochodni
mógłby wyjawić światu
sekret ponurej zbrodni

bo tylko drzewa nad grobem
stojące niby gromnice
mogłyby liści szelestem
wyszumieć tę tajemnicę

bo tylko ta ziemia milcząca
kryjąca jenieckie ciała
wyznać okrutną prawdę
mogłaby gdyby umiała

tej nocy sprawiedliwość
zgładzono w katyńskim lesie
bo która to już wiosna
bo która zima i jesień

minęły od tego czasu
od owych chwil straszliwych
a sprawiedliwość milczy
nie ma jej widać wśród żywych

widać we wspólnym grobie
legła przeszyta kulami
jak inni z kneblem w ustach
z zawiązanymi oczami

bo jeśli jej nie zabrała
nie skryła katyńska gleba
gdy żywa czemu nie woła
nie krzyczy o pomstę do nieba

czemu jeżeli istnieje
nie wstrząśnie sumieniem świata
czemu nie tropi nie ściga
nie sądzi nie karze kata

zdradzono sprawiedliwość
zdradziecko w katyńskim lesie
prawdę i wolność zgładzono
pod enkawudowską osłoną

dziś jeno ptaki smutku
w lesie zawodzą żałośnie
jak gdyby pamiętały
o tej katyńskiej wiośnie



jakby wypatrywały
wśród leśnego poszycia
śladów jenieckiej śmierci
oznak polskiego życia

czy  spod dębowych liści
albo sosnowych igiełek
nie błyśnie szlif oficerski
lub zardzewiały orzełek

strzęp zielonego munduru
karta z notesu wydarta
albo beretka spłowiała
pieśnią katyńską przeżarta

i tylko pamięć została
po tej katyńskiej nocy
pamięć nie dała się zgładzić
nie chciała ulec przemocy

i woła o sprawiedliwość
i prawdę po świecie niesie
prawdę o pięciu tysiącach
zgładzonych w katyńskim lesie…”

Z kim się Marian Hemar utożsamiał?

Łatwo na to pytanie odpowiedzieć fragmentem jego poematu:

„…my jesteśmy z polskiej Florencji,
Miasta siedmiu pagórków fiesolskich
Z miasta muzyki, inteligencji
I najpiękniejszych kobiet polskich
Z miasta talentów ideałów
Temperamentów i błyskawic
I teatru gwiazd i zapałów
I tej „panoramy Racławic” - …

…my jesteśmy z miasta poezji
Co się u nas rodziła na bruku
Jakby kamień się zmieniał
W natchnienie
A natchnienie wsiąkało w kamienie…

…my jesteśmy z tej jedynej Troi
Z tej jedynej na cały świat
Którą kiedyś w potrzebie
Hektor zdołał przed wrogiem obronić
A miał wtedy
Piętnaście lat…”

„Barwy Kresów” mają swoje światłocienie. W tej metaforze poetyckiej  obchody „70 ROCZNICY APOGEUM LUDOBÓJSTWA DOKONANEGO PRZEZ UKRAIŃSKICH SZOWINISTÓW W LATACH 1939 – 1947” NABIERAJĄ ZNACZENIA SZCZEGÓLNEGO, ZWAŻYWSZY, IŻ PATRONAMI OBCHODÓW OBRANI ZOSTALI ZYGMUNT JAN RUMEL I WIKTOR POLISZCZUK.

Na stronach 39 – 40 dzisiejszego wydania Redakcja szczegółowo omawia sylwetki patronów z historycznym tłem wydarzeń obejmujących wskazany okres. Ze strony poetyckiej „Barw Kresów” poeta polski Zygmunt Jan Rumel jest postacią mało znaną, a to w szczególności z uwagi na brak dostępu do jego twórczości, albo /jak sądzą niektórzy badacze/ z twórczości tego poety nic się nie zachowało. Prawda jak zwykle leży pośrodku. Postać majora Zygmunta Jana Rumela, oficera Wojska Polskiego, a następnie oficera Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, okrutny mord popełniony na nim przez rezunów z UPA szczegółowo omawia ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski w publikacji, o której niżej.

Poeta został rozerwany końmi.

„…Nikt nie wie, jak to dokładnie wyglądało i wielkiej doprawdy odwagi potrzeba, żeby sobie to wyobrazić. W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku trzej młodzi mężczyźni, pobici i okrwawieni zostali przywiązani do koni za ręce i nogi. Ktoś krzyknął „wio”, albo „hej”, albo tylko strzelił batem. Konie ruszyły gwałtownie z miejsca. Wszystko trwało zaledwie kilka minut. Jednym z tych przywiązanych był Zygmunt Rumel polski poeta i żołnierz Batalionów Chłopskich…

…Zygmunt Jan Rumel wychował się  w Krzemieńcu, w tym samym mieście co Juliusz Słowacki. Dziedzicząc po matce talent literacki, już jako młody chłopak zapowiadał się na dobrego poetę. Rumel pomimo wyboru drogi wojskowej napisał kilka utworów, w tym dramat "Rok 1963" oraz wiersz "Dwie matki", mówiący o dwóch ojczyznach, Polsce i Ukrainie. Sprawy kresowe rozumiał jak mało kto” .
„Jarosław Iwaszkiewicz napisał, że Rumel był jednym z diamentów, którymi strzelano do wroga. Wiersze Rumela są dziś praktycznie niedostępne nigdzie, musimy więc wierzyć Iwaszkiewiczowi. Zygmunt Rumel, urodził się w Krzemieńcu i tam chodził do szkoły. Jego ojciec był osadnikiem wojskowym. Był bardzo zdolnym uczniem i jego talent ujawnił się  wcześnie. Podczas spotkania matki Zygmunta z Leopoldem Staffem, ten miał powiedzieć: niech pani strzeże tego chłopca, to będzie wielki poeta. Nie został jednak Zygmunt Rumel wielkim poetą. Jego nazwisko wymienia się rzadko, a wiersze poszły w zapomnienie. Nie mówi się o nim w szkole, ani na studiach. Pozostaje jedną z wielu tragicznych ofiar wojny.

Encyklopedie wymieniają dwa jego dzieła, o których wyżej – „Poemat o roku 1963” i wiersz „Dwie matki”. Ten ostatni utwór wpisuje się w długą tradycję polskiej poezji zafascynowanej Ukrainą. „Dwie matki” to wiersz wyznanie, w którym poeta mówi o swoim przywiązaniu i miłości do Polski i Ukrainy. W połączeniu ze śmiercią autora wiersz ten może być rozumiany, jako metafora rozstania się Polski z Kresami i całą tradycją Rzeczpospolitej Obojga Narodów, która rozpoczęła się od wielkich politycznych planów obejmujących połowę wschodniej Europy, a skończyła się krwią rozlaną na jeziorem w Kustyczach w nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku. Synowie drugiej matki Zygmunta Rumela, jego metaforyczni przyrodni bracia nie chcieli już bowiem słuchać pieśni śpiewanych przez romantycznych Polaków, nie chcieli brać pod uwagę ich planów związanych z „drugą matką”. Mieli własne, nieznane Rumelowi i innym, wiersze, mieli własną legendę, własne mity i własną broń. Ta ostatnia miała dać im wolność i sławę, przyniosła jednak tylko wstyd. Dziś nikt nie wspomina na Ukrainie poety Zygmunta Rumela, autora wiersza „Dwie matki”, nikt nie nazywa także ludobójstwa po imieniu. Mówi się o „antypolskiej akcji”, która usunęła Polaków z „naszej ziemi”.
Ci którzy zacięli batem konie w lipcową noc nad kuszyckim jeziorem, mówią o sobie – rycerze. Być może nawet tak myślą. Pewnie dlatego, że nigdy nie mieli dwóch matek”- podaje ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”.
Kraków 2008
Wydawca: Małe Wydawnictwo.

Odnalazłem dwa utwory poety pomieszczone w tomie poezji „Dlatego, że są” wydawnictwa „Kamieniar” :

NA ŚMIERĆ POETY

A kiedy go z wami nie będzie
Usypcie mu kurhan stepowy
Aby słyszał jak burzan pieśń gędzie
I wiatr stepem przewala się płowy

Bo mu miesiąc wstający z limanów
Czy prószył kitajką czerwoną
I klaskanie by słyszał bocianów
Gdy piórami lotnymi wiatr chłoną

Niech tam orły dziobem pieśń skruszą
A teorban piosenkę zakwili
Bo o wolę on waszą i naszą
Śpiewał zanim odpoczął w mogile

Niech tam zmierzch siniejąc rozgarną
Błękit nieba najczystszy i skromny
Aby nocą wieczyście już czarną
Patrzył w wszechświat ponad nim ogromny


BEZ TYTUŁU

Zakukała kukułeczka zazula
Szarym świtem przez zielony liść
Dzięcioł czarny przy korze zaturlał
Możesz iść możesz iść możesz iść

Zakukała zazuleńka zakukała
Wykukała z sinej chmury świt
Świt po niebie rozsypał róże białe
Cyt poczekaj poczekaj cyt

Zakukała zakukała donośniej
Nagarnęła z sinej chmury róż
Tam pod lasem bujne żytko rośnie
Przejdziesz miedzę miedzę wąską wśród zbóż




Zakukała zakukała ciszej
Obok miedzy przysiadła na głóg
Kroki słyszę kroki słyszę kroki słyszę
Licho nie śpi u rozstajnych dróg

Zakukała zakukała mi znowu
Przeszli znikli teraz idź prowadź Bóg
Kukułeczko zazuleńko bądź zdrowa
Moja rzeka już jest tu chłodny Bug

Cytowane wiersze pochodzą z tekstu „Zygmunt Jan Rumel” -  „Lwowskie Spotkania” nr 7 2010 – red. naczelna Bożena Rafalska.




   




















            
Wrzesień 1939 roku nie tylko we Lwowie

Aleksander Szumański

 IV rozbiór Polski dokonany w 1939 przez Hitlera i Stalina 1 i 17 września 1939 roku zapoczątkował II wojnę światową. Terminu „IV rozbiór Polski” używali jeszcze przed wybuchem II wojny światowej dyplomaci rosyjscy i niemieccy. „Nie widzę dla nas innego wyjścia, jak IV rozbiór Polski” oświadczył Władimir Potemkin – wiceminister spraw zagranicznych ZSRS 4 października 1938 roku.

„Polacy czują się pewni siebie, bo liczą na poparcie Francji i Anglii i na pomoc materiałową Rosji, ale mylą się. Tak jak Hitler nie uważał za możliwe załatwienia sprawy Austrii i Czechosłowacji bez zgody Włoch, tak nie myśli on dzisiaj o tym , by załatwić spór polsko – niemiecki bez Rosji. Były już trzy rozbiory Polski; zobaczycie czwarty!”- powiedział Karl-Heinrich Bodenschatz – generał Luftwaffe i bliski współpracownik Hermana Goringa 6 maja 1939 roku.

Tymczasem już rok 1938 otworzył nowy czas w historii III Rzeszy – okres podbojów. Pierwszą ofiarą padła Austria, gdy 15 marca 1938 roku owacyjnie witany przez swoich rodaków Hitler wkroczył do Wiednia, który od tego dnia stał się jedną z metropolii Rzeszy. Anschluss  Austrii do Wielkich Niemiec został poparty w referendum przez przygniatającą większość 99,73% Austriaków. W tym samym roku III Rzesza wzbogaciła się o nowe terytoria. Narodowi socjaliści zaczęli rościć pretensje o tereny Sudetów, gdzie mieszkali również Niemcy. Czechosłowacja była gotowa walczyć o te tereny, jednakże Wielka Brytania i Francja nie były skore jej w tym dopomóc.

30 września 1938 roku w Monachium Adolf Hitler, Edouard  Deladier / Francja /, Benito Mussolini / Włochy /, oraz Neville Chamberlain / Wielka Brytania / zawarli układ, na podstawie którego Czechosłowacja oddała na rzecz III Rzeszy Sudety. Ponowne żądania w stronę Czechosłowacji Hitler wystosował 15 marca 1939 roku i tego dnia Wehrmacht wkroczył do pozostałej części Czechosłowacji. Wkrótce potem dokonano jej podziału na Protektorat Czech i Moraw, Czechy - autonomiczną jednostkę III Rzeszy, Słowację - marionetkę niemiecka, zaś Ukrainę Karpacką pierwotnie utworzoną jako autonomię,  oddano potem Węgrom.

Równolegle z działaniami w Czechosłowacji Hitler miał już kolejnego kandydata do podbicia – Prusy Wschodnie, które odgradzało Pomorze będące w posiadaniu Polski. Od października 1938 roku niemiecka dyplomacja prowadziła rozmowy z Polską, celem możliwości przystąpienia Polski do paktu wymierzonego przeciwko Związkowi Sowieckiemu; wybudowania eksterytorialnej autostrady łączącej Prusy Wschodnie z pozostałą częścią Niemiec, a także przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy. Propozycja ta, pomimo wielokrotnego powtarzania, była każdorazowo odrzucana przez polską dyplomację.

Przez cały lipiec i sierpień 1939 roku niemiecka propaganda ukazywała obraz Polaków – dręczycieli mniejszości niemieckiej, aby doprowadzić do zawarcia paktu zwanego „paktem Ribbentrop – Mołotow”. 23 sierpnia 1939 roku w Moskwie minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop i minister spraw zagranicznych Związku Sowieckiego Wiaczesław Mołotow podpisali ów pakt, będący sowiecką zgodą na niemiecką agresję na Polskę 1 września 1939 roku – wybuchem II wojny światowej bez jej wypowiedzenia. W istocie rzeczy działał tajny pakt Ribbentrop – Mołotow zawarty 28 września 1939 roku, a więc już w czasie trwania wojny.



17 września armia sowiecka skrytobójczo, również  bez wypowiedzenia  wojny napadła na Polskę  od granicy sowiecko – polskiej  od wschodu i tak dokonany został IV rozbiór Polski.

Rola naszych sojuszników- Anglii i Francji - w czasie tej agresji była żadna, zważywszy , iż 3 września 1939 roku Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę,  nie podejmując jednak żadnych działań zbrojnych.

W kwietniu 1940 roku z rozkazu Fuhrera Wehrmacht uderzył na Danię i Norwegię. Miesiąc później zaatakowano Francję, oraz kraje Beneluksu.

Sojusznik Polski Francja, po opanowaniu jej przez Hitlera w czerwcu 1940 roku, z sojusznika stała się kolaborantem Niemiec hitlerowskich. 

Zgromadzenie Narodowe III Republiki Francji po dymisji prezydenta Francji Alberta Lebrun - udzieliło pełnych pełnomocnictw marszałkowi Philippowi Pétain.  Sukcesorem III Republiki była w ten sposób Francja Vichy. Administracja Vichy funkcjonowała na terenie Francji - okupowanym przez III Rzeszę - i na terenie nieokupowanej Francji kontynentalnej ( z siedzibą w Vichy), wraz z rządem (premierzy: Pierre Laval i admirał Francois Darlan) i wszystkimi strukturami państwowymi ( wojsko, policja), jak również  w koloniach Francji. Nieokupowana strefa Francji kontynentalnej została zajęta przez Wehrmacht w listopadzie 1942, przy zachowaniu francuskich struktur państwowych. 

W wyniku polityki uległości – „poprawności politycznej” w stosunku do hitlerowskich Niemiec – z hasłem politycznym - „nie drażnić Hitlera” państwa zachodnie - Wielka Brytania i Francja - układem monachijskim przekazały Hitlerowi   Czechosłowację i praktycznie dopuściły do późniejszego wybuchu II wojny światowej.

Stany Zjednoczone wówczas zachowały się biernie i nie reagowały na agresję niemiecką na Polskę, jakby oczekując rozwoju wypadków - aby nie drażnić Hitlera !!!

Zaledwie cztery miesiące przed napaścią  Stalina i Hitlera na Polskę 5 maja 1939 roku minister spraw zagranicznych RP Józef Beck wygłosił w Sejmie przemówienie o sytuacji międzynarodowej i zawartych sojuszach obronnych. Powiedział wówczas:

„(…) z jednymi państwami kontakt nasz stał się głębszy i łatwiejszy, w innych wypadkach powstały poważne trudności. Biorąc rzeczy chronologicznie, mam tu na myśli w pierwszej linii naszą umowę ze Zjednoczonym Królestwem, z Anglią. Po kilkakrotnych kontaktach w drodze dyplomatycznej które miały na celu określenie zakresu naszych przyszłych stosunków, doszliśmy przy okazji mej wizyty w Londynie do bezpośredniej umowy, opartej o zasady wzajemnej pomocy w razie zagrożenia bezpośredniego lub pośredniego niezależności jednego z naszych państw… formuła umowy znana jest panom w deklaracji premiera Neville Chamberlaina z dn. 6 kwietnia / 1939 r. /, deklaracji, której tekst został uzgodniony i winien być uważany za układ zawarty miedzy obydwoma Rządami. Uważam za swój obowiązek dodać tu, że sposób i forma wyczerpujących rozmów, przeprowadzonych w Londynie, dodają umowie wartości szczególnej. Pragnąłbym, aby polska opinia publiczna wiedziała, że spotkałem ze strony angielskich mężów stanu nie tylko głębokie zrozumienie ogólnych zagadnień polityki europejskiej, ale taki stosunek do naszego państwa, który pozwolił mi z cała otwartością i zaufaniem przedyskutować wszystkie istotne zagadnienia, bez niedomówień i wątpliwości. Szybkie ustalenie zasady współpracy angielsko - polskiej możliwe było przede wszystkim dlatego, że wyjaśniliśmy sobie wyraźnie, iż tendencje obu Rządów są zgodne w podstawowych zagadnieniach europejskich; na pewno ani Anglia, ani Polska nie żywią zamiarów agresywnych w stosunku do nikogo, lecz również stanowczo stoją na gruncie respektu dla pewnych podstawowych zasad w życiu międzynarodowym.
Równoległe deklaracje kierowników politycznych strony francuskiej stwierdzają, że jesteśmy zgodni między Paryżem, a Warszawą co do tego, że skuteczność działania naszego obronnego układu nie tylko nie może być osłabiona przez zmianę koniunktury międzynarodowej, lecz przeciwnie, że układ ten stanowić powinien jeden z najistotniejszych czynników w strukturze politycznej Europy. Porozumienie polsko - angielskie przyjął pan kanclerz Rzeszy Niemieckiej za pretekst do jednostronnego uznania za nieistniejący układu, który pan Kanclerz Rzeszy zawarł z nami w roku 1934. Zanim przejdę do dzisiejszego stadium tej sprawy, pozwolą mi panowie na krótki rys historyczny. Fakt, że miałem zaszczyt brać czynny udział w zawarciu i wykonaniu tego układu, nakłada na mnie obowiązek jego analizy. Układ z 1934 r. był wydarzeniem wielkiej miary.
Była to próba dania jakiegoś lepszego biegu historii między dwoma wielkimi narodami, próba wyjścia z niezdrowej atmosfery codziennych zgrzytów i szerszych wrogich zamierzeń, w kierunku wzniesienia się ponad narosłe od wieków animozje, w kierunku stworzenia głębokich podstaw wzajemnego poszanowania. Próba sprzeciwiania się złemu jest zawsze najpiękniejszą możliwością działalności politycznej. Polityka polska w najbardziej krytycznych momentach ostatnich czasów wykazała respekt dla tej zasady. Pod tym kątem widzenia, proszę Panów, zerwanie tego układu nie jest rzeczą mało znaczącą. Natomiast każdy układ jest tyle wart, ile są warte konsekwencje, które z niego wynikają. I jeśli polityka i postępowanie partnera od zasady układu odbiega, to po jego osłabieniu, czy zniknięciu nie mamy powodu nosić żałoby. Układ polsko - niemiecki z 1934 r. był układem o wzajemnym szacunku i dobrym sąsiedztwie, i jako taki wniósł pozytywną wartość do życia naszego państwa, do życia Niemiec i do życia całej Europy. Z chwilą jednak, kiedy ujawniły się tendencje, ażeby interpretować go bądź to jako ograniczenie swobody naszej polityki, bądź to jako motyw do żądania od nas jednostronnych, a niezgodnych z naszymi żywotnymi interesami koncepcji stracił swój prawdziwy charakter. Przejdźmy teraz do sytuacji aktualnej. Rzesza Niemiecka sam fakt porozumienia polsko - angielskiego przyjęła za motyw zerwania układu z 1934 r. Ze strony niemieckiej podnoszono takie, czy inne obiekcje natury jurydycznej. Jurystów pozwolę sobie odesłać do tekstu naszej odpowiedzi na memorandum niemieckie, która  dziś jeszcze będzie Rządowi Niemieckiemu doręczona. Nie chciałbym również zatrzymywać panów dłużej nad dyplomatycznymi formami tego wydarzenia, ale pewna dziedzina ma tu swój specyficzny wyraz. Rząd Rzeszy, jak to wynika z tekstu memorandum niemieckiego, powziął swoją decyzję na podstawie informacji prasowych, nie badając opinii ani Rządu Angielskiego, ani Rządu Polskiego co do charakteru zawartego porozumienia. Trudne to nie było, gdyż bezpośrednio po powrocie z Londynu okazałem gotowość przyjęcia ambasadora Rzeszy, który do dnia dzisiejszego z tej sposobności nie skorzystał. Dlaczego ta okoliczność jest tak ważna? Dla najprościej rozumującego człowieka jest jasne, że nie charakter, cel i ramy układu polsko - angielskiego decydowały, tylko sam fakt, że układ taki został zawarty. A to znów jest ważne dla oceny intencji polityki Rzeszy, bo jeśli wbrew poprzednim oświadczeniom Rząd Rzeszy interpretował deklarację o nieagresji zawartą z Polską w 1934 r., jako chęć izolacji Polski i uniemożliwienia naszemu państwu normalnej, przyjaznej współpracy z państwami zachodnimi - to interpretacje taką odrzucili byśmy zawsze sami. Wysoka Izbo! Ażeby sytuację należycie ocenić, trzeba przede wszystkim postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Bez tego pytania i naszej na nie odpowiedzi nie możemy właściwie ocenić istoty oświadczeń niemieckich w stosunku do spraw Polskę obchodzących. O naszym stosunku do Zachodu mówiłem już poprzednio. Powstaje zagadnienie propozycji niemieckiej co do przyszłości Wolnego Miasta Gdańska, komunikacji Rzeszy z Prusami Wschodnimi przez nasze województwo pomorskie i dodatkowych tematów poruszonych jako sprawy, interesujące wspólnie Polskę i Niemcy. Zbadajmy tedy te zagadnienia po kolei. Jeśli chodzi o Gdańsk, to najpierw kilka uwag ogólnych. Wolne Miasto Gdańsk nie zostało wymyślone w Traktacie Wersalskim. Jest zjawiskiem istniejącym od wielu wieków, i jako wynik, właściwie biorąc, jeśli się czynnik emocjonalny odrzuci, pozytywnego skrzyżowania spraw polskich i niemieckich. Niemieccy kupcy w Gdańsku zapewnili rozwój i dobrobyt tego miasta, dzięki handlowi zamorskiemu Polski. Nie tylko rozwój, ale i racja bytu tego miasta wynikały z tego, że leży ono u ujścia jedynej wielkiej naszej rzeki, co w przeszłości decydowało, a na głównym szlaku wodnym i kolejowym, łączącym nas dziś z Bałtykiem. To jest prawda, której żadne nowe formuły zatrzeć nie zdołają. Ludność Gdańska jest obecnie w swej dominującej większości niemiecka, jej egzystencja i dobrobyt zależą natomiast od potencjału ekonomicznego Polski.
Jakież z tego wyciągnęliśmy konsekwencje? Staliśmy i stoimy zdecydowanie na platformie interesów naszego morskiego handlu i naszej morskiej polityki w Gdańsku. Szukając rozwiązań rozsądnych i pojednawczych, świadomie nie usiłowaliśmy wywierać żadnego nacisku na swobodny rozwój narodowy, ideowy i kulturalny niemieckiej ludności w Wolnym Mieście. Nie będę przedłużał mego przemówienia cytowaniem przykładów. Są one dostatecznie znane wszystkim, co się tą sprawą w jakikolwiek sposób zajmowali.

Ale z chwilą, kiedy po tylokrotnych wypowiedzeniach się niemieckich mężów stanu, którzy respektowali nasze stanowisko i wyrażali opinię, że to „prowincjonalne miasto nie będzie przedmiotem sporu między Polską a Niemcami” - słyszę żądanie aneksji Gdańska do Rzeszy, z chwilą, kiedy na naszą propozycję, złożoną dnia 26 marca wspólnego gwarantowania istnienia i praw Wolnego Miasta nie otrzymuję odpowiedzi, a natomiast dowiaduję się następnie, że została ona uznana za odrzucenie rokowań - to muszę sobie postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę ludności niemieckiej Gdańska, która nie jest zagrożona, czy o sprawy prestiżowe, czy też o odepchnięcie Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da! Te same rozważania odnoszą się do komunikacji przez nasze województwo pomorskie. Nalegam na to słowo „województwo pomorskie”. Słowo „korytarz” jest sztucznym wymysłem, gdyż chodzi tu bowiem o odwieczną polską ziemię, mającą znikomy procent osadników niemieckich. Daliśmy Rzeszy Niemieckiej wszelkie ułatwienia w komunikacji kolejowej, pozwoliliśmy obywatelom tego państwa przejeżdżać bez trudności celnych czy paszportowych z Rzeszy do Prus Wschodnich. Zaproponowaliśmy rozważenie analogicznych ułatwień w komunikacji samochodowej. I tu znowu zjawia się pytanie, o co właściwie chodzi? Nie mamy żadnego interesu szkodzić obywatelom Rzeszy w komunikacji z ich wschodnią prowincją. Nie mamy natomiast żadnego powodu umniejszania naszej suwerenności na naszym własnym terytorium. W pierwszej i drugiej sprawie, to jest w sprawie przyszłości Gdańska i komunikacji przez Pomorze, chodzi ciągle o koncesje jednostronne, których Rząd Rzeszy wydaje się od nas domagać. Szanujące się państwo nie czyni koncesji jednostronnych. Gdzież jest zatem ta wzajemność? W propozycjach niemieckich wygląda to dość mglisto. Pan kanclerz Rzeszy w swej mowie wspominał o potrójnym kondominium w Słowacji. Zmuszony jestem stwierdzić, że tę propozycję usłyszałem po raz pierwszy w mowie pana kanclerza z dn. 28 kwietnia. W niektórych poprzednich rozmowach czynione były tylko aluzje, że w razie dojścia do ogólnego układu sprawa Słowacji mogłaby być omówiona. Nie szukaliśmy pogłębienia tego rodzaju rozmów, ponieważ nie mamy zwyczaju handlować cudzymi interesami. Podobnie propozycja przedłużenia paktu o nieagresji na 25 lat nie była nam w ostatnich rozmowach w żadnej konkretnej formie przedstawiona. Tu także były nieoficjalne aluzje, pochodzące zresztą od wybitnych przedstawicieli Rządu Rzeszy. Ale, proszę panów, w takich rozmowach bywały także różne inne aluzje, sięgające dużo dalej i szerzej niż omawiane tematy. Rezerwuję sobie prawo w razie potrzeby do powrócenia do tego tematu. W mowie swej pan kanclerz Rzeszy jako koncesje ze swej strony proponuje uznanie i przyjęcie definitywne istniejącej między Polską a Niemcami granicy. Muszę skonstatować, że chodziłoby tu o uznanie naszej de jure i de facto bezspornej własności, więc co za tym idzie, ta propozycja również nie może zmienić mojej tezy, że dezyderaty niemieckie w sprawie Gdańska i autostrady pozostają żądaniami jednostronnymi. W świetle tych wyjaśnień Wysoka Izba oczekuje zapewne ode mnie, i słusznie, odpowiedzi na ostatni passus niemieckiego memorandum, który mówi: „gdyby Rząd Polski przywiązywał do tego wagę, by doszło do nowego umownego uregulowania stosunków polsko - niemieckich, to Rząd Niemiecki jest do tego gotów”. Wydaje mi się, że merytorycznie określiłem już nasze stanowisko. Dla porządku zrobię resumé. Motywem dla zawarcia takiego układu byłoby słowo „pokój”, które pan kanclerz Rzeszy z naciskiem w swym przemówieniu wymieniał.

Pokój jest na pewno celem ciężkiej i wytężonej pracy dyplomacji polskiej. Po to, aby to słowo miało realną wartość, potrzebne są dwa warunki : 1) pokojowe zamiary, 2) pokojowe metody postępowania. Jeżeli tymi dwoma warunkami Rząd Rzeszy istotnie się kieruje w stosunku do naszego kraju, wszelkie rozmowy, respektujące oczywiście wymienione przeze mnie uprzednio zasady, są możliwe.
Gdyby do takich rozmów doszło - to Rząd Polski swoim zwyczajem traktować będzie zagadnienie rzeczowo, licząc się z doświadczeniami ostatnich czasów, lecz nie odmawiając swej najlepszej woli. Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor”.

17 września to data o której się nie pamięta, którą to okrywa tajemnica niewyobrażalnego morza cierpień, a także straszliwa rzeczywistość polityczna. Bez 17 września nie byłoby 1 września, nie byłoby II wojny światowej, ludobójstwa, deportacji, holocaustu i rozbioru Polski między III Rzeszę Niemiecką, a ZSRS, przy walnej pomocy faszystów ukraińskich z OUN-UPA, prowadzących wewnętrzną dywersję na ziemiach polskich.

Na tę rzeczywistość składają się trzy symbole: Auschwitz – Katyń - Wołyń, podporządkowane
sojuszowi sowiecko – niemieckiemu, który leżał u podstaw źródeł nieszczęść Europy XX wieku i II  wojny światowej rozpętanej za przyczyną tego sojuszu. Gdyby nie porozumienie tych dwóch potęg, gdyby Hitler nie miał gwarancji Stalina, iż wspólnie zniszczą Polskę, zapewne wojny by w tym czasie nie wywołał. Gdyby z kolei Stalin nie wkroczył 17 września, istniałaby szansa dalszego polskiego oporu przeciwko wojskom niemieckim na tzw. przedmościu rumuńskim, a wtedy cala II wojna światowa, cala wojna obronna Polski we wrześniu 1939 roku potoczyłaby się inaczej.

W PRL propaganda głośno mówiła o faszystowskich Niemczech, napaści z 1 września, nazistowskich zbrodniach, ale tematem zakazanym była napaść ZSRS na Polskę i data 17 września, oraz zbrodnie sowieckie w Polsce, Katyniu , aneksja połowy Polski przez ZSRS na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, a właściwie jego tajnej części.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości /? / w 1989 roku zaczęto więcej mówić o IV rozbiorze Polski i jego skutkach, ujawniać zdrajców i kolaborantów sowieckich, oraz tragiczne losy Polaków pod okupacją sowiecką. Niestety obecne salony polityczne milczą w imię pseudo dobrego sąsiedztwa i tzw. „poprawności politycznej” o udziale naszych sąsiadów w IV rozbiorze Polski. Nie wypada mówić o napaści Litwy / za zgoda ZSRS/ i aneksji Wilna, czy udziale Słowacji w agresji na Polskę, czy też napaści zbrodniczego Legionu Ukraińskiego, nie mówiąc już o hitlerowskiej agenturze w Polsce spod faszystowskiego znaku OUN-UPA, odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu, Podolu, Małopolsce Wschodniej, we Lwowie, winnej  wszczęciu rebelii wewnątrz państwa polskiego we wrześniu 1939 roku na rzecz III Rzeszy Niemieckiej, a później na rzecz ZSRS.

Agresywna polityka zagraniczna, którą stosowali Hitler i Stalin, doprowadziła do rozpętania przez Niemcy  i ZSRS II  wojny światowej, w wyniku której  zginęło  ok. 50 milionów ludzi, a Polska w wyniku konferencji teherańsko- jałtańskich  utraciła Kresy Południowo – Wschodnie II RP w tym odwiecznie polski Lwów.
123 lata zaborów, z przerwą na dwudziestolecie międzywojenne, stały się kontynuacją zniewolenia narodu w wyniku porozumienia dwóch bandyckich napastników, przy zdradzie interesów narodowych przez naszych zachodnich sojuszników, z którymi mieliśmy funkcjonujące dyplomatycznie i prawnie umowy obronne naszego kraju. Przy powstaniu tworu sowieckiego PRL, jako następnej republiki Związku Sowieckiego uczestniczyły Stany Zjednoczone i Wielka Brytania jako koalicjanci ZSRS. 


W okresie przedwojennym Lwów stanowił najsilniejszy garnizon na obszarze Małopolski Wschodniej. Znajdowała się w nim siedziba Inspektoratu Armii na czele z gen. dyw. Kazimierzem Fabrycym i Dowództwa Okręgu Korpusu nr VI z gen. bryg. Władysławem Aleksandrem Langnerem – pseudonim „Złom”. We Lwowie stacjonowały  jednostki:

sztab 5 Dywizji Piechoty i Lwowskiej Brygady Obrony Narodowej wraz z dwoma batalionami Obrony Narodowej Lwów I i Lwów II,
dowództwo Grupy Artylerii nr 6,
19 Pułk Piechoty, 40 Pułk Piechoty,
III batalion 26 Pułku Piechoty,
14 Pułk Ułanów,
5 Pułk Artylerii Polowej,
5 Pułk Artylerii Ciężkiej,
6 Batalion Pancerny,
6 Pułk Lotniczy, stacjonujący na lotnisku w Skniłowie,
6 Dywizjon Artylerii Przeciwlotniczej i 6 Dywizjon Taborów.

W mieście mieścił się także Korpus Kadetów nr 1 im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po zarządzeniu mobilizacji powszechnej 29 sierpnia zmobilizowała się reszta jednostek 5 Dywizja Piechoty, czyli 40 Pułk Piechoty,
III batalion 26 Pułku Piechoty i 5 Pułk Artylerii Lekkiej.
Odjechały one w pierwszych dniach września transportami kolejowymi do Warszawy. We Lwowie po wyjeździe na front oddziałów liniowych pozostały jedynie:

Dowództwo Okręgu Korpusu nr VI, ośrodki zapasowe i nieliczne oddziały tyłowe.

Od 1 września Lwów był silnie bombardowane przez Luftwaffe, co powodowało duże zniszczenia i w pewnym stopniu dezorganizowało działania militarne. Zniszczono między innymi budynki fabryki wódek Baczewskiego i cerkwi greko-katolickiej św. Ducha. Uszkodzony został też Dworzec Główny oraz szereg gmachów, szczególnie przy ul. Gródeckiej i Janowskiej. Dodatkowo powołano Straż Bezpieczeństwa, na czele której stanął generał dywizji w stanie spoczynku Władysław Jędrzejewski, oraz Komitet Obywatelski Obrony Lwowa, kierowany przez rektora Uniwersytetu Lwowskiego prof. Romana Longschamps de Bérier.

Od 7 września rozpoczęto organizację obrony Lwowa, początkowo na dalekim przedpolu miasta w oparciu o rzekę Wereszycę. Zajmował się tym pułkownik dyplomowany Bolesław Fijałkowski.

9 września gen. W. Langner rozkazał utworzyć zaporę z kompanii asystencyjnych na linii: Żółkiew, Janów, rzeka Wereszyca, Gródek Jagielloński, Wereszyca, Komarno, rzeka Dniestr.

Dowództwo obrony Lwowa zostało też podporządkowane Centrum Szkolnemu Straży Granicznej w Rawie Ruskiej, którego oddziały miały obsadzić pozycje od Bełżca przez Rawę Ruską do Magierowa.

Tego samego dnia gen. W. Langner powołał również Dowództwo Obrony Obszaru Lwowa, na czele z generałem dywizji Rudolfem Prichem.

10 września rano gen. W. Langner zameldował się u ministra spraw wojskowych generała dywizji Tadeusza Kasprzyckiego w Łucku, który nakazał mu zorganizować we Lwowie stałą obronę w celu ułatwienia zaopatrzenia polskich oddziałów przebijających się na południe kraju.

Tego dnia do miasta przybył gen. Kazimierz Sosnkowski, który otrzymał od Naczelnego Wodza polecenie objęcia dowództwa nad południową grupą Armii "Karpaty" z zadaniem utrzymania linii Sanu i osłony Lwowa.

11 września gen. R. Prich wydał pierwszy rozkaz operacyjny, zgodnie z którym zadaniem jego sił była samodzielna obrona Lwowa, oraz obszaru na północ od Żółkwi, z wysuniętym punktem oporu w Rawie Ruskiej, a na zachodzie nad Wereszycą przez Janów - Gródek Jagielloński do Lubienia Wielkiego.

Szybko opracowano plan obrony Lwowa, którą postanowiono oprzeć na naturalnych przeszkodach terenowych (najważniejszymi były wzgórze 374 "Kortumowa Góra" i wzgórze 324 pod . Zboiskami).

Na zewnętrznym obwodzie miasta postanowiono zbudować barykady i rowy przeciwpancerne (przy pomocy miejscowej ludności), natomiast wewnątrz miasta, podzielonego na samodzielne sektory i bloki obronne, zbudować barykady oraz przygotować składy amunicyjne, żywnościowe i sanitarne.

11 września miasto zostało podzielone na sektory. Od 11 września załogę obrony Lwowa zaczęły wzmacniać oddziały z innych rejonów kraju. Tego dnia jako pierwszy przybył transportem kolejowym ze Stryja batalion marszowy 48 Pułku Piechoty majora Edwarda Szymańskiego Przyjechało też kilka plutonów armat i ckm przeciwlotniczych z Rzeszowa, Krosna i Przemyśla.

Wojska niemieckie w nocy z 11 na 12 września zajęły Sambor, zaś rano 12 września - wieś Kałmy, leżącą na północny-wschód od Sambora. W tym czasie w Kalinowie dowódca niemieckiego 98 Pułku Strzelców Górskich pułkownik Ferdinand Schörner wydał rozkaz o utworzeniu i zadaniach zmotoryzowanej grupy pościgowej 1 Dywizji Górskiej generał majora Ludwika Küblera, na czele której sam stanął. Miała ona jak najszybciej przedrzeć się do Lwowa.

Ostatecznie 12 września czoło grupy płk. F. Schörnera pojawiło się na skraju Lwowa od strony Zimnej Wody. Atak ten przybrał formę wtargnięcia z zaskoczenia w celu opanowania ważnych obiektów w mieście i sparaliżowania polskiej obrony. Najbardziej zażarta walka wybuchła o punkt oporu na Bogdanówce przy ul. Gródeckiej, którego obsadę stanowił pluton piechoty, pluton ckm i pluton artylerii (2 armaty 75 mm).

Grupy żołnierzy niemieckich przedarły się w głąb miasta, dochodząc do kościoła św. Elżbiety. Sytuacja została jednak opanowana dzięki skierowaniu w rejon ul. Gródeckiej nowych pododdziałów wojska i policji. W rezultacie wieczorem Niemcy przeszli do obrony w oczekiwaniu na posiłki. Polskie dowództwo obrony Lwowa przysłało na zagrożone odcinki wzmocnienia na Kortumową, Wólkę, ul. Stryjską , stację kolejową Persenówka , ul. Zieloną i ul Łyczakowską.

12 września od rana obronę miasta wzmacniały oddziały z obszaru DOK nr III w Grodnie: trzy pułki piechoty w sile 195 oficerów i ok. 6400 żołnierzy i dwoma batalionami 35. Dywizji Piechoty Rezerwowej (II batalion 205 Pułku Piechoty Rezerwowej i I batalion 206 Pułku Piechoty Rezerwowej rez.), a także w nocy szwadronem kawalerii dywizyjnej. W nocy zwożono też do miasta w dalszym ciągu amunicję i granaty ręczne ze składnicy uzbrojenia w Hołosku. Tego dnia ostatecznie ukształtowała się obsada Dowództwa Grupy Obrony Lwowa.
Na jego czele z rozkazu dowódcy Frontu Południowego stanął generał brygady w stanie spoczynku Franciszek Sikorski. Z kolei dowództwo niemieckie – pomimo wzmocnienia w nocy własnych sił w rejonie ul. Gródeckiej – zrezygnowało z dalszych prób natychmiastowego zajęcia miasta. Wraz z przybyciem dalszych oddziałów niemieckich rozpoczęło się oblężenie Lwowa. 13 września rano, po silnym przygotowaniu artyleryjskim, grupa bojowa płk. F. Schörnera rozpoczęła natarcie na Kortumową Górę, z której rozciągał się dobry widok umożliwiający ostrzał artyleryjski całego miasta. Była ona broniona przez polski pododdział z OZ 5 Dywizji Piechoty w sile zaledwie ok. 80 żołnierzy z plutonem dział 75 mm.
Jednakże nie zdołał on zapobiec zajęcia w południe polskich pozycji na Kortumowej Górze. Jej utrata była dużą porażką Polaków. Jednocześnie niemiecki II batalion 98. psg kontynuował atak w kierunku północno-zachodnim, pogłębiając okrążenie Lwowa i docierając wieczorem do Zboisk i wzgórza 324.

Przecięte zostały w ten sposób szosy do Brzuchowic i Żółkwi. Polskie dowództwo dwukrotnie próbowało odebrać Kortumową Górę, ale udało się jedynie odzyskać teren Cmentarza Janowskiego, leżącego na stoku góry. Był to jednak tylko częściowy sukces. Walki toczyły się też na zachodnim odcinku obrony miasta, od Dworca Głównego do Kulparkowa.

W dalszym ciągu napływały do Lwowa kolejne posiłki w postaci dowództwa II dywizjonu (bez 6. baterii), haubic 155 mm i 3 baterii z 2 działami 105 mm z 6 Pułku Artylerii Ciężkiej - (zajęły one pozycje w rejonie cytadeli i Cmentarza Łyczakowskiego).

Miasto w godzinach rannych opuścił także gen. Kazimierz Sosnkowski, który z niewielkim sztabem odleciał do Przemyśla, aby objąć dowództwo nad tamtejszymi siłami i przebić się z nimi do oblężonego Lwowa.

Licząc się z możliwością dalszych ataków na Lwów (zwłaszcza czołgów), gen. F. Sikorski rozkazał dowódcom odcinków budowę zapór przeciwczołgowych. Miała je stawiać piechota z udziałem ochotników cywilnych pod kierunkiem przydzielonych saperów. Rano gen. W. Lagner został zaskoczony wiadomością o ewakuacji urzędu wojewódzkiego i starosty grodzkiego, oraz wojewody Biłyka, nakazał więc stworzyć władze zastępcze na czele z byłym premierem Kazimierzem Bartlem i prezydentem S. Ostrowskim.

Kontynuowano też zwożenie amunicji ze Składnicy Uzbrojenia w Hołosku Wielkim. Generał Kazimierz Sosnkowski podporządkował gen. W. Langnerowi 10 Brygadę Kawalerii pułkownika dyplomowanego Stanisława Maczka, która znajdowała się na północ od Lwowa.

Jej zadaniem było zaatakowanie wojsk niemieckich od północy, wyrzucenie ich ze Zboisk i otworzenie  drogi do Lwowa. Z drugiej strony dowódca niemieckiej 1. DG gen. L. Kübler otrzymał rano informacje o wyruszeniu z Przemyśla do rejonu Lwowa polskiej odsieczy pod dowództwem generała Kazimierza Sosnkowskiego. Postanowił on zabezpieczyć swoje tyły i skierował do Gródka Jagiellońskiego niemiecki batalion, wzmocniony później i przeformowany w rejon Rzęśni Ruskiej.

14 września trwały w mieście jedynie walki o charakterze lokalnym, ale z dużą aktywnością obu stron. Najbardziej intensywne działania prowadzono pod Kulparkowem i Wulką, które Niemcy zaatakowali w związku z rozszerzaniem okrążenia Lwowa od południa do linii kolejowej do Chodorowa i szosy do Bóbrki.

W tym czasie na Wulce polskich obrońców ostrzelali ukraińscy dywersanci, stanowiący hitlerowską agenturę nacjonalistów z  OUN, wspomagający wojska niemieckie dla rozbicia obrony Lwowa od wewnątrz.

Walki toczyły się też na północny zachód od Lwowa w rejonie Rzęsny Ruskiej. Po południu polskie wojska wycofały się do Hołoska Wielkiego, wzmacniając załogę Składnicy Uzbrojenia. Do miasta przybył szef sztabu Frontu Południowego, pułkownik  dyplomowany Bronisław Rakowski z rozkazem Naczelnego Wodza obsadzenia przedmościa rumuńskiego. Ze Stanisławowa przybyła część pracowników Polskiego Radia, naprawiono uszkodzoną w trakcie ewakuacji stację nadawczą i wznowiono nadawanie programu. Sytuacja w mieście stawała się coraz gorsza. Nie działały elektrownia, gazownia i wodociągi.

Do Lwowa przybyło ok. 100 tys. uchodźców cywilnych, co doprowadziło do naruszenia wojskowych zapasów żywności. W mieście znajdowało się też ok. 3 tys. osób chorych i rannych. W dalszym ciągu też powiększały się polskie wojska w mieście.

15 września gen. W. Lagner postanowił wspomóc działania zgrupowań, które usiłowały przebić się do miasta. W tym celu obrońcy zaatakowali wzgórza pod Zboiskiem i w kierunku Hołoska Wielkiego. W obu przypadkach Niemcy w walce wręcz zostali zmuszeni do odwrotu, ale polskie ataki zostały ostatecznie powstrzymane przez niemiecką artylerię. W samym Lwowie próbowano bez powodzenia odzyskać Kortumową Górę. Wieczorem i w nocy wysłano rozpoznanie w kierunku Sokolnik, szosy na Stryj, Sichów i Pohulanki. Niemieckie lotnictwo bombowe uszkodziło urządzenia wodociągowe w Dobrostanach. W celu usprawnienia współpracy pomiędzy władzami wojskowymi i cywilnymi mianowano podpułkownika Antoniego Jakubowskiego oficerem łącznikowym w sprawach utrzymania porządku, aprowizacji, bezpieczeństwa i służby zdrowia. Ukończono też mobilizację w Kadrze Zapasowej VI Szpitala Okręgowego, w wyniku której zostało utworzonych 60 jednostek. Próbowano ewakuować rannych 6 pociągami sanitarnymi. Jedynie pociąg sanitarny nr 66 dwukrotnie przewiózł po 300 rannych do Stanisławowa, zanim zbombardowały go niemieckie samoloty. Natomiast pociąg sanitarny nr 64 został podpalony przez dywersantów ukraińskich.

16 września rano rozpoczęło się natarcie prawdopodobnie III batalionu 206 pp. rez. przy wsparciu dwóch dywizjonów artylerii na wzgórze 324. Zostało ono powstrzymane na południowych stokach. W tym samym czasie Niemcy uderzyli z Kortumowej Góry na wzgórze 374 przy silnym przygotowaniu artyleryjskim, zajmując je po kilku godzinach. W południe polscy obrońcy zaatakowali w kierunku na Hołosko Wielkie i wzgórze leżące na południe od niego, aby wspomóc działania 10. BK. Akcja nie była jednak uzgodniona z dowództwem 10. BK. Pod wieczór zdołano wprawdzie opanować połowę wsi, ale wkrótce polski batalion wycofał się za Pełtew.

17 września generał W. Langner wydał rozkaz ataku na wzgórza zamarstynowskie i wzgórze 324, aby uzyskać bezpośrednią łączność z siłami 10. BK. Doprowadziło to do zajęcia po południu sanatorium w Hołosku Wielkim i wdarcia się na wzgórze 324. Jednakże w tym samym czasie 10. BK, która nacierała bez powodzenia na wzgórza pod Zboiskami, otrzymała rozkaz Naczelnego Dowództwa WP przejścia na południe za Dniestr, a następnie na Węgry. W nocy obrońcy wyparli Niemców z pod lwowskich miejscowości Podborców, Podbereżeńców, Zniesienia, Laszki Murowane i Dublany. W godzinach rannych Dowództwo Okręgu Korpusu we Lwowie otrzymało meldunek o przekroczeniu polskiej granicy przez wojska sowieckie i ich posuwaniu się w głąb kraju.

Tego dnia po południu gen.W. Langnerowi został przekazany rozkaz Naczelnego Dowództwa WP, aby walczyć tylko z Niemcami, a do oddziałów Armii Czerwonej otwierać ogień tylko w przypadkach koniecznej samoobrony. W kierunku miasta posuwała się 6 Armia Frontu Ukraińskiego pod dowództwem komkora Filipa Golikowa. 18 września siły obrońców zostały wzmocnione przez przybycie z Łucka dwóch pociągów pancernych: nr 53 "Śmiały" kpt. Mieczysława Malinowskiego i nr 55 "Bartosz Głowacki" kpt. Andrzeja Podgórskiego. Do Lwowa przyjechał także II dywizjon 33. Pułku Artylerii Lekkiej. Szef sztabu 35. DP Rez., ppłk dypl. Jan Sokołowski zaproponował zdynamizowanie działań obronnych poprzez powołanie pod broń ochotników.
Zostało to poparte przez gen. bryg. w stanie spoczynku Mariana Januszajtisa, który wystąpił z apelem o wstępowanie do Ochotniczego Korpusu Obrony Lwowa (wkrótce osiągnął liczebność ok. 5 tys. ludzi). 18 września Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) wydało dyrektywę nakazującą 14. Armii gen. płk. Wilhelma  osiągnąć linię: Skole, Stryj, wschodni skraj Lwowa, Kamionkę Strumiłową i Bug po Hrubieszów. XVIII Korpus Armijny pod dowództwem gen. Eugena Bayera miał zniszczyć GO gen. K. Sosnkowskiego i zdobyć Lwów, a 5. D. Panc. i 57. DP – opanować zagłębie naftowe. Niemcy, którzy bardzo chcieli zdobyć miasto, tego dnia zrzucili z samolotów ulotki wzywające do poddania i wystosowali ultimatum, zapowiadając na 19 września silny atak.

Z kolei dowódca sowieckiego Frontu Ukraińskiego, komandarm Siemion Timoszenko rozkazał, aby 5 Armia osiągnęła linię: Rożyszcze, Horochów, Łuck. 6 Armia zdobyła Lwów, a 12 Armia dotarła do linii
Żurawno, Dolina, Stanisławów, a następnie atakowała w kierunku Stryja, ubezpieczając lewe skrzydło od strony Rumunii. W ciągu nocy z 18 na 19 września prowadzono intensywne rozpoznanie na przedpolu polskich pozycji patrolami na wszystkich odcinkach. Z drugiej strony w nocy sowiecki pododdział zaatakował polskie barykady na Łyczakowie i ostrzelał stanowiska 1 baterii 42 dywizjonu artylerii lekkiej, próbując wedrzeć się do miasta z zaskoczenia.

Polacy odparli jednak to uderzenie. W tej sytuacji Sowieci zamknęli wschodni skraj miasta i zajęli Winniki.

19 września rano na rogatkę Łyczakowską przybyli oficerowie sowieccy, proponując dowództwu obrony Lwowa rozpoczęcie pertraktacji w celu przekazania miasta. Odbyły się one w Winnikach z udziałem płk. dypl. Bronisława Rakowskiego, ppłk. dypl. Kazimierza Ryzińskiego i mjr. dypl. Wacława Berki jako tłumacza.

Przedstawiciele strony sowieckiej twierdzili, że przybyli walczyć z Niemcami i nalegali na uzyskanie zgody na wejście do miasta. Ponieważ Polacy nie mieli odpowiednich pełnomocnictw, rozmowy miały być kontynuowane. Jednocześnie polscy obrońcy prowadzili dość intensywne działania zbrojne. Ich celem było wsparcie wojsk gen. K. Sosnkowskiego przedzierającego się od zachodu do Lwowa. Polacy zdołali zająć Zamarstynów i Hołosko Małe oraz południowy skraj Hołoska Wielkiego. Jednakże dalszy atak załamał się. Wyeliminowany został pociąg pancerny "Bartosz Głowacki", który otrzymał kilka bezpośrednich trafień, co go unieruchomiło, ale ewakuowano go na stację kolejową Podzamcze. Po południu gen. W. Langner rozkazał, aby w przypadku sowieckiego natarcia otworzyć ogień i nie dać się zaskoczyć.

Polscy obserwatorzy jednocześnie meldowali, że od strony Sichowa do granic miasta zbliżają się kolejne sowieckie i niemieckie oddziały. Do miasta dotarły jeszcze wolnymi liniami kolejowymi poprzez Dublany i Kamionkę Strumiłową trzy pociągi ewakuacyjne z Radomia, Dęblina i Starachowic.

Przywiozły one m.in. 4 armaty  40 mm, 12 tys. karabinów, 2 tys. ckm-ów, 4 tys. rkm-ów, 5 tys. Pistoletów, oraz duże ilości amunicji i granatów ręcznych. Późnym wieczorem do miasta zaczęły docierać pierwsze grupy żołnierzy z przebijającej się GO gen. K. Sosnkowskiego. 20 września załoga Lwowa przygotowywała się do obrony okrężnej. Generał F. Sikorski polecił dowódcom odcinków oraz dowódcom artylerii i saperów wzmocnić czołowy zarys obrony miasta przez zagęszczenie urządzeń fortyfikacyjnych, budowę nowych barykad i rowów przeciwczołgowych. Wysuniętym punktem oporu wewnętrznego miał być Wysoki Zamek. Tego dnia znacznie pogorszyła się sytuacja militarna polskich wojsk we Lwowie. Gen. W. Langner w dalszym ciągu liczył na powodzenie przebicia się do miasta GO gen. K. Sosnkowskiego i dlatego rozkazał wznowić od rana uderzenie na Brzuchowice i Hołosko.

Jednakże ponownie było ono nieudane. Z drugiej strony obrońcy Lwowa na południowym odcinku musieli odeprzeć natarcie niemieckiej piechoty i czołgów skierowane na Kulparków, koszary 6 Pułku Lotniczego i szosę do Stryja.

Na odcinku zachodnim i wschodnim zaobserwowano ożywioną działalność zwiadowczych pododdziałów niemieckich i sowieckich, a w samym Lwowie akcje sabotażowe i dywersyjne ukraińskich nacjonalistów.

20 września sztab sowieckiej 6 Armii Frontu Ukraińskiego przygotowywał generalne uderzenie na Lwów. Brygady pancerne opóźniły swoje przybycie pod miasto z powodu przeładowania kolumnami Armii Czerwonej szosy z Tarnopola do Lwowa.
Natomiast działająca na południe od Lwowa 12 Armia komandarma Iwana W. Tiuleniewa otrzymała rozkaz takiego przegrupowania własnych sił, aby uniemożliwić załodze Lwowa ewentualne przebicie się w kierunku granicy z Węgrami. Również strona niemiecka podjęła działania przygotowawcze do generalnego natarcia na miasto, które miało rozpocząć się trochę wcześniej niż atak sowiecki.

Niemcy wezwali polskich obrońców do kapitulacji do rana 21 września, a w przeciwnym razie zagrozili zniszczeniem Lwowa.

Przedstawiciele Wehrmachtu i Armii Czerwonej kilkakrotnie spotykali się pod Lwowem, aby uzgodnić wspólne działanie przeciwko polskim obrońcom, oraz wykorzystać nacjonalistów ukraińskich działających wewnątrz polskiej obrony miasta.

20 września sztab niemieckiej Grupy Armii Południe dostał wiadomość z Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Niemiec (OKH) z rozkazem zaprzestania oblężenia Lwowa i utrzymywania łączności z odpowiednim dowódcą sowieckim, aby zapobiec dalszym starciom pomiędzy obiema armiami.

Z kolei rozkaz 14. Armii informował o ustaleniu niemiecko-sowieckiej linii demarkacyjnej, biegnącej wzdłuż Pisy, Narwi, Wisły i Sanu do Przemyśla, a dalej przez Chyrów do Przełęczy Użockiej. 21 września przedstawiciele Armii Czerwonej zaproponowali Polakom wznowienie rozmów.

Odbyły się one w Winnikach z udziałem ppłk. K. Ryzińskiego i mjr. Jana Jawicza w roli tłumacza.

Sowieci nalegali na otrzymanie zgody na wejście do Lwowa, do czego jednak polska delegacja nie miała kompetencji. W tej sytuacji zostało uzgodnione na po południe spotkanie gen. W. Langnera z generałem Armii Czerwonej. Wojska sowieckie zaatakowały jednak polskich obrońców, ale po trzykrotnym ostrzelaniu ich przez Polaków wycofały się na swoje pozycje.

Strona sowiecka zagwarantowała Polakom pozostawienie dotychczasowych władz miejskich, bezpieczeństwo życia wszystkim przebywającym na terenie miasta, zachowanie własności prywatnej i możliwość wyjazdu dla chcących do państw neutralnych, jednak były to tylko obietnice bez pokrycia, gdyż sowieci nie mieli zamiaru ich realizować.

22 września rano polska delegacja w składzie: gen. W. Langner, płk B. Rakowski i kpt. Kazimierz Czyhiryn jako tłumacz spotkała się w Winnikach z przedstawicielami Armii Czerwonej. Sowieci polskie warunki przyjęli w całości i bez dyskusji.

Został podpisany "Protokół ogłoszenia o przekazaniu miasta Lwowa Armii Czerwonej", zgodnie z którym oficerowie mieli zagwarantowaną wolność osobistą i nietykalność własności, oraz możliwość wyjazdu za granicę. Jednocześnie gen. W. Langner wydał "Rozkaz do wojska załogi Lwowa", określający kolejność i sposób opuszczania miasta przez żołnierzy, "Rozkaz do żołnierzy" z podziękowaniem za obronę miasta i "Odezwę do mieszkańców".

Poddanie miasta spotkało się z protestami oficerów, podoficerów a także szeregowców i ludności cywilnej. Był to ogromny błąd gen. Langnera który uwierzył w coś co nie istniało w armii sowieckiej, czyli honor i poszanowanie prawa międzynarodowego. Gen W. Langner zapewne nie wziął pod uwagę dywersji wewnętrznej band ukraińskich nacjonalistów OUN.

Polacy wychodzili ze Lwowa w kolumnach, oddzielnie oficerowie, a oddzielnie pozostali wojskowi. Za granicami miasta ich eskortowanie przejęli żołnierze sowieccy. Po dotarciu do Winnik polscy oficerowie nie zostali jednak zwolnieni, tylko ze złamaniem podpisanych umów wzięci do niewoli. Podobnie jak pozostali oficerowie trafili do obozów jenieckich, a następnie zostali zdradziecko wymordowani przez NKWD.

Wkraczająca do Lwowa w godzinach popołudniowych Armia Czerwona wraz z NKWD od początku dokonywały licznych zbrodni, m.in. rozstrzelani zostali polscy policjanci przy rogatce przy ul. Zielonej, podobnie jak inna grupa żołnierzy i policjantów w Brygidkach. Gwałty i rabunki Sowietów doprowadziły do protestu prezydenta miasta S. Ostrowskiego u dowództwa sowieckiego, ale bez żadnego rezultatu.

Nowe władze zarządziły rejestrację uchodźców i pozostałych w mieście wojskowych. 24 września aresztowany został S. Ostrowski, a 27 października gen. M. Januszajtis, który zaczął już tworzyć pierwsze zawiązki konspiracji. Nieuzasadniony optymizm i wiara w szczerość sowieckich intencji związanych z poddaniem miasta zaowocowała szybką decyzją o przekazaniu Lwowa Armii Czerwonej a w konsekwencji Zbrodnią Katyńską.

Stan zapasów, zaopatrzenia i uzbrojenia, oraz postawa żołnierzy i ludności cywilnej dawały możliwość prowadzenia dłuższej obrony miasta. Zgodnie z paktem Ribbentrop - Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku, Lwów trafił do radzieckiej strefy okupacyjnej, był to osobisty sukces Stalina i jego zemsta za rok 1920 rok, kiedy to 1 Konna Armia Budionnego nie zdołała zdobyć Lwowa i została rozbita przez Polaków.

O wojnie niemiecko-bolszewickiej dowiedział się Lwów wczesnym rankiem w niedzielę, 22 czerwca 1941 roku, gdy nad miastem ciężko zahuczały eskadry niemieckich bombowców. Gęsto rzucane bomby nie pozwalały na żadne złudzenia. Kraje, które przed niespełna dwoma laty sprzymierzyły się, żeby nas zniszczyć, teraz przystąpiły do wzajemnej walki, a z murów lwowskich Brygidek sączyła się krew z mózgami pomordowanych przez NKWD więźniów – sam widziałem ślady tej zbrodni.
Po 1945 roku polska granica wschodnia miała być oparta na tzw. Linii Curzona, co sam zresztą zaproponował Stalin. Wszystkie wersje tej linii pozostawiały Lwów po stronie polskiej, który historycznie i etnicznie był czysto polski, jednak Stalin kierując się osobistymi pobudkami wykreślił własną linię która była zgodna z paktem Hitler-Stalin z 28 września 1939 roku, pozostawiając Lwów w radzieckiej strefie okupacyjnej. Stan ten został utrwalony w 1945 roku w Jałcie przez obojętną postawę  USA i Wlk. Brytanii. Pod okupacją sowiecką nastały tragiczne czasy dla Polaków i polskich ziem, siłą przyłączonych do ZSRS. Armia Czerwona wspólnie z NKWD dokonywała czystek etnicznych w czym pomagali jej też ukraińscy nacjonaliści, oraz mordów, grabieży i deportacji ludności polskiej.

Szczególnie zwalczano polską inteligencje, ziemiaństwo, administrację wojskowo-cywilną oraz kościół rzymsko-katolicki. Doszło do masowego rabunku i dewastacji polskiego majątku narodowego na polskich ziemiach zaanektowanych przez ZSRR - źródło / http://ivrozbiorpolski.pl

Okupacja tej części Polski która znalazła się po 17 września w rękach sowieckich - ok. 52% Polski, została wykorzystana przez sowietów nie tylko do mordowania narodu polskiego i jego elit, lecz także jako laboratorium przyszłych kadr, które kształtowały tzw. Polską Rzeczpospolitą Ludową / PRL/. Ludzie ci rządzili Polakami z ramienia Moskwy przez ponad 50 lat, wywodzili się często spośród kolaborantów na rzecz sowietów, oraz zdrajców narodowych. Ich potomkowie dotrwali niekiedy u steru władzy do dnia dzisiejszego, zajmując ważne miejsca w strukturze społecznej i celowo blokują ujawnianie całej prawdy o 17 września 1939 czyli o IV rozbiorze Polski, jak i 4 czerwca 1989 roku.






Milczenie jest również kłamstwem.

Dlaczego  media publiczne milczą o zbrodniach nacjonalistów OUN – UPA?

Dlaczego Sejm RP uchwala „znamiona ludobójstwa” na Kresach i w Małopolsce Wschodniej? 

Oczywiście termin „znamiona ludobójstwa” nie jest  ludobójstwem zgodnie z wykładnią prawną ludobójstwa. „Znamiona ludobójstwa” mogą być „zbrodnią wojenną”, która ulega przedawnieniu i o to zapewne chodzi stronom - rosyjsko – ukraińsko – polskiej.

Po Dramacie Narodowym nazywanym nie wiadomo dlaczego „katastrofą smoleńską” polscy dziennikarze w Moskwie słyszeli od przypadkowych przechodniów, iż zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy.

Urzędujący premier polskiego rządu jest „naszym człowiekiem w Warszawie” / gazieta.ru /,
a prasa sowiecka podaje, iż dziadek Tuska służył w Wehrmachcie.

Rosyjska prasa przypomina o dziadku z Wehrmachtu Tuska / Niezawisimaja Gazieta 21.05.2010 /.

- Według „Niezawisimaja Gazieta"…  „Warszawy nie interesuje też los 60 277 Polaków, którzy dostali się do radzieckiej niewoli w latach 1941-45. Chodzi o panów ubranych w mundury Wehrmachtu i jednostek SS”.

„Do Wehrmachtu i SS wstąpiło łącznie około pół miliona polskich ochotników. Wśród nich był Józef Tusk” – pisze gazeta,

i dalej:

" polskie władze w ogóle nie chcą mówić o tym pół milionie swoich rodaków. Gdy przypiera się ich (do ściany), twierdzą, że to „źli Niemcy przymusowo zmobilizowali nieszczęsnych Polaków”. Niestety - żadnej mobilizacji ani do Wehrmachtu, ani do SS Niemcy nie prowadzili, nie tylko wśród Polaków, ale także wśród Rosjan, Francuzów i innych - twierdzi dziennik, podkreślając, że to nie Rosja jest odpowiedzialna za zbrodnię w Katyniu, lecz Niemcy”.

W wyniku II wojny światowej zginęło około 6 milionów Polaków, a w latach 1939 – 1947 w Rzezi Wołyńskiej i zbrodniach popełnionych przez  OUN – UPA w Małopolsce Wschodniej - około 200 tysięcy obywateli polskich straciło życie w sposób najokrutniejszy z okrutnych, w tym dzieci, kobiety w ciąży i starcy.

Przez minione 72 lata od wybuchu II wojny światowej  w światowej polityce nic się w zasadzie nie zmieniło.

W ostatnich czterech latach Polska utraciła dostęp do morza. Niemożliwe, stało się możliwe, poprzez likwidację przez rząd RP polskich stoczni w  Szczecinie, czy Gdańsku.
 -W tym miejscu warto zacytować fragment   przemówienia ministra spraw zagranicznych RP Józefa Becka 5 maja 1938 roku wygłoszonego w Sejmie - / „(…) odepchnięcie Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da III (…)”.

Polska posiada ubożuchną armię, zapewne nawet nie o potencjale trzeciego świata. Polacy są tak okłamywani, jak czyni to propaganda rosyjska np. w istniejącej w dalszym ciągu „Komsomolskiej Prawdzie”, czy kremlowskim portalu internetowym gazeta.ru  zbrodnia katyńska nie jest przedstawiana jako ludobójstwo, lecz jako zbrodnia wojenna dokonana przez Niemców.

Powstał jakiś twór zwany „Unią Europejską” z obecną „polską prezydencją na czele” sprzymierzoną m.in. ze światową masonerią, walczącą zajadle z Kościołem rzym. kat. czego wstępne owoce obserwowaliśmy niedawno pod „Pałacem Prezydenckim” na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w walce z Krzyżem Chrystusowym.

Polska z  kraju tworzącego przedmurze chrześcijaństwa stała się przedmurzem mongolskiego pogaństwa.

I tak w roku 2011 przedstawiciele najwyższych władz Unii Europejskiej spotkali się z reprezentantami masonerii. Nastąpiło to w ramach corocznego spotkania szefów Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego z organizacjami filozoficznymi i ruchami niewyznaniowymi.

Jose Barroso, Herman Van Rompuy i Jerzy Buzek rozmawiali z członkami tej największej na świecie i najbardziej zaciekłej organizacji antykatolickiej, aby – jak wyjaśniono – dyskutować na temat walki z biedą i wykluczeniem społecznym.

Przedstawiciele Brukseli spotkanie z masonami uzasadniali koniecznością dialogu między unijnymi instytucjami, a wspólnotami religijnymi, Kościołem, oraz stowarzyszeniami niewyznaniowymi.

Jose Barroso jako szef Komisji Europejskiej od wielu już lat spotyka się z najwyższymi władzami masonerii.

Mówić w Polsce  o masonerii dzisiaj, to narażać się na posądzenie o fobie antymasońskie, o chęć polowań na czarownice, w końcu o wskrzeszanie dawno nie istniejących mitów. A tymczasem masoneria, to cząstka naszej współczesności, pozornie niezbyt widoczna, ale za to niezwykle aktywna i agresywna.

W 1983 roku Kongregacja Doktryny Wiary wydała deklarację podpisaną przez prefekta kard. Józefa Ratzingera, przyjętą przez Jana Pawła II i upublicznioną na jego polecenie. Czytamy w niej:

„Negatywna ocena Kościoła o wolnomularskich zrzeszeniach pozostaje wciąż niezmienna, ponieważ ich zasady były zawsze uważane za nie do pogodzenia z nauką Kościoła i dlatego też przystąpienie do nich pozostanie nadal zabronione. Wierni, którzy należą do wolnomularskich zrzeszeń znajdują się w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przyjmować Komunii świętej”.

Przedmiotem publicznej dyskusji, są „oszołomi” pod krzyżem, a Kresowianom
zamyka się usta w ich krzyku rozpaczy.

Komu w Polsce potrzebne jest ogłoszenie, iż w niepodległej II RP  - wrogie narodowi polskiemu siły OUN – UPA dokonały ludobójstwa ok. 200 tysięcy jej obywateli?

Komu w Polsce potrzebna jest wiedza w jak okrutny sposób mordowano,  nie oszczędzając małych dzieci, kobiet w ciąży, czy starców?

Zapewne nie interesom polsko – ukraińskim honorującym faszystę i nacjonalistę Juszczenkę doktoratem honoris causa polskiego uniwersytetu, czy wrogiej Polsce nacjonalistycznej ukraińskiej partii „Swoboda”, ku uciesze której prezydent RP Bronisław Komorowski jedzie z Janukowiczem prezydentem „swobodnej” Ukrainy do Sahrynia honorować banderowców, katów polskiego narodu.


Doprowadzono polskie społeczeństwo do tego, że wiele tematów i problemów nie staje się przedmiotem publicznej dyskusji narodu, przy równoczesnych modlitwach Komorowskiego w Jedwabnem z trzema rabinami w intencji Żydów pomordowanych rzekomo przez Polaków w 1941 roku.

Nie ustala się 11 lipca Dniem Męczeństwa Kresowian, natomiast  Polacy mordujący Żydów w celach rabunkowych występujący równocześnie jako antysemiccy mordercy –  satysfakcjonują faszystów ukraińskich.

Czyżby dla tej satysfakcji środki masowego przekazu w Polsce podają wielokrotnie powielane kłamstwo, iż według Instytutu Pamięci Narodowej  Polacy w Jedwabnem zamordowali 360 Żydów?

Instytut Pamięci Narodowej - Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku w śledztwie dotyczącym mordu w Jedwabnem, wydał 30 czerwca 2003  Postanowienie o umorzeniu postępowania przygotowawczego z powodu nie wykrycia sprawców.
 http://www.ipn.gov.pl/ftp/pdf/jedwabne_postanowienie.pdf


Dlatego lepiej milczeć! Milczenie jest też kłamstwem i manipulacją polityczną. W imię poprawnych stosunków z nacjonalistyczno – faszystowską Ukrainą, w Polsce zataja się prawdę, nie porusza się  „karkołomnych” tematów i nie interweniuje się, gdy nagonki upowskie „swobodnie” wznoszą antypolskie okrzyki i hasła „banderowsko – szuszkiewiczowskie”, a we Lwowie i innych miastach czci się SS – Galizien, batalion Nachtigall, wznosząc równocześnie nacjonalistom i faszystom pomniki chwały i nazywając ulice i place nazwiskami ukraińskich morderców.

Niepokojące informacje o polskim kościele podał w tygodniku „Głos” w 2008 r. prof. Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej. Stwierdził on, że wśród księży diecezjalnych było 2.142 tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa / TW /, wśród zakonników – 46, zakonnic - -12, na KUL – 24, w ATK (Akademia Teologii Katolickiej) – 15, a w wyższych seminariach duchownych – 39.

Z zawołaniem – „nie drażnić Rosji” powstała kopia / oby nie do wklejenia / sytuacji opisanej powyżej sprzed 1 września 1939 roku, tym razem z czynnym zaangażowaniem się Stanów Zjednoczonych, ale już  z nowym hasłem po Dramacie Narodowym: „nie mieszamy się do waszych / polskich / spraw związanych z Rosją” natomiast mieszamy się do waszych stosunków z lobby żydowskim w Stanach Zjednoczonych, względem którego macie zobowiązania dotyczące restytucji mienia pożydowskiego w wysokości 67 miliardów dolarów amerykańskich.”.

To „lobby żydowskie” w Stanach Zjednoczonych to nieznana ilość organizacji żydowskich nie zarejestrowanych w sądach powszechnych, a więc nie mających podstaw prawnych swojej działalności, możnych i wpływowych również politycznie w Administracji USA, którym Donald Tusk jako premier RP podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w 2008 roku obiecał wypłatę 67 miliardów dolarów amerykańskich jako restytucję mienia pożydowskiego.

Tak więc Stany Zjednoczone z biernej postawy we wrześniu 1939 roku przeistoczyły się w oficjalny kraj antypolski.

Oto kolejność wydarzeń:

Stuart E. Eizenstat, prawnik, w latach dziewięćdziesiątych ambasador USA przy Unii Europejskiej, specjalny doradca sekretarz stanu Hilary Clinton do spraw epoki Holocaustu wyraził "rozczarowanie" nie wdrożeniem do tej pory przez Polskę ustawy o restytucji mienia żydowskiego i dodał, że ma nadzieję, iż polski rząd będzie "kontynuował działania, które tak wiele razy obiecywał i że zrobi krok naprzód w sposób, na który stać go finansowo, w sposób sprawiedliwy wobec społeczeństwa polskiego i tych polskich obywateli, oraz osób o polskich przodkach, którzy stracili własność zarówno w epoce komunistycznej, jak i nazistowskiej”.

Menachem Rosensaft nowojorski prawnik, założyciel i przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Dzieci Ofiar Holokaustu, którego rodzice przeżyli Auschwitz i Bergen-Belsen, wyraził opinię:

„10 lipca 1941 Polacy we wschodnim polskim miasteczku Jedwabne zgonili i zmasakrowali ponad 300 żydowskich sąsiadów ( Jan Tomasz Gross podaje podał liczbę ofiar 1600 – w publikacji „Sąsiedzi”).

Prowadzeni przez swojego burmistrza, ci w większości chodzący do kościoła chrześcijanie zgonili żydowskich mężczyzn, kobiety i dzieci do stodoły i spalili ich tam żywcem. W lipcu 1946 tłum w polskim mieście Kielce zabił 42 Żydów którzy powrócili tam po Holocauście”.

W styczniu 1996 roku polski minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati, w latach 1966–1990 należący do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, aktywista, ideolog, lektor - wykładowca partyjny,  przyznał w liście do Światowego Kongresu Żydów że - jak to nazwał - "niesławny pogrom kielecki " był "aktem polskiego antysemityzmu".

I dalej Rosensaft:

„Pomiędzy pogromami w Jedwabnem i Kielcach, niezliczeni Polacy czerpali profity z niemieckiego "Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej". Polaków którzy ukrywali Żydów ryzykując własnym życiem ogromnie przewyższali liczebnie ci, którzy denuncjowali Żydów nazistom, grabili ich mienie i bezwstydnie wprowadzali się do domów żydowskich rodzin, które zostały deportowane do obozów śmierci i obozów koncentracyjnych. Dodatkowo, Polacy codziennie korzystają z zysków z własności wartej miliony dolarów, którą Żydzi posiadali w Polsce przed 1939 rokiem”.

„Podczas gdy inne dawne kraje komunistyczne wschodniej i centralnej Europy podjęły znaczące, nawet jeżeli nie w pełni satysfakcjonujące działania, by zamknąć rachunki ze swoimi byłymi obywatelami, Polska powłóczy nogami przez ponad 20 lat, z kolejnymi prezydentami, premierami i innymi oficjelami obiecującymi wdrożenie ustawy, które to obietnice nigdy się nie materializują”.

„Polskie władze muszą zostać zmuszone do zrozumienia , że to co urasta do wielkiego złodziejstwa i sprzeniewierzenia jako narodowa polityka ma konsekwencje. Dopóki Polska nie wdroży znaczącego prawa, które odnosi się do roszczeń majątkowych ofiar Holocaustu i ich potomków, wspólnota żydowska ogólnie, oraz ocaleni i ich rodziny w szczególności, powinny wstrzymać zasilanie polskiej gospodarki pieniędzmi z turystyki i w inny sposób. Moralna perswazja w sposób jasny nie zadziałała. Może potraktowanie Polski w ten sam sposób, w który ona traktuje Żydów i innych obrabowanych ze swojej własności okaże się bardziej skuteczne”.

W dniach 2 – 4 lipca 2010 r. a więc również w czasie trwania ciszy wyborczej przyjechała do Polski ponad setka politycznych VIP-ów, wśród nich sekretarz stanu USA Hillary Clinton, aby spotkać się z p.o. prezydenta RP Bronisławem Komorowskim. Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski wizytę potwierdził, nie podał jednak celu wizyty. Cel wizyty był oczywisty. 

Hillary Clinton wysłana została przez wpływowe samozwańcze grupy organizacji żydowskich w USA, aby załatwiła z / nowym!/ prezydentem RP wypłatę majątku Narodu Polskiego na rzecz owych grup w kwocie przekraczającej 67 miliardów dolarów USA, a więc 4,2 razy więcej niż wynosi deficyt budżetowy / 52 miliardy zł – 16 miliardów dolarów amerykańskich /, przy długu zagranicznym państwa polskiego wynoszącym ponad 185 miliardów euro.

Bezprecedensowa wizyta przypadająca w czasie kampanii prezydenckiej i ciszy wyborczej dla pokazania się Komorowskiemu 100 politycznym VIP-om na czele z sekretarz stanu USA Hillary Clinton stanowiła jawne pogwałcenie suwerenności Polski z obrazą przez USA polskiej racji stanu. Nie informowanie opinii publicznej o zaplanowanej wizycie i jej nie przypadkowy przecież termin stanowił następny krok w serwilistycznej, aroganckiej, antypolskiej, polityce rządu Donalda Tuska. Wizytę Hillary Clinton w tym wyborczym terminie należy uznać za niedopuszczalną i bezpardonową ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski z arogancją prezydenta Stanów Zjednoczonych włącznie.
Wizyta lipcowa 2010 była integralnie powiązana również ze spotkaniem w USA Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego z grupą czołowych przedstawicieli tzw. lobby żydowskiego- samozwańczych organizacji żydowskich w USA w marcu 2008 r.
Podczas tego spotkania w Nowym Jorku z przedstawicielami organizacji żydowskich w USA premier Donald Tusk obiecał rozwiązanie jeszcze w roku 2008 ciągnącego się od lat problemu restytucji prywatnego mienia żydowskiego w Polsce.

Informację tę potwierdził szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak, który towarzyszył szefowi rządu podczas wizyty w USA.
Premier Tusk poruszając problem prywatnej własności był bardzo otwarty i potwierdził to o czym zapewniał min. Łaszkiewicz, który powiedział, iż ten rząd zobowiązuje się do rozwiązania problemu.

Premier powiedział, że do września 2009 r. ustawa o reprywatyzacji zostanie uchwalona i szybko jeszcze w roku 2009 wprowadzona w życie. Wiceprezes Światowego Kongresu Żydów / WJC / Kalman Sułtanik oświadczył, iż premier zapowiedział poddanie pod głosowanie ustawy o reprywatyzacji mienia żydowskiego jeszcze do września 2008 roku.

Informacja PAP z marca 2008 r. nie wyjaśniła pod jakie głosowanie nieistniejąca ustawa o reprywatyzacji mienia żydowskiego ma być poddana. PAP nie wyjaśniła również, iż w przypadku mienia pożydowskiego każdą indywidualną sprawę wyjaśnia postępowanie sądowe z udziałem kuratora reprezentującego interesy byłego właściciela.

Premier polskiego rządu deklarując wypłatę amerykańskim organizacjom żydowskim za mienie pożydowskie w żądanej wysokości 67 miliardów dolarów nie oświadczył publicznie z jakich środków owe pieniądze /odszkodowania ? / będą pochodzić. Z budżetu państwa? Zapewne Tusk zmierza do przekazania majątku narodowego do kas lobby żydowskiego w USA, w czym miało dopomóc mu 100 VIP-ów z Hilary Clinton na czele. Deficyt budżetowy państwa polskiego wynosi 52 miliardy zł czyli ok. 15 miliardów dolarów USA. Tusk podjął więc zobowiązanie skarbu państwa w wysokości przekraczającej 4,5 razy deficyt budżetowy państwa.

Istniał oczywiście plan pokazania Komorowskiego w uściskach z Hillary Clinton, aby w ten sposób zapewnić mu zwycięstwo w II turze wyborów prezydenckich. Jarosław Kaczyński w razie zwycięstwa nie byłby właściwym prezydentem RP do tych haniebnych rokowań.




Polska w obliczu niespotykanej na przestrzeni wieków Tragedii Narodowej oddaje śledztwo Rosji,  wielokrotnej historycznej, ponurej morderczyni Polaków. Rosyjskie śledztwo trwa pomimo protestów społecznych i 50 tysięcy podpisów o powołanie komisji międzynarodowej zebranych przez prof. Jacka Trznadla.

Wszak MAK to przecież współczesna kontynuacja kłamstwa katyńskiego 1940, kontynuacja zbrodniczej komisji Burdenki, z udziałem Aleksego Tołstoja, czy Mikołaja  metropolity.

O „Sonderaktion Krakau” wiedzą wszyscy, natomiast nie wiele mówi się o „Sonderaktion Lemberg” w czasie której zginęło nie tylko 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni, niejednokrotnie żywcem pogrzebanych w akcji „Nachtigall” ukraińsko – faszystowskiego batalionu śmierci na zboczu Góry Kadeckiej Wzgórz Wuleckich we Lwowie 4 lipca 1941 roku.

Warto wiedzieć, iż od 1989 roku na miejscu zbrodni odprawiane są w tym dniu nabożeństwa, bez udziału polskich polityków. Po co składać hołd m.in. prof. Kazimierzowi Bartlowi trzykrotnemu premierowi rządu RP. skoro z Warszawy bliżej jest do Jedwabnego dla złożenia hołdu modlitewnego przez prezydentów RP Kwaśniewskiego i Komorowskiego i trzech rabinów wobec 360 Żydów, jak kłamstwo niesie, pomordowanych przez polskich antysemitów, a jeszcze  dużo dalej do uznania 11 lipca DNIEM MĘCZEŃSTWA KRESOWIAN.

O prawdę o zbrodniach OUN – UPA w Rzezi Wołyńskiej, Małopolsce Wschodniej i innych miejscach kaźni do polskiego establishmentu wołają nie tylko organizacje kresowe i kresowiacy. Te mordy należą do spraw narodowych. Wołamy o edukację, również następnych pokoleń i nie fałszowanie historii, nie przemilczanie.

Rządzący, nie darujcie, wyświetlajcie prawdę o okrutnych mordach dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich,
ujawniajcie narodowi, iż wołyńskich Polaków rąbano siekierami, przecinano na pół piłami, rozpruwano brzuchy, wydłubywano oczy, wrzucano do studzien, bito aż do zabicia, krzyżowano na otwartych drzwiach, gwałcono i obcinano genitalia, wbijano długi i gruby gwóźdź do czaszki, zdzierano z głowy włosy ze skórą (skalpowano), zadawano ciosy obuchem siekiery w czaszkę, wyrzynano na czole "orła", wbijano bagnet w skroń, wieszano chłopców na klamkach za genitalia, wyłupywano oczy, obcinano nosy, obcinano uszy, przebijano zaostrzonym grubym drutem ucho na wylot drugiego ucha, obcinano języki,  podrzynano gardła i wyciągano przez otwór język na zewnątrz, kneblowano usta pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar, skręcano głowy do tyłu. Rodzice patrzyli na mękę swoich dzieci, dzieci na męki rodziców.
Nie dopuście do takiego osłabienia polskiej armii, która nie stawi czoła nikomu. Istnieje groźba dla Polski odradzającego się imperializmu rosyjskiego z jednej strony, antypolskiej Ukrainy z drugiej.
 Już Polsce oficjalnie grożą, Rosja, „swobodna” Ukraina i Administracja Stanów Zjednoczonych „swobodnie” działająca w Polsce w czasie ciszy wyborczej 2010, zapewne wierna teherańsko – jałtańskim ustaleniom, mająca w pamięci mord popełniony przez NKWD w 1941 roku w lwowskich Brygidkach,  z mózgami i krwią  więźniów na murach podworca lwowskich Brygidek.

Może na murach  podworca lwowskich Brygidek  była również  krew i mózg mojego Ojca ś. p. Maurycego Mariana Szumańskiego?
                                                                                   Aleksander Szumański

                                  
 
  ALEKSANDER SZUMAŃSKI
KORESPONDENCJA Z KRAKOWA


WSTYD NARODU POLSKIEGO Z WOJCIECHEM  SADURSKIM I STANISŁAWEM  STĘPNIEM W TLE

Aleksander Szumański

Piotr Zaremba publicysta „RP” 11 lipca 2011 na łamach „Rzeczpospolitej” napisał:
„Polacy nie są współsprawcami Holocaustu. Prezydent powinien, składając hołd ofiarom z Jedwabnego wyznaczyć granice polskiego samooskarżania się. Powiedzieć: nie jesteśmy narodem zbrodniarzy”.

Wojciech Sadurski – publicysta „RP” profesor filozofii prawa Uniwersytetu w Sydney, a także profesor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, urzędujący prawnik na łamach „RZ” 13 lipca 2011 odpowiedział:

„{…}  pan redaktor Piotr Zaremba się zasmucił… bo prezydent, składając hołd ofiarom z Jedwabnego nie wyznaczył granic polskiego samooskarżania się… nie powiedział, smuci się redaktor Zaremba, że nie jesteśmy narodem zbrodniarzy {…}”.

I dalej:

„{…}  jeśli nie mamy w sobie tyle poczucia grupowej tożsamości, by z powodu zbrodni popełnionych przez naszych współplemieńców odczuwać wstyd – i upoważniać naszych demokratycznych reprezentantów, by wyrażali za nie przeprosiny – jak możemy czuć dumę z jego wielkości, osiągnięć i cnót? JAK MOŻNA SZCZYCIĆ SIĘ JANEM PAWŁEM II, jeśli nie jesteśmy w stanie wstydzić się z powodu Laudańskiego, czy Karolaka – morderców z Jedwabnego{…}”.

W sukurs red. Wojciechowi Sadurskiemu - dla podtrzymania jego dobrej wiary w Polaków – nie tylko antysemickich morderców Żydów w Jedwabnem - przyszedł prezydent RP Bronisław Komorowski, który 10 lipca, w kolejną rocznicę niewyjaśnionej Tragedii Narodowej w Smoleńsku i w przeddzień nie uchwalonej rocznicy 11 lipca Dnia Męczeństwa Kresowian, błagał w asyście trzech rabinów , oraz biskupa Mieczysława Cisło z Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem Episkopatu Polski  o wybaczenie za Jedwabne – donosi „RP” z dnia 11 lipca 2011.

W tym samym numerze „RP” czytamy:
„WEDŁUG USTALEŃ ŚLEDZTWA IPN 10 LIPCA 1941 R0KU W JEDWABNEM GRUPA POLAKÓW Z INSPIRACJI  NIEMCÓW ZAMORDOWAŁA PONAD 300 SWOICH ŻYDOWSKICH SĄSIADÓW”.

Kłamstwo to, pomieszczone nie tylko w RZ” związane z mordem w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku zostało ujawnione „Postanowieniem o umorzeniu śledztwa z powodu nie wykrycia sprawców” z dnia 30 czerwca 2003 roku, w wyniku postępowania przygotowawczego przeprowadzonego przez Białostocki Oddział Instytutu Pamięci Narodowej – Komisję  Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - instytucji naukowej o uprawnieniach śledczych.

link Postanowienia:
http://www.ipn.gov.pl/ftp/pdf/jedwabne_postanowienie.pdf

Postanowienie o umorzeniu postępowania przygotowawczego z powodu nie wykrycia sprawców  posiada bardzo szerokie uzasadnienie.


Należy stwierdzić  iż rzekomi sprawcy zostali osądzeni przez sąd / sądy / bierutowskie, znane ogólnie z różnych propagandowych procesów stalinowskich  skazujących na śmierć niewinne ofiary  terroru sowieckiego w Polsce Ludowej. Znani mordercy sądowi, jak Helena Wolińska, czy Stefan Michnik prowadzili postępowania przygotowawcze, a inni „śledczy” jak „Krwawa Luna” torturowali więźniów  m.in. znanym sposobem wprowadzania genitaliów torturowanego  do szuflady, gwałtownie ją zamykając.

Ogrom niedomówień ujawnionych w toku postępowania przygotowawczego , jak wyparcie się winy skazanych, twierdzenia iż w toku śledztwa byli zmuszani do składania zeznań  obciążających ich na drodze  tortur etc. uzasadnia Białostocki Oddział IPN  umorzeniem  postępowania zakończonego „Postanowieniem z powodu nie wykryciu sprawców”.

Ponadto skazani Jerzy Laudański i Karol Biedroń byli niemieckimi żandarmami., według Wojciecha Sadurskiego „polskimi mordercami”. PRAWNIK, A NIE HISTORYK Wojciech Sadurski ur. w 1950 roku posiada wiedzę historyczną  opartą na antypolskim grafomańskim paszkwilu Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”.

Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski już 10 lipca 2001 roku błagał o przebaczenie za Jedwabne, a zważywszy, iż Postanowienie o umorzeniu śledztwa z powodu nie wykrycia sprawców Białostocki Oddział IPN wydał 30 czerwca 2003 manipulacja „zbrodniami Polaków” jest oczywista.

Atak na Polskę i Polaków trwa, wspomagany przez polityczne siły rodzime, jak polskich „naukowców” typu Wojciech Sadurski i Stanisław Stępień.

Dr. Stanisław Stępień członek rzeczywisty Towarzystwa Naukowego im. Tarasa  Szewczenki we Lwowie,  organizator z ramienia Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP  „MIĘDZYNARODOWEJ KOFERENCJI NAUKOWEJ - UKRAINA PRZED WYBORAMI PREZYDENCKIMI– KANDYDACI – SIŁY POLITYCZNE – MOŻLIWE SCENARIUSZE PRZYSZŁEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ”.
 (pod patronatem Ministra Spraw Zagranicznych RP) planowanej 9 grudnia 2009 w Przemyślu.
Cel konferencji:     Analiza sytuacji na Ukrainie przed wyborami prezydenckimi pod kątem prawa wyborczego i praktyki politycznej, a także prognozowanie możliwych scenariuszy wyborczych.
Zasięg konferencji – międzynarodowy
Język konferencji – polski i ukraiński
Referat wprowadzający:
    Dr Stanisław Stępień (Południowo-Wschodni Instytut Naukowy w Przemyślu) – Kampania prezydencka na Ukrainie. Sylwetki głównych pretendentów na stanowisko prezydenta Ukrainy i ich programy wyborcze.

PANELIŚCI:
     Dr Natalia Rublow (Instytut Badań Politycznych i Etnonarodowych Narodowej Akademii Ukrainy w Kijowie);
     Red. Petro Antonenko („Słowo Proswity, Kijów);
     Dr Oleg Pawłyszyn (Wydział Historyczny Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franka we Lwowie);
     Prof. Jewhen Sinkewycz (Katedra Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Państwowego Czarnomorskiego Uniwersytetu im. Petra Mohyły w Mikołajowie

DOKĄD ZMIERZA UKRAINA? MOŻLIWE SCENARIUSZE PRZYSZŁEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ
    – moderator: dr Stanisław Stępień (Południowo-Wschodni Instytut Naukowy w Przemyślu)
Referat wprowadzający:
    Taras Woźniak (politolog, „Kulturoznawcze Czasopismo Ї, Lwów) – Dokąd zmierza Ukraina? Możliwe scenariusze polityki zagranicznej po wyborach prezydenckich;
. Słowo wprowadzające:
    Przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

PODSUMOWANIE KONFERENCJI:
Przedstawiciel MSZ, dr Stanisław Stępień.

W świetle przytoczonego tematu konferencji polsko – ukraińskiej pod patronatem MZS RP zachodzą pytania:

- co Polska ma wspólnego z wyborami prezydenta Ukrainy?

- dlaczego  sprawie  analizy sytuacji na Ukrainie przed wyborami prezydenckimi pod kątem prawa wyborczego i praktyki politycznej, a także prognozowania  możliwych scenariuszy wyborczych nadano w Polsce tak wysoką rangę?

- dlaczego w zaistniałej sytuacji MSZ nie interesuje się wyjaśnianiem prawdy związanej z mordami Polaków na Wołyniu,  w Małopolsce Wschodniej i innymi miejscami kaźni OUN – UPA tylko w imię jakich / czyich / interesów bierze wiodący udział w analizie sytuacji wrogiej przecież narodowi polskiemu Ukrainie?

- dlaczego Polska nie protestuje przeciwko  stawianiu banderowcom pomników, nazywaniu ulic ich  nazwiskami?

11 LIPCA DZIEŃ MĘCZEŃSTWA KRESOWIAN NIE UCHWALONY – SKORO W TYM DNIU PRZYPADA KRWAWA NIEDZIELA - apogeum Rzezi Wołyńskiej, 11 lipca 1943, kiedy w ciągu jednego dnia wymordowano ok. 17 000 Polaków w 167 miejscowościach.

Tymczasem na Ukrainie:

"W przeddzień 68. rocznicy "krwawej niedzieli" - największych masowych mordów dokonanych przez Ukraińców na Polakach z Wołynia - nacjonalistyczna partia Swoboda wezwała do niszczenia na Ukrainie tablic upamiętniających polskie ofiary UPA.
Deputowany do Rady Obwodu Wołyńskiego (ROW) z ramienia Swobody Oleś Byk zaapelował do władz wykonawczych Wołynia i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), aby zakończyły działalność polskich organizacji, które na terenie Wołynia próbują upamiętnić polskie ofiary mordów. Radny Byk przekonywał, że stawianie tablic i pomników odbywa się poza kontrolą władz centralnych i regionalnych. Jest to nieprawda, ponieważ takie uroczystości są organizowane z udziałem polskich i ukraińskich władz. Oleś Byk zarzucał też Polakom, że tablice są instalowane bez uwzględnienia ukraińskiego punktu widzenia na wydarzenia z lat 1943-1944. Radny z tego powodu domagał się usunięcia tablic zwłaszcza z rejonów: włodzimierskiego, lubomelskiego, kostopolskiego i horochowskiego, gdzie doszło do największych zbrodni właśnie 11 lipca 1943 roku. Byk domagał się też od ukraińskich resortów siłowych, aby wzmocniły kontrolę Polaków przybywających na Ukrainie w celu uczczenia ofiar Wołynia – podaje Nasz Dziennik, a Polska milczy i współuczestniczy w konferencjach naukowych polsko – ukraińskich – milcząc fałszuje historię barbarzyństwa OUN – UPA.

„Kurier Galicyjski” 12 – 25 sierpnia 2011 zamieszcza  wywiad ze Stanisławem Stępniem, w którym  rozmówca twierdzi:

„…u podstaw tej tragedii / rocznica tragedii na Wołyniu / leżała niewątpliwie walka o ziemię, zarówno w sensie państwowym, jak i zwyczajnym indywidualnym. Na Wołyniu pod koniec II wojny światowej  chodziło także o przyszłe granice powojennego państwa polskiego, a w odczuciu ukraińskiego ruchu niepodległościowego o granice przyszłej Ukrainy. Ale na Wołyniu chodziło również o możliwość powiększenia własnego gospodarstwa rolnego. Metoda dochodzenia do swoich racji stała się siła, w czasie wojny taki sposób postępowania nasuwa się stronom walczącym niejako naturalnie… Polacy na Wołyniu nie mogli wygrać tej wojny, ponieważ byli tam w mniejszości., żyli jakby w ukraińskim „morzu”. Konflikt polsko – ukraiński narastał przez wieki, ponieważ nie potrafiliśmy się dogadać. Wołyń stanowił pewien rachunek krzywd…W pewnych momentach współczesnej historii takie  odruchy stawały się udziałem również Polaków, wystarczy przypomnieć tzw. rabację w Galicji z 1846 roku, kiedy to uzbrojone w siekiery, widły i kosy bandy chłopów tylko w ciągu miesiąca / od 18 lutego do drugiej połowy marca wymordowały od 1200 do 3000 tys. Ziemian, urzędników dworskich i księży, spalono i zniszczono ponad 500 dworów. Mordowano w sposób okrutny, ćwiartując, odcinając głowy, przecinając piłą i niemal zawsze bezczeszcząc trupy / „żeby pan już nie wstał”/. W Tarnowie krew płynęła ulicami. Uwidocznił to nawet Stanisław Wyspiański w „Weselu”, kiedy to w usta Pana Młodgo wkłada on słowa: „Myśmy wszystko zapomnieli… mego dziadka piłą rżnęli. I to robili Polacy Polakom, aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby rabacja trwała dłużej niż miesiąc…

...Na Wołyniu mieliśmy do czynienia z ludobójstwem w sensie prawnym?  Historyk nie może i nie powinien rozstrzygać   takich kwestii. Tego rodzaju osąd należy do specjalistów z zakresu prawa międzynarodowego. Spór toczy się o to, czy ci ludzie ginęli dlatego, że byli Polakami, czy ginęli, ponieważ jako Polacy mieszkali na ziemi ukraińskiej i w odczuciu Ukraińców zabierali im ziemię, a przecież w okresie międzywojennym istniał wśród chłopów ogromny „głód” ziemi. Ukraińcy  na Wołyniu niechętnie wracają pamięcią do mordów na Polakach – to naturalne zachowanie. Wszystkie narody chętnie dziedziczą chwałę, ale nie chcą dziedziczyć tego co złe, tego co ich kompromituje. Kiedy więc  Polacy i Ukraińcy podadzą sobie ręce w sprawie Wołynia?  Tak w tej, jak i innych sprawach rzeczywisty proces pojednania polsko – ukraińskiego rozpocznie się wtedy, kiedy zaczniemy bić się we własne piersi, a nie w cudze”. – Rozmowę przeprowadził Marcin Romer.

Kilka słów przypomnienia:

Chłopski ruch, nazwany przez samych chłopów rabacją, najsilniej wystąpił w Tarnowskiem i Sądeckiem, gdzie w sumie zniszczono lub spalono ok. 500 dworów pańskich, zamordowano ponad. 1000 osób, w tym blisko 200 właścicieli ziemskich. 18 lutego 1846 r. galicyjscy spiskowcy z okolic Tarnowa, podjęli decyzję, że przystąpią do walki.
Od początku nowej dekady lat 40 - tych chłopi galicyjscy coraz częściej zaczynali się buntować wobec systemu pańszczyzny i poddaństwu. Dwór pański, który bezwzględnie egzekwował wszelkie powinności, stał się dla nich ośrodkiem wszelkiego zła.
Do końca lutego 1846 r. od wsi do wsi szła gromada chłopów uzbrojona w cepy, kosy, siekiery, która napadała na kolejne dwory, bijąc lub mordując na miejscu ich mieszkańców.
Chłopskie wyłamywanie się spod systemu poddaństwa nie mogły być jednak tolerowane przez same władze austriackie. W kwietniu 1846 r. podjęto decyzję o początku pacyfikacji ruchu chłopskiego. Austriackie wojska zaczęły przymuszać pod groźbą chłosty i kar, chłopów do odrabiania pańszczyzny. Do lata 1846 r. chłopski opór został praktycznie złamany.
Oczywiście „rabacja” w 1846 roku była powstaniem przeciwko pańszczyźnie i nie miała też nic wspólnego z mordami etnicznymi . Stanowi jedynie tło w  manipulacyjnej rozmowie prezentowanej powyżej.
„…u podstaw tej tragedii / rocznica tragedii na Wołyniu leżała niewątpliwie walka o ziemię, zarówno w sensie państwowym, jak i zwyczajnym indywidualnym. Na Wołyniu pod koniec II wojny światowej  chodziło także o przyszłe granice powojennego państwa polskiego, a w odczuciu ukraińskiego ruchu niepodległościowego o granice przyszłej Ukrainy…”.
Wypowiedź ta stanowi kłamstwo historyczne, bowiem nie istniała żadna „wojna w wojnie”, lub wojna polsko – ukraińska, jak usiłują nam wmawiać „poprawni politycznie” i niektórzy historycy jak Grzegorz Motyka. Jaka walka o ziemię? Jaki ukraiński ruch niepodległościowy? Jakie przyszłe granice  powojennego państwa polskiego w rozumieniu nacjonalizmu ukraińskiego?
Plany OUN podczas wojny i polityka narodowościowa, którą zamierzał wprowadzić rząd Stećki zakładały usunięcie Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Zamierzano przy tym wspomóc się prowokowanymi wystąpieniami chłopskimi. Wobec inteligencji miano zastosować tę samą politykę, którą wprowadzali w życie Niemcy począwszy od wspólnego ukraińsko – hitlerowskiego mordu na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie 4 lipca 1941 roku. Postanowiono prowadzić politykę faktów dokonanych i usunąć polską ludność z macierzystych polskich terenów terenów, aby przed ewentualnymi rozmowami międzynarodowymi na temat granic, teren do którego OUN rościła swoje żądania, był czysty etnicznie. Wpływ na taką decyzję miała również zagłada Żydów. Jeden z dowódców UPA tak oceniał sytuację:

 Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że Polacy usuną się sami.

Według najbardziej prawdopodobnej hipotezy decyzja o ludobójstwie Polaków zapadła w gronie trzech osób wołyńskiego kierownictwa OUN-B: Dmytra Kliaczkiwskiego, kierującego wołyńską OUN-B, Wasyla Iwachowa, referenta wojskowego OUN-B oraz Iwana Łytwynczuka, dowodzącego siłami UPA na północno-wschodnim Wołyniu. Ten ostatni był inicjatorem i najaktywniejszym organizatorem mordów na Polakach. Między marcem i majem 1943 r. po śmierci Iwachowa pełnia władzy przeszła w ręce Kliaczkiwskiego, który już samodzielnie zadecydował o rozpoczęciu czystki etnicznej na całym Wołyniu.

Organizacja mordów, ich przebieg, rozmiary, zasięg terytorialny oraz cele i motywy, jakie tej akcji przyświecały, uprawniają zdaniem pionu śledczego IPN do stwierdzenia , iż na terenie Wołynia w latach 1939–1945 doszło do zbrodni ludobójstwa. Zbrodnie były dziełem Ukraińskiej Powstańczej Armii, wzmocnionej w marcu i kwietniu 1943 przez dezerterów z Ukraińskiej Policji Pomocniczej, wspomaganej przez ukraińskie chłopstwo zwane czernią, Samoobronni Kuszczowi Widdiły i Służbę Bezpeky OUN-B
                                                                                Aleksander Szumański

   

   
   
   
   



   ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

 

 

PSYCHIATRYCZNY ARCHIPELAG GUŁAG

 

  Przysięga Hipokratesa – przysięga składana przez lekarzy w starożytności, zawierała podstawy dzisiejszej etyki lekarskiej. Wbrew powszechnej opinii jej autorem nie był sam Hipokrates, lecz jego uczniowie należący do kręgu pitagorejczyków (stąd między innymi niechęć do leczenia operacyjnego). Zaś samo sformułowanie podstawowych zasad etycznych zawodu lekarza wielu przypisuje Imhotepowi.

 

Po zbrodniach dokonanych przez lekarzy niemieckich podczas II wojny światowej, Światowa Organizacja Lekarzy podczas swojego zjazdu w Genewie w 1948 r. opracowała nowożytną wersję przysięgi – deklarację genewską, zmienianą następnie w latach 1968, 1983, 1994 i 2005.

 

 W Polsce obowiązuje obecnie Przyrzeczenie Lekarskie, stanowiące część Kodeksu Etyki Lekarskiej   uchwalonego przez Krajowy Zjazd Lekarzy, nawiązujące treścią do deklaracji genewskiej.

 

Pojęcie etyki lekarskiej jest ściśle powiązane z tą przysięgą obowiązującą każdego lekarza, oczywiście bez względu na rodzaj specjalizacji lekarskiej wykonywanego zawodu lekarza medycyny.

 

Represje „psychiatryczne” wymierzone przeciwko „wrogom ludu” w Związku Sowieckim, opornym na czerwoną ideologię rozpoczęły tę działalność, potocznie nazywaną „psychuszka”. Według filozofii bolszewickiej, po rewolucji, nowy ustrój niosący na rękach dyktaturę proletariatu, przyniósł wolność masom robotniczo – chłopskim prowadząc do zespolenia ich potęgi, wyzwolenia spod krwiożerczego kapitalizmu, spod łap zaplutych karłów reakcji i wobec potężnej oficjalnej leninowsko – bolszewickiej propagandy; każdy myślący inaczej nazywany był nie tylko wrogiem ludu, ale musiał być chory psychicznie. I tak w praktyce ta broń „psychuszki” okazała się skuteczniejsza od Archipelagu Gułag.

 

Po rewolucji bolszewickiej rządzący „nie potrafili zrozumieć” , że nowy ustrój może w jakikolwiek sposób być odwrotnie proporcjonalny do oficjalnej potężnej leninowsko – bolszewickiej propagandy. Jeżeli zdarzały się takie jednostki, to musiały być to osoby chore psychicznie.

 

Pobyt w szpitalu psychiatrycznym był przecież okresem nieograniczonym, a leczenie przeprowadzali serwilistyczni lekarze psychiatrzy w większości szpicle NKWD. Złamano w sowieckich szpitalach rzeczoną przysięgę lekarską, powierzając zakłady lecznictwa psychiatrycznego  bolszewickiej policji politycznej.   

 

Na fali destalinizacji próbowano także zdemaskować i zakończyć nadużycia psychiatrii; działał w tym kierunku m.in. Siergiej Pisariew, uznany za schizofrenika z powodu napisania listu do Stalina. Pisariew w 1955 skierował list do KC KPZR z listą zdrowych osób, które spotkał w szpitalu. Specjalna komisja potwierdziła opisane fakty, ale na wprowadzenie zmian nie zdecydowano się. Nowy etap w wykorzystywaniu psychiatrii do celów politycznych znamionowało przemówienie Chruszczowa, opublikowane w gazecie” Prawda” 24 maja 1959 roku, w którym stwierdził, że w społeczeństwie komunistycznym przestępczość i naruszanie norm życia społecznego często wiąże się z rozstrojem psychicznym; w przemówieniu znalazła się fraza: "można powiedzieć, że i obecnie (w ZSRS) istnieją ludzie, którzy walczą z komunizmem... ale u takich ludzi bez wątpienia stan psychiczny nie jest w normie". Jak pisał ironicznie Żores Miedwiediew - "komuś do głowy przyszła prosta myśl, że wzrost liczby procesów politycznych i więźniów politycznych – to zły wskaźnik socjologiczny, a wzrost liczby miejsc w szpitalach – to bardzo dobra oznaka postępu społecznego"– . Przewaga diagnozy psychiatrycznej nad procesem sądowym była jednak poważniejsza: uwięzienie było bezterminowe, warunki w szpitalach gorsze i pozwalające na bezkarne wieloletnie znęcanie się, etykietka powodowała dyskredytację i pociągała za sobą nowe szykany. Na przykład placówki psychiatryczne często wysyłały do instytucji, z którymi korespondował pacjent, oficjalny list o "niecelowości korespondencji", co zamykało drogę do interweniowania i szukania pomocy.

 

Według kodeksu karnego RFSRR z 1961 roku (oraz analogicznych kodeksów w innych republikach ZSRR) skala społecznie niebezpiecznych czynów obejmowała zabójstwa i gwałty, ale także "antyradziecką agitację i propagandę" czy "rozpowszechnianie obelżywych wymysłów, szkalujących radziecki ustrój państwowy i społeczny". W 1961 wydano też "Instrukcję o niezwłocznej hospitalizacji chorych psychicznie stanowiących powszechne niebezpieczeństwo", która oddawała psychiatrom władzę przymusowego internowania nawet bez zgody sądu.

 

Głównym organem powołanym do wydawania ekspertyz sądowo-psychiatrycznych w ZSRR był Instytut Psychiatrii Sądowej im. prof. W. P. Serbskiego w Moskwie, gdzie na specjalnym czwartym wydziale pracowali sprawdzeni przez KGB lekarze (ordynatorem tego wydziału był w latach 60. prof. Danił Łunc, a współpracował z nim prof. Jakow Landau). Na podstawie akt śledczych KGB zdrowym osobom wystawiano psychiatryczne opinie lekarskie, według których uważano ich za niepoczytalnych, a następnie poddawano przymusowemu "leczeniu". W komisjach zajmujących się przestępstwami przeciw państwu znajdowały się często najwyższe autorytety psychiatrii ZSRR: Andriej Snieżniewski, Grigorij Morozow, Marat Wartanian, Rubien Nadżarow, Josif Łukomski.

 

Najbardziej rozpowszechnioną etykietką diagnostyczną była  powoli rozwijająca się, pełzająca schizofrenia; ten typ schizofrenii zdefiniował w 1969 roku Snieżniewski  jako postać, w której utajony proces chorobowy następuje bardzo powoli. W praktyce kryteria diagnostyczne pozwalały psychiatrom na rozpoznanie pełzającej schizofrenii na podstawie zachowań, które w normalnych warunkach byłyby charakteryzowane jako świadczące o drobniejszych zaburzeniach lub nawet powstające u osób zdrowych.

 

W celu przetrzymywania coraz większej liczby osadzonych stworzono sieć „psychuszek”, które łączyły funkcje szpitali i zwykłych więzień, w których we wspólnych celach przetrzymywano osoby rzeczywiście chore i skazane za morderstwa i gwałty ze zdrowymi osadzonymi na podstawie fałszywych ekspertyz lekarskich na zlecenie KGB. Osoby te poddawano "leczeniu" przy użyciu silnych leków psychotropowych, insuliny / wstrząsy insulinowe /, czy podskórnych zastrzyków koloidalnej siarki (w przypadku insuliny celowo wywoływano silną hipoglikemię  /niedocukrzenie / wraz z szeregiem jej objawów, natomiast użycie koloidalnej siarki wywoływało silny ból mięśni i wzrost temperatury ciała do 39 °C i wyższych). Na porządku dziennym było znęcanie się sanitariuszy nad osadzonymi poprzez bicie (nazywane "zaordynowaniem kułazinu" – od rosyjskiego słowa kułak – pięść, stąd – kułazin), duszenie, a nawet gwałty. Osadzeni spędzali w takich ośrodkach wiele lat, a w przeciwieństwie do wyroków sądowych, "chorzy" nie wiedzieli ile jeszcze lat w szpitalach spędzą, gdyż zawsze według oceny lekarzy mogli nie być jeszcze "dostatecznie wyleczeni". Ostatecznie zwolnienie następowało często dopiero w wyniku nacisków grup z zewnątrz, takich jak Amnesty International. Osoby zwolnione miały jednak, ze względu na swą przeszłość, problemy ze znalezieniem mieszkania czy jakiejkolwiek pracy, nie mówiąc o zrujnowanym całkowicie zdrowiu fizycznym i psychicznym.

 

Wśród osadzonych znaleźli się m.in. Władimir Bukowski (skazany m.in. za organizowanie spotkań poetyckich oraz manifestacje w obronie innych dysydentów – spędził w więzieniach 12 lat) oraz Siemion Głuzman (ukraiński psychiatra, więziony za obronę ofiar psychiatrii politycznej), którzy napisali razem w celu obrony przed działaniami władz podręcznik „Psychiatria dla nieprawomyślnych”. W książce tej zamieścili m.in. wypowiedzi doktorów nauk medycznych z Instytutu Serbskiego T.P. Pieczernikowej i A.A. Kosaczowa: "Skłonność do walki o prawdę i sprawiedliwość cechuje najczęściej osobowości o strukturze paranoidalnej". Prócz ludzi, których skazano za takie wykroczenia, jak bezprawne przekroczenie granicy, operacje walutowe czy kontrabanda, znajdowały się także osoby skazane z przyczyn religijnych.

 

Problemem nadużywania psychiatrii w sprawach politycznych zajmowała się specjalna Komisja Robocza do Zbadania Wykorzystania Psychiatrii dla Celów Politycznych przy Moskiewskiej Grupie Helsińskiej. Od stycznia 1977 zbierała ona informacje o osobach osadzonych, a także opisywała nadużycia. Na Światowym Kongresie Psychiatrów w Honolulu w 1977 oficjalnie potępiono nielekarskie działania psychiatrów sowieckich (m.in. po przedostaniu się na zachód książki Aleksandra Podrabinka „Medycyna karna”), a w 1983 działalność Komisji spowodowała usunięcie psychiatrów sowieckich ze Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego (tuż przed Światowym Kongresem Psychiatrów delegacja radziecka zrzekła się jakoby sama uczestnictwa w działaniach Stowarzyszenia).

Kres działalności psychuszek położyła pieriestrojka. Z kodeksu karnego RFSRR zniknęły najczęściej stosowane przy osadzaniu artykuły 70 i 190-1, a 5 stycznia 1988 zlikwidowano pięć spec szpitali psychiatrycznych, a szesnaście przekazano spod władzy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR w ręce Ministerstwa Opieki Zdrowotnej ZSRR. W latach 1989-1990 wykreślono z ewidencji psychiatrycznej około 2 mln osób skazanych na podstawie już nie istniejących artykułów karnych. Próby rehabilitacji osób poszkodowanych przez "psychiatrię represyjną" spotykają się z niechęcią sądów do rozpatrywania takich spraw, a strat nie próbuje się zrekompensować. Żaden z ówczesnych lekarzy nie przyznał się do winy ani nie wyraził skruchy, nikogo nie pozbawiono też praw wykonywania zawodu.

Na założeniach sowieckiej psychiatrii represyjnej wzorowały i wzorują się także inne państwa totalitarne, takie jak Chińska Republika Ludowa. Nie są to jednak systemy tak rozbudowane, jak w ZSRS, choć uważa się, że w Chinach przymusowe osadzanie osób niewygodnych dla władz w szpitalach psychiatrycznych jest praktykowane nadal. Raporty Amnesty International sugerują też, że podobne praktyki miały miejsce także w krajach demokratycznych, m.in. w USA i Kanadzie, choć nigdy nie przybrały tam one charakteru instytucjonalnego.

W „psychuszkach” stosowano najrozmaitsze  „terapie”. Najskuteczniejsze w łamaniu nieszczęsnych „pacjentów” były wstrząsy elektryczne, stanowiące terapię elektrowstrząsową, szokową, polegającą na przepuszczeniu przez mózg pacjenta prądu elektrycznego o napięciu do 450 VOLT i natężeniu do 0,9 AMPER.  Wstrząs elektryczny stosuje się po jednej lub po obu stronach głowy, trwa on nadzwyczaj krótko i jest na tyle silny , że powoduje utratę przytomności, prowadzi do pewnego stopnia amnezji, ale też i do zaburzeń psychicznych, drgawek mięśniowych, które w dramatyczny sposób towarzyszą tej terapii.

Elektrowstrząsy po raz pierwszy w historii zastosowano we Włoszech .Wówczas to psychiatra Ugo Cerletti będąc świadkiem użycia tej techniki w rzeźni w celu ogłuszenia świń przed przecięciem im gardła, zdecydował się użyć jej w celach leczniczych u ludzi. Jego pierwszym pacjentem był mężczyzna, u którego stwierdzono schizofrenię.

 

Abraham Myerson  amerykański psychiatra, neurolog, socjolog oświadczył: 

 

„w procesie leczenia ważnym czynnikiem jest obniżenie inteligencji. Najlepsze wyniki uzyskuje się u tych osobników, u których redukujemy ją niemal do stanu niedorozwoju umysłowego...".

 

W sowieckich szpitalach psychiatrycznych stosowano jeszcze na zmianę z elektrowstrząsami, lub jako metodę alternatywną , leczenie wstrząsami insulinowymi, jako jedną z metod leczenia stosowanych w psychiatrii w stanach głębokiej schizofrenii paranoidalnej, polegającą na wywoływaniu powtarzanych stanów ciężkiej hipoglikemii / niedocukrzenia / i śpiączki  przy użyciu wstrzyknięć insuliny. Metodę wprowadził do medycyny Manfred Sakel w 1933. Inspiracją do tej formy leczenia było domniemanie, iż odkryta w 1922 roku insulina może mieć znaczenie w patogenezie schizofrenii. Dawki zwiększano stopniowo podnosząc dawkę i obserwując stan pacjenta. Stosowano dawki rzędu 50-80 jednostek, rozpiętość dawki była duża. Śpiączkę przerywano poprzez podany przez zgłębnik do żołądka stężony roztwór glukozy. W późniejszym czasie stosowano dożylne podanie stężonego roztworu glukozy. Zdarzały się częste  przypadki, iż pomimo  uregulowanej już równowagi insulino – glikemicznej  pacjent nie odzyskiwał już trwale świadomości. Takiego „wyleczonego” już osobnika wypuszczano z „psychuszki”. Nie zagrażał wówczas władzy ludowej.

Inną metodę „leczenia”, zapewne dla urozmaicenia i udokumentowania, iż nie wsio rawno, było leczenie farmakologiczne, dające podobne wyniki jak elektrowstrząsy, czy wstrząsy insulinowe. Ludzi zabijano lekami. Była to śmierć powolna, niejednokrotnie trwająca latami, przebiegająca fazami, przeważnie w wielkich cierpieniach. Pacjentów faszerowano lekami psychotropowymi stosowanymi w różnych schorzeniach psychicznych. Modne było podawanie apomorfiny, pochodnej morfiny, używanej w leczeniu przewlekłego alkoholizmu. Pacjent po obudzeniu otrzymywał zastrzyk apomorfiny i następnie podawano na czczo 150 gramów spirytusu lekarskiego o mocy ponad 90 % czystego alkoholu. Po niedługim czasie rozpoczynały się torsje trwające godzinami. I tak codziennie, miesiącami, do zmiany na inną torturę farmakologiczną.

 

Szczególnie często idee „walki o prawdę i sprawiedliwość „ rodzą się u osobników o strukturze paranoidalnej”, a na psychikę chorego wielki wpływ ma „opętanie obroną „deptanych praw”, zaś „stany pieniacko – paranoidalne zniekształcają prawną świadomość jednostki” to fragmenty diagnoz sowieckich psychiatrów prof. Tatiany Pieczernikowej i prof. A.A. Kosaczowa z Instytutu Psychiatrii Sądowej im. prof.  W. P. Serbskiego w Moskwie, który stał się jednym z narzędzi walki z garstką sowieckich dysydentów, oraz wszystkimi, którzy weszli na drogę krytyki komunizmu. Taka diagnoza była gorsza niż wyrok sądowy. Nawet kilkanaście lat łagru dawało nadzieję doczekania końca. Natomiast „leczenie” mogło się nigdy nie skończyć, a podawane „leki i terapie”  czyniły nieodwracalne spustoszenie w organizmie. Z „psychuszki” wychodził wrak człowieka z piętnem wariata.

Sowiecka psychiatria na usługach KGB używana była do niszczenia ludzi, którzy odważyli się wyrazić głośno swój sprzeciw wobec komunistycznej rzeczywistości. „Jej metody okazały się skuteczniejsze od łagrów i zsyłek. W bardzo krótkim czasie dziesiątki osób zostały uznane za niepoczytalne – z zasady najbardziej zaciętych i konsekwentnych działaczy. To czego nie były w stanie dokonać wojska Układu Warszawskiego, więzienia,  łagry, przesłuchania, rewizje, pozbawianie pracy, szantaż i straszenie – to wszystko dzięki psychiatrii stało się faktem” – pisał Władimir Bukowski, jeden z najsłynniejszych dysydentów, zarazem ofiara tych metod i człowiek dzięki któremu te nieludzkie  praktyki stały się znane w wolnym świecie. Młoda studentka Waleria Nowodworska niezłomna opozycjonistka , młoda 21 letnia studentka po skierowaniu jej na „leczenie” w krótkim czasie stała się siwą staruszką, raczej jej cieniem z trudem się poruszającą.

Jeżeli człowieka nie złamała „psychuszka”, to wychodził z piętnem „psychicznego”, czy „wariata”. W takiej sytuacji reżimowi łatwo było podrywać autorytet takiej osoby, jako nie zasługującej na poważne traktowanie, ale także kompromitować jej działalność na rzecz wolności i prawdy.

 

Szczególną i złowrogą rolę tych działań odegrał Wszechzwiązkowy Instytut  Naukowo-Badawczy Psychiatrii Ogólnej i Sądowej im. prof.  Władimira Serbskiego w Moskwie. Instytut na zamówienie KGB sporządzał diagnozy, nie mające nic wspólnego z faktycznym stanem zdrowia, przedstawiające zdrowych ludzi, jako osoby chore psychicznie.  Profesor Andriej Snieżniewski  stworzył nawet nową jednostkę chorobową: "schizofrenie bezobjawowa" czy "schizofrenie pełzająca", która dawała całkowitą dowolność w jej diagnozowaniu. Tym bardziej ze jednym z jej przejawów była "nieprawomyślność". Timofiejew, były naczelny psychiatra sowieckiej armii, pisał: "nieprawomyślność może być uwarunkowana chorobą mózgu, kiedy proces chorobowy rozwija się bardzo wolno, miękko (powoli przebiegająca postać schizofrenii), a inne jego przejawy pozostają niekiedy aż do popełnienia czynu przestępczego niezauważalne".

 

Tymczasem jako "czyny przestępcze" w kodeksach karnych wszystkich republik zakwalifikowano "antysowiecką agitacje i propagandę" (art. 70) oraz "rozpowszechnianie obelżywych wymysłów szkalujących ustrój państwowy i społeczny" (art. 190-191). Zaliczono je do kategorii "czynów społecznie niebezpiecznych" razem z zabójstwami i gwałtami. W tym samym roku władze wydały też "Instrukcję o niezwłocznej hospitalizacji chorych psychicznie stanowiących powszechne niebezpieczeństwo", która oddawała psychiatrom prawo przymusowego zatrzymania bez zgody sądu. Z tych możliwości korzystano szeroko, zwalczając wszystkich "nieprawomyślnych.

 

Fuszerki" nie było wobec matematyka Leonida Pluszcza, aktywnego od końca lat 60. w ruchu praw człowieka. Aresztowany w 1972 r. za "antysowiecka agitacje" otrzymał w Instytucie im. Serbskiego orzeczenie: "schizofrenia (...) od młodych lat cierpiał na zaburzenia paranoidalne przejawiające się w ideach reformatorskich. (...) Stanowi niebezpieczeństwo dla społeczeństwa. Należy uznać go za nieodpowiedzialnego i skierować na przymusowe leczenie do specjalnego szpitala psychiatrycznego". Oddzielną opinię wydala komisja pod przewodnictwem samego prof. Snieżniewskiego: "przewlekła choroba psychiczna w postaci schizofrenii. Główne cechy choroby to jej wczesny początek oraz rozwój zaburzeń paranoidalnych zawierających elementy fantazji i naiwne poglądy (...) stanowi niebezpieczeństwo dla społeczeństwa ; wymaga leczenia w szpitalu psychiatrycznym".

 

Z diagnozą z Instytutu im. Serbskiego trafiano do "psychuszki", gdzie odbywało się "leczenie". Walerię Nowodworską umieszczono w "szpitalu psychiatrycznym specjalnego typu" w Kazaniu. Nie różnił się niczym od więzienia: cele, ogrodzenie z drutu kolczastego, patrole z psami, personel wojskowy, role sanitariuszy pełnili kryminaliści. Oni tez stanowili większość "pacjentów": m.in. zwyrodnialcy, maniakalni seryjni mordercy. Dysydentów w odróżnieniu od kryminalistów raczej nie bito. Od nich wymagano akceptacji dla komunizmu - "naprawy osobowości". Nowodworska wymienia tortury, jakimi do tego dochodzono, m.in. elektrowstrząsy, borowanie zdrowych zębów. Podawano sulfazynę albo siarkę stosowane w leczeniu narkomanii lub alkoholizmu, ale poza Związkiem Sowieckim zakazane. Efektem był nieludzki ból, 40-stopniowa gorączka, ogromne pragnienie, przy czym nie podawano wtedy nic do picia. Po wstrzyknięciu pod skorę lotnego tlenu odczuwało się ból i wrażenie obdzierania ze skóry, po czym pozostawała kilkudniowa opuchlizna. Wobec Nowodworskiej ten "zabieg" zastosowano dziesięciokrotnie. Po aminozynie chciało się spać, ale strażnicy nie pozwalali zmrużyć oka, następowała utrata pamięci, marskość wątroby. Powszechnie stosowane były końskie dawki haloperidolu, czego efektem były: sztywność mięśni, trudności w mowie, ogólne oszołomienie i apatia. Natomiast wstrzykiwana insulina wywoływała silną hipoglikemię, czyli niedocukrzenie ze wszystkimi jej objawami: wymiotami, silnym uczuciem głodu, drgawkami, depresją, niemożnością skoncentrowania się, zaburzeniami rytmu serca i / ekstrasystolia komorowa / i oddychania. Ekstrasystolia komorowa należy do groźnych zaburzeń rytmu serca odczuwanych przez pacjenta jako umieranie w czasie t.zw. przerwy wyrównawczej pracy serca. Ekstrasystolia komorowa / skurcze dodatkowe serca / prowadzą do migotania komór i śmierci sekundowej. Nowodworska walczyła z myślami o śmierci, marzyła, aby się już nigdy więcej nie obudzić. Zycie uratowała jej skuteczna interwencja matki, przewiezienie do normalnego więzienia na Butyrkach i potem do szpitala. Dwa lata wracała do zdrowia, ale nigdy nie zaprzestała walki z komunizmem, mimo iż ponownie zamykano ja w "psychuszkach". Jeszcze w 1987 r. faszerowano ja tabletkami tryftazyny. Efektem była depresja, nie mogła spać, nie była w stanie siedzieć, chodzić. Tym razem życie uratowali jej życzliwi ludzie jeszcze w szpitalu (komunizm już dogorywał), pomagając przejść kuracje niwelująca działanie zabójczych dla niej leków.

Wladimir Bukowski opisał swe jakże podobne doświadczenia: "Dla "leczenia wzburzonych", a mówiąc dokładnie, karania, stosowano w zasadzie trzy środki. Pierwszy - aminozyna. Pod jej działaniem człowiek zazwyczaj zapadał w śpiączkę, w jakieś takie otępienie, że przestawał pojmować, co się z nim dzieje. Drugi – sulfazyna, albo siarka. Ten środek powodował zazwyczaj silne bóle i dreszcze. Temperatura podskakiwała do 40-41 stop. C i utrzymywała się przez dwa, trzy dni. Trzeci - "ukrytka". To uważane było za najcięższe. Więźnia mocno owijano od nóg aż po pachy mokrym, skręconym prześcieradłem albo pasami z płótna żaglowego. Schnąc materiał kurczył się, powodując straszliwy ból i pieczenie całego ciała. Zazwyczaj powodowało to szybko utratę przytomności i do obowiązków siostry należało tego doglądać. Wówczas  „ukrytkę”  chwilowo rozluźniano, pozwalając delikwentowi odetchnąć i dojść do siebie, po czym ponownie go zawijano. To mogło powtarzać się wielokrotnie".

 

Ratunkiem dla ludzi tak prześladowanych było ujawnienie tych metod. Dlatego w styczniu 1977 r. przy Moskiewskiej Grupie Helsińskiej powołano Komisję Roboczą do Badania Wykorzystywania Psychiatrii do Celów Politycznych. Inicjatorem jej powstania był Petro Hryhorenko, a w jej skład w różnym czasie wchodzili: Wiaczesław  Bachmin, Irina Kapłun, Aleksander Podrabinek, Feliks Sieriebrow, Dzemma  Babicz, Leonard Tiernowski, Irina Griwnina. Pomocą prawną zajmowała się Sofia Kallistratowa, natomiast medyczną Aleksander Woloszanowicz, a po jego wyjeździe na zachód Anatolij Koriagin. To dzięki odwadze tych ludzi o represjach psychiatrycznych w Związku Sowieckim dowiedział się świat.

Założyciel komisji Petro Hryhorenko byl sowieckim generałem, pracownikiem naukowym akademii wojskowej, autorem licznych publikacji. Po przemianach w 1956 r. dostrzegł nie tylko fikcję komunistycznego systemu, ale doszedł do wniosku, iż "nie wolno milczeć". Zaczął  krytykować władze, napisał kilka ulotek kolportowanych wśród znajomych studentów i oficerów. Piętnował biurokrację, brutalne tłumienie robotniczych wystąpień m.in. w Nowoczerkasku, Tbilisi. Aresztowany przez KGB odmówił złożenia samokrytyki, co miało uchronić go od wyroku. W takiej sytuacji postawiono go przed komisją psychiatryczną, która zdiagnozowała u niego "paranoidalny rozwój osobowości, powstały u osoby z psychopatycznymi rysami charakteru" i skierowała na przymusowe leczenie do "psychuszki". Został także zdegradowany do stopnia szeregowca. Pozostałych aresztowanych uznano za "znajdujących się pod wpływem „umysłowo chorego"... Tuż po odejściu Nikity Chruszczowa, w 1965 r. którego był krytykiem, został uznany za "wyleczonego" i zwolniony z "psychuszki". Nie zerwał z działalnością, ale nawiązał kontakty z innymi dysydentami, stając się z jednym z ich najaktywniejszych działaczy (m.in. angażował się na rzecz praw Tatarów krymskich), za co ponownie znalazł się w szpitalu psychiatrycznym. W jego obronie pisano listy, petycje, a na Zachodzie ukazała się jego książka "Myśli wariata". W 1977 r. zezwolono mu na wyjazd do USA i odebrano obywatelstwo. Na własną prośbę stanął przed komisja lekarzy amerykańskich, którzy uznali, iż jest zdrowy. W swej opinii napisali: "Wszystkie rysy jego osobowości zostały przez sowieckich diagnostów zdeformowane. Tam, gdzie oni widzieli natręctwo myślowe, my zobaczyliśmy wytrwałość. Tam, gdzie oni dopatrywali się urojeń, my spostrzegliśmy zdrowy rozsadek. Gdzie oni dopatrywali się braku rozwagi, tam my znaleźliśmy wyrazistą konsekwencję. I tam, gdzie oni diagnozowali patologię, my napotykaliśmy zdrowie duchowe". Już po jego śmierci diagnozę tę w 1991 r., po upadku komunizmu, potwierdzili psychiatrzy rosyjscy. Przywrócono mu stopień generalski, a dziś w Kijowie jest aleja jego imienia...

 

Hryhorenko na swej dysydenckiej drodze spotkał w "psychuszce" jednego z najsłynniejszych sowieckich dysydentów Wladimira Bukowskiego, "leczonego" tam na "psychopatię typu paranoidalnego" i uznanego za "niepoczytalnego" za wykonanie kilku kopii książki Milovana Dzilasa "Nowa klasa". Bukowski nie tylko sam trafiał do łagrów i "psychuszek", ale stawał w obronie w ten sposób represjonowanych, m.in. Hryhorenki, Natalii Gorbaniewskiej ("niepoczytalność"), Walerii Nowodworskiej ("niepoczytalność"). Dokumentował przypadki wykorzystywania psychiatrii do walki z dysydentami. Nikt z psychiatrów nie chciał pod nazwiskiem zakwestionować orzeczeń wydawanych w Instytucie im. Serbskiego. Wszyscy się bali. "Zdarzali się, naturalnie, młodzi psychiatrzy, bez stopni, tytułów, zdecydowani wystąpić otwarcie, ale nie miało to sensu. Co warte są ich opinie w porównaniu ze zdaniem szacownych profesorów, członków Akademii Nauk?". Jeden z owych "młodych", lekarz Siemion Gluzman, zdecydował się pomoc Bukowskiemu i wspólnie napisali "Podręcznik psychiatrii dla nieprawomyślnych", opracował także orzeczenie w sprawie Hryhorenki. W swojej publikacji zacytowali m.in. wypowiedzi doktorów nauk medycznych z Instytutu im. Serbskiego, Pieczernikowej i Kosaczowa: "Skłonność do walki o prawdę i sprawiedliwość  cechuje najczęściej osobowości o strukturze paranoidalnej". I za to Gluzman dostal 7 lat łagrów i 3 lata zesłania.

Współzałożycielem Komisji Roboczej do Badania Wykorzystywania Psychiatrii do celów politycznych był także Aleksander Podrabinek. Od 1973 r. zbierał dowody wykorzystywania psychiatrii do walki z dysydentami. Na ich podstawie napisał książkę "Medycyna karna", zebrał też kartoteki ponad 200 więźniów "psychuszek". Mimo jego aresztowania przez KGB udało się te materiały dostarczyć na kongres Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego w Honolulu w 1977 roku. Jemu i jego bratu zagrożono rozprawa karną z jednoczesną możliwością wyjazdu na zachód. Obaj odmówili, a Aleksander napisał w liście: "Nie chcę siedzieć za kratkami, ale tez nie boję się łagrów. Cenię swoją wolność, jak i wolność  brata, ale nią nie handluję. Nie ulegnę żadnemu szantażowi, czyste sumienie jest mi droższe niż dostatek materialny. Urodziłem się w Rosji, to mój kraj i powinienem w nim zostać, jakkolwiek byłoby tutaj ciężko, a lekko na zachodzie. Na ile mi się uda, będę nadal próbował  bronić   tych, których prawa są w naszym kraju tak brutalnie gwałcone. (...) Zostaje". Wkrótce otrzymał wyrok 5 lat zesłania. Nie zaprzestał jednak prac nad dalszym ciągiem "Medycyny karnej". Stanął przed sadem skazany na 3,5 roku więzienia.

Wysiłek dysydentów na rzecz prawdy przyniósł efekty. Sprawa "psychuszek" stała się znana w wolnym świecie. Na wspomnianym kongresie w Honolulu podjęto - nieznaczną większością głosów, nie chcąc zbytnio drażnić Moskwy - łagodną rezolucje: "Światowe Towarzystwo Psychiatryczne (WPA) przyjmuje do wiadomości fakt nadużywania psychiatrii w celach politycznych, potępia te praktyki we wszystkich krajach, w których mają one miejsce, oraz wzywa zawodowe organizacje psychiatrów tych krajów do zaprzestania tych praktyk. WPA zastosuje tę rezolucję w pierwszym rzędzie w związku z obszernymi dowodami systematycznych nadużyć psychiatrii do celów politycznych w Związku Sowieckim". Ostatecznie jednak udało się usunąć psychiatrów sowieckich ze Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego, ale było to już w zupełnie innej rzeczywistości politycznej w 1983 roku.

Nie zaprzestano jednak represji, choć nieco zelżały. Gdy w obronie prześladowanych stanął psychiatra dr Anatolij Koriagin, któremu udało się opublikować w czasopiśmie medycznym "The Lancet" prace "Pacjenci mimo woli", sam trafił do "psychuszki". To do niego w marcu 1987 r. wystosowało swój list dziesięciu polskich lekarzy, gdy opuścił łagier po siedmioletnim wyroku za organizowanie protestów przeciw umieszczaniu dysydentów w "psychuszkach". Polscy sygnatariusze pisali: "Chcemy zapewnić Pana, że również motywem naszych dążeń jest to, aby medycyna nigdy i nigdzie nie była wykorzystywana przeciw człowiekowi, a służyła w pełni obronie jego życia, zdrowia i godności".

Rosyjscy dysydenci: Bukowski, Gorbaniewska, Nowodworska i tylu innych, którzy przeszli przez "przedsionek piekła" - jak nazywano "psychuszki" - z nadzieją patrzyli na rozwój polskiej opozycji pod koniec lat 70. XX wieku oraz "Solidarności". We wspólnej walce widzieli nadzieje na zwycięstwo nad "imperium zla". Polskiej sprawie pozostali wierni do dzisiaj, wielokrotnie dając temu wyraz. Bukowski wraz z Gorbaniewska podpisali list otwarty do Polaków po katastrofie 10 kwietnia 2010 r., w której zginęła znaczna cześć niepodległościowej elity Narodu. "Trudno się pozbyć wrażenia, ze dla rządu polskiego zbliżenie z obecnymi władzami rosyjskimi jest ważniejsze niż ustalenie prawdy w jednej z największych tragedii narodowych. Wydaje się, ze polscy przyjaciele wykazują się pewną naiwnością, zapominając, ze interesy obecnego kierownictwa na Kremlu i narodów sąsiadujących z Rosją państw nie są zbieżne. Jesteśmy zaniepokojeni tym, ze w podobnej sytuacji niezależność Polski i dzisiaj, i jutro może się okazać poważnie zagrożona. Mamy nadzieje, ze obywatele Polski ceniący swoją wolność potrafią ją obronić. Także przy urnach wyborczych" - napisali w maju ubiegłego roku. Jeszcze dosadniej zabrzmiał glos Walerii Nowodworskiej: "Nie znałam go [śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego], ale był moim współbojownikiem, towarzyszem broni i będę go opłakiwać, w odróżnieniu od Adama Michnika i innych polskich lewaków,  obrońców Jaruzelskiego. Kaczyński był polskim Reaganem, następcą  Kościuszki, Sowińskiego, Dąbrowskiego i Piłsudskiego. Polska oczywiście nie zginie. Polska wszystko pamięta i jest na dobrej drodze, ale czekiści lubią ugryźć i odskoczyć. Sobacze plemię od czasu sformowania opryczników. (...) Antysowiecki Kaczyński pomylił się tylko raz - kiedy poleciał sowieckim samolotem na sowieckie terytorium, zaufawszy sowieckiej władzy. A cywilizowany świat nie będzie oskarżać. Wszystko pokryje ropa, gaz i mgła".

Świat będzie milczał, tak jak milczał przez wiele lat - w imię  niedrażnienia Moskwy - wobec dramatu sowieckich dysydentów zamęczanych w "psychuszkach". / dr Jarosław Szarek „Psychuszka” skuteczniejsza niż łagier” „Nasz Dziennik 2-3 lipca 2011 r. – tekst kursywą /. Jarosław Szarek – jest historykiem, pracownikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.

 

    I tak w Związku Sowieckim unicestwiono fizycznie kwiat niepokornych pisarzy, wiadomo bowiem, iż mózg narodu stanowią intelektualiści, naukowcy i pisarze. Mordy fizyczne bolszewickich władców były nie tylko  ofiary łagrów Gułagu, w których unicestwiano również  mózg narodu, ale również mordy intelektualne - wszechobecna propaganda bolszewicka.  Sowieci  unicestwili fizycznie kwiat niepokornych pisarzy – rozstrzelano Babla, Pilniaka, Gumiłowa, Klujewa, w więziennej „psychuszce” zginął poeta Charms, w łagrze zgnił Mandelsztam.  Doprowadzono do samobójstwa Majakowskiego, Cwierajewą, zaszczuto Zoszczenkę, Bułhakowa. Jeszcze w 1964 roku do sowchozu pod Archangielskiem zesłano przyszłego noblistę Josifa Brodskiego, który roztrząsał widłami gnój, zwolniono go dopiero pod naciskiem światowej opinii publicznej.

Mordem fizycznym pozbawia się naród jego intelektualnej siły przywódczej, aby przestał istnieć. Następnym krokiem jest wprowadzenie agentury rządzącej i niszczenie fałszywym wizerunkiem medialnym patriotycznych sił narodu, poprzez fałszowanie historii, fałszywą edukację, lub jej wyeliminowanie, przeciwstawianie się sobie potężnych grup społecznych – co oczywiście jest mordem intelektualnym dokonanym na narodzie.

 

 

Inna ofiara Marca 1968: Jerzy Zawieyski. „Nie możemy wykluczyć, że został zamordowany. Władza komunistyczna potrafiła bowiem obsypywać twórców dobrami i zaszczytami, jak może żadna inna. Wszelako potrafiła też ich tak skrzywdzić i niszczyć, jak żadna inna”. / Profesor Jerzy Eisler, historyk IPN, oraz Instytutu Historii PAN/.

 

Jerzy Zawieyski nie przeszedł do historii dzięki swej twórczości dziś już martwej i nieistniejącej, ale samotnej, dramatycznej mowie wygłoszonej w Sejmie 10 kwietnia 1968 roku, po wydarzeniach marcowych, w której stanął w obronie atakowanej przez władze interpelacji katolickiego koła „Znak”, protestującej przeciwko pałkom i represjom wobec studentów oraz intelektualistów, polityce kulturalnej władz, a szczególnie zdjęcia „Dziadów” w reżyserii Dejmka. Wystąpienie Jerzego Zawieyskiego odbyło się w atmosferze linczu, seansu nienawiści – gwizdów, obelg, walenia w pulpity i tupania posłów z PZPR i ZSL.

Podobnej orgii chamstwa, zlośliwości, wulgarności wrzasków z sali i galerii nie było w Sejmie od czasu, gdy posłowie niszczyli Mikołajczyka i jego kolegów.

Zdjęto natychmiast grany w „Ateneum” dramat Zawieyskiego „Idziemy do wujka”, cenzura zatrzymała w „Twórczości” druk opowiadania „Pomiędzy plewą i manną”, a także poświęconą mu pierwszą biografią.

Roztrzęsiony, załamany, opuszczony przez wszystkich, nawet przez koło poselskie „Znak” doznał wylewu krwi do mózgu, był sparaliżowany i utracił mowę.

 

 

Przebywał w klinice rządowej Ministerstwa Zdrowia przy ul. Emilii Plater. Po dwóch miesiącach pobytu w klinice w niejasnych okolicznościach  został wyrzucony z okna czwartego piętra, ponosząc śmierć na miejscu. „Mości Zawieyski, pora skakać”, usłyszał przed tragiczną śmiercią.

 

Mówiąc po prostu o swojej ostatniej książce „Obława” o losach pisarzy represjonowanych Joanna Siedlecka przypominała, że zwłaszcza w latach 50 i 60 gdy związkowa opozycja prawie nie istniała, konformistyczne władze ZLP nie broniły atakowanych przez władze swoich członków. Wyrzucały ich na ogół z ZLP, co spotkało m.in. Jerzego Brauna, Władysława Grabskiego, Wojciecha Bąka, Jerzego Kornackiego, Ireneusza Iredyńskiego. Milczały, gdy zaganiano do „psychuszki” Bąka i  Grzędzińskiego, wsadzano do więzienia Brauna, Kornackiego, Wańkowicza, Iredyńskiego. Członkowie sądów koleżeńskich ZLP / Irena Krzywicka / „sądzili”  oskarżonego o współpracę z londyńskimi „Wiadomościami” starego Jana Nepomucena Millera i Władysława Grabskiego za „paszkwil” o Gałczyńskim. Grube związkowe ryby, jak Kazimierz Koźniewski, czy Andrzej Szczypiorski współpracujący z SB, donosili na

kolegów.

 

Pierwszym dokumentem, w którym psychiatrię zaczęto traktować jako element "ochrony" społeczeństwa był kodeks karny RFSRR z 1926. Pierwszy więzienny szpital psychiatryczny ze specjalnym oddziałem dla więźniów politycznych, nad którym pieczę objęło NKWD, powstał w 1939 w Kazaniu. Na tym oddziale umieszczano zarówno chorych psychicznie, których choroba miała coś wspólnego z polityką (na przykład ich urojenia dotyczyły spraw politycznych), jak i osoby zdrowe internowane na polecenie władz. Przebywał tam m.in. Jan Piłsudski brat Marszałka Józefa Piłsudskiego i były prezydent Estonii Konstantin Päts. W latach 40  jak świadczą relacje poety Nauma Korżawina i Ilii Jarkowa, NKWD szerzej wykorzystywało psychiatrów we własnych celach, np. w przypadku Jarkowa usiłowano zatuszować omyłkę śledczych.

 

Na fali destalinizacji próbowano także zdemaskować i zakończyć nadużycia psychiatrii; działał w tym kierunku m.in. Siergiej Pisariew, uznany za schizofrenika z powodu napisania listu do Stalina. Pisariew w 1955 skierował list do KC KPZR z listą zdrowych osób, które spotkał w szpitalu. Specjalna komisja potwierdziła opisane fakty, ale na wprowadzenie zmian nie zdecydowano się. Nowy etap w wykorzystywaniu psychiatrii do celów politycznych znamionowało przemówienie Chruszczowa, opublikowane w gazecie Prawda 24 maja 1959 roku, w którym stwierdził, że w społeczeństwie komunistycznym przestępczość i naruszanie norm życia społecznego często wiąże się z rozstrojem psychicznym; w przemówieniu znalazła się fraza: "można powiedzieć, że i obecnie (w ZSRR) istnieją ludzie, którzy walczą z komunizmem... ale u takich ludzi bez wątpienia stan psychiczny nie jest w normie". Jak pisał ironicznie Żores Miedwiediew - "komuś do głowy przyszła prosta myśl, że wzrost liczby procesów politycznych i więźniów politycznych – to zły wskaźnik socjologiczny, a wzrost liczby miejsc w szpitalach – to bardzo dobra oznaka postępu społecznego"– . Przewaga diagnozy psychiatrycznej nad procesem sądowym była jednak poważniejsza: uwięzienie było bezterminowe, warunki w szpitalach gorsze i pozwalające na bezkarne wieloletnie znęcanie się, etykietka powodowała dyskredytację i pociągała za sobą nowe szykany. Na przykład placówki psychiatryczne często wysyłały do instytucji, z którymi korespondował pacjent, oficjalny list o "niecelowości korespondencji", co zamykało drogę do interweniowania i szukania pomocy.

 

Według kodeksu karnego RFSRR z 1961 roku (oraz analogicznych kodeksów w innych republikach ZSRR) skala społecznie niebezpiecznych czynów obejmowała zabójstwa i gwałty, ale także "antyradziecką agitację i propagandę" czy "rozpowszechnianie obelżywych wymysłów, szkalujących radziecki ustrój państwowy i społeczny". W 1961 wydano też "Instrukcję o niezwłocznej hospitalizacji chorych psychicznie stanowiących powszechne niebezpieczeństwo", która oddawała psychiatrom władzę przymusowego internowania nawet bez zgody sądu.

 

Głównym organem powołanym do wydawania ekspertyz sądowo-psychiatrycznych w ZSRR był Instytut Psychiatrii Sądowej im. prof. W. P. Serbskiego w Moskwie, gdzie na specjalnym czwartym wydziale pracowali sprawdzeni przez KGB lekarze (ordynatorem tego wydziału był w latach 60. prof. Danił Łunc, a współpracował z nim prof. Jakow Landau). Na podstawie akt śledczych KGB zdrowym osobom wystawiano psychiatryczne opinie lekarskie, według których uważano ich za niepoczytalnych, a następnie poddawano przymusowemu "leczeniu". W komisjach zajmujących się przestępstwami przeciw państwu znajdowały się często najwyższe autorytety psychiatrii ZSRR: Andriej Snieżniewski, Grigorij Morozow, Marat Wartanian, Rubien Nadżarow, Josif Łukomski.

 

Najbardziej rozpowszechnioną etykietką diagnostyczną była  powoli rozwijająca się, pełzająca schizofrenia; ten typ schizofrenii zdefiniował w 1969 roku Snieżniewski  jako postać, w której utajony proces chorobowy następuje bardzo powoli. W praktyce kryteria diagnostyczne pozwalały psychiatrom na rozpoznanie pełzającej schizofrenii na podstawie zachowań, które w normalnych warunkach byłyby charakteryzowane jako świadczące o drobniejszych zaburzeniach lub nawet powstające u osób zdrowych.

 

W celu przetrzymywania coraz większej liczby osadzonych stworzono sieć „psychuszek”, które łączyły funkcje szpitali i zwykłych więzień, w których we wspólnych celach przetrzymywano osoby rzeczywiście chore i skazane za morderstwa i gwałty ze zdrowymi osadzonymi na podstawie fałszywych ekspertyz lekarskich na zlecenie KGB. Osoby te poddawano "leczeniu" przy użyciu silnych leków psychotropowych, insuliny / wstrząsy insulinowe /, czy podskórnych zastrzyków koloidalnej siarki (w przypadku insuliny celowo wywoływano silną hipoglikemię  /niedocukrzenie / wraz z szeregiem jej objawów, natomiast użycie koloidalnej siarki wywoływało silny ból mięśni i wzrost temperatury ciała do 39 °C i wyższych). Na porządku dziennym było znęcanie się sanitariuszy nad osadzonymi poprzez bicie (nazywane "zaordynowaniem kułazinu" – od rosyjskiego słowa kułak – pięść, stąd – kułazin), duszenie, a nawet gwałty. Osadzeni spędzali w takich ośrodkach wiele lat, a w przeciwieństwie do wyroków sądowych, "chorzy" nie wiedzieli ile jeszcze lat w szpitalach spędzą, gdyż zawsze według oceny lekarzy mogli nie być jeszcze "dostatecznie wyleczeni". Ostatecznie zwolnienie następowało często dopiero w wyniku nacisków grup z zewnątrz, takich jak Amnesty International. Osoby zwolnione miały jednak, ze względu na swą przeszłość, problemy ze znalezieniem mieszkania czy jakiejkolwiek pracy, nie mówiąc o zrujnowanym całkowicie zdrowiu fizycznym i psychicznym.

 

Wśród osadzonych znaleźli się m.in. Władimir Bukowski (skazany m.in. za organizowanie spotkań poetyckich oraz manifestacje w obronie innych dysydentów – spędził w więzieniach 12 lat) oraz Siemion Głuzman (ukraiński psychiatra, więziony za obronę ofiar psychiatrii politycznej), którzy napisali razem w celu obrony przed działaniami władz podręcznik „Psychiatria dla nieprawomyślnych”. W książce tej zamieścili m.in. wypowiedzi doktorów nauk medycznych z Instytutu Serbskiego T.P. Pieczernikowej i A.A. Kosaczowa: "Skłonność do walki o prawdę i sprawiedliwość cechuje najczęściej osobowości o strukturze paranoidalnej". Prócz ludzi, których skazano za takie wykroczenia, jak bezprawne przekroczenie granicy, operacje walutowe czy kontrabanda, znajdowały się także osoby skazane z przyczyn religijnych.

 

Problemem nadużywania psychiatrii w sprawach politycznych zajmowała się specjalna Komisja Robocza do Zbadania Wykorzystania Psychiatrii dla Celów Politycznych przy Moskiewskiej Grupie Helsińskiej. Od stycznia 1977 zbierała ona informacje o osobach osadzonych, a także opisywała nadużycia. Na Światowym Kongresie Psychiatrów w Honolulu w 1977 oficjalnie potępiono nielekarskie działania psychiatrów sowieckich (m.in. po przedostaniu się na zachód książki Aleksandra Podrabinka „Medycyna karna”), a w 1983 działalność Komisji spowodowała usunięcie psychiatrów sowieckich ze Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego (tuż przed Światowym Kongresem Psychiatrów delegacja radziecka zrzekła się jakoby sama uczestnictwa w działaniach Stowarzyszenia).

 

Na założeniach sowieckiej psychiatrii represyjnej wzorowały i wzorują się także inne państwa totalitarne, takie jak Chińska Republika Ludowa. Nie są to jednak systemy tak rozbudowane, jak w ZSRS, choć uważa się, że w Chinach przymusowe osadzanie osób niewygodnych dla władz w szpitalach psychiatrycznych jest praktykowane nadal. Raporty Amnesty International sugerują też, że podobne praktyki miały miejsce także w krajach demokratycznych, m.in. w USA i Kanadzie, choć nigdy nie przybrały tam one charakteru instytucjonalnego.

 

A jak kształtują się „psychuszki” w III RP. Czy w ogóle istnieją? Czy polska psychiatria podąża w „chwale” za towarzyszami z Kraju Rad? Czy stosuje jakieś metody „leczenia”? A jeżeli tak to jakie?

 

Do szpitali psychiatrycznych w Polsce trafia coraz więcej zdrowych osób. Zamknięcie w „psychuszce” jest dziś represją stosowaną częściej niż w PRL! Co gorsza, stało się też metodą załatwiania przez prokuratorów i sędziów prywatnych porachunków – biją na alarm prawnicy i organizacje broniące praw człowieka.

 

Kiedy chcą coś podać, na przykład leki, otwierają główne drzwi i podają przez kratę. Cela jest sześcioosobowa, wc wydzielone w rogu, bez drzwi (wszystko widać). Okna również odgrodzone kratą. W nocy jeden chłopak zaczął wyrywać z pustego łóżka metalowe pręty, był agresywny. Krzyczał, że musi wyjść z celi, bo widzi różne rzeczy i one go wołają. Prosiłem strażnika, żeby zabrał chłopaka, bo machał tymi prętami i zaczynał budzić strach. Strażnik nie zrobił nic” – tak opisuje swoje życie na oddziale psychiatrycznym Daniel G. z Rawy Mazowieckiej. Trafił tu, bo miał pecha wejść w konflikt z Robertem Gdakiem, miejscowym notablem, zastępcą prokuratora rejonowego.

 

Jego kłopoty zaczęły się już w 2000 roku, gdy powiedział, że prokurator „często przekracza swoje uprawnienia służbowe, składa fałszywe zeznania i tworzy fałszywe dowody”. Gdak oskarżył go o pomówienie. Zgodnie z kodeksem karnym taki proces powinien toczyć się z oskarżenia prywatnego, jednak prokuratura zaczęła ścigać chłopaka z urzędu.

 

Prowadząca sprawę koleżanka Gdaka, prokurator Marzena Orłowska z prokuratury w sąsiednich Skierniewicach, uznała, że Daniel G. wykazuje objawy choroby psychicznej. Nie miało znaczenia, że nic w jego życiu nie świadczy o tym, że mógłby być chory psychicznie: nigdy nie leczył się psychiatrycznie, bez problemu skończył podstawówkę, ogólniak i dostał się na Wydział Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ze studiów zrezygnował ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny.

 

Mimo to biegli psychiatrzy przychylili się do wniosku obywatelki prokurator i skierowali Daniela G. na przymusową obserwację psychiatryczną. Trafił na oddział obserwacji sądowo-psychiatrycznej przy łódzkim zakładzie karnym nr 2. Jego dzień wygląda podobnie jak dzień sąsiadujących z nim niemal przez ścianę więźniów. Rano pobudka, raz dziennie spacer, ograniczony dostęp do telefonu. Problemy z załatwieniem najprostszych spraw. Daniel, krótkowidz (-5 dioptrii), dopiero po dwóch tygodniach wyprosił sobie prawo do noszenia okularów. To wszystko miało miejsce, chociaż postępowanie w sprawie pomówienia prokuratora Gdaka przez Daniela G. jest dopiero na etapie przygotowawczym.

 

Przypadek Daniela G. nie jest odosobniony. Przeprowadzona w 1997 r. kontrola NIK wykazała, że w latach 1995-1997 na przymusową obserwację psychiatryczną skierowano 11,5 tys. osób. Ministerstwo Sprawiedliwości nie prowadzi statystyk dotyczących osób umieszczanych na przymusowej obserwacji w zakładach psychiatrycznych, co oznacza, że w rzeczywistości może to być zjawisko na o wiele większą skalę. W szpitalach psychiatrycznych przebywa obecnie niemal 200 tys. osób. Aż w jednej trzeciej skontrolowanych przez NIK szpitali (33 proc.) lekarze i personel stosowali wobec pacjentów przemoc fizyczną i psychiczną. Na wiele godzin przypinali ich pasami do łóżka, zamykali w izolatkach, bez uzasadnienia stosowali wielokrotnie elektrowstrząsy prądem 450 V i 1,0 A, nie pozwalali telefonować do rodziny.

 

W 2002 r. specjalny zespół przebadał na zlecenie ministra sprawiedliwości 400 orzeczeń lekarskich dotyczących osób przyjętych do szpitali psychiatrycznych w nagłym trybie (wymagających natychmiastowego odosobnienia ze względu na zagrożenie, jakie stanowią). W połowie przypadków lekarze nie wyjaśniali nawet, dlaczego pacjenta uznano za niebezpiecznego. W co czwartym przypadku lekarz wystawiał pacjentowi opinię, w ogóle go nie badając!

 

Badania prowadzone przez Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie w zakresie orzecznictwa psychiatrycznego potwierdziły istnienie poważnych nieprawidłowości. Zdarza się nawet i tak, że opinie biegłych wydawane są na podstawie samych akt, bez badania uczestników postępowania. Zdaniem prof. Zbigniewa Hołdy z zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka te przerażające statystyki to skutek nie tylko nieodpowiedzialności lub skorumpowania niektórych psychiatrów, ale także poczucia bezkarności sędziów i prokuratorów, którzy czują się wszechwładni. Tak jest zwłaszcza w małych i średnich miejscowościach.

 

Niestety, bardzo wielu sędziów i prokuratorów nadużywa swojej władzy i uprawnień do załatwiania prywatnych porachunków. W takich przypadkach wolą nie pamiętać, że kodeks karny pozwala kierować ludzi na przymusową obserwację psychiatryczną tylko w absolutnie wyjątkowych sytuacjach – mówi prof. Hołda.

 

Furtkę do nadużyć pozostawia złe, bo dopuszczające uznaniowość prawo. Zgodnie z art. 203 kodeksu postępowania karnego zamknąć w zakładzie psychiatrycznym można każdego podejrzanego, w stosunku do którego „biegli zgłoszą taką konieczność”. Co oznacza „konieczność” – kodeks nie precyzuje. Obserwacja powinna co prawda trwać nie dłużej niż sześć tygodni, ale (i tu jest kolejna furtka) na wniosek szpitala sąd może ją przedłużyć. Etyka zawodowa wymaga od psychiatrów, by wydając orzeczenie o poczytalności podejrzanego, brali pod uwagę, czy popełniony czyn był racjonalny, czy badany był już leczony psychiatrycznie, czy doznał urazu mózgu, albo czy kontakt z nim jest utrudniony. Jednak prawo wcale nie wymaga tego od nich jednoznacznie.

 

Mariusza Barszczyńskiego sędzia skierował do Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Branicach po tym, jak wniósł o rozwód z powodu zdrady żony, związanej zawodowo z wymiarem sprawiedliwości byłego województwa chełmskiego. W odpowiedzi żona oskarżyła go o znęcanie się nad nią. Barszczyńskiemu nie podobała się stronniczość sędziego prowadzącego sprawę rozwodową. Efekt? Stwierdzono u niego paranoję pieniaczą. Zamknięto go w ośrodku dla najbardziej niebezpiecznych przestępców z zakłóceniami psychicznymi.

 

Pacjentem tego ośrodka był wówczas (w 2003 r.) także Andrzej Witkowiak, kolejny zdaniem sądu paranoiczny pieniacz, winny głównie długoletnim konfliktom z przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości.

 

Inna osoba znalazła się w ośrodku w Branicach z powodu… posądzenia o posiadanie broni, przy czym zarzut ten nie był związany z jakimikolwiek aktami przemocy. Z akt sprawy wynika, że człowiek ten zawinił głównie zbyt uporczywym donoszeniem o nadużyciach popełnianych przez policjantów. U niego także wykryto paranoję na tle działalności pieniaczej.

 

W 1996 r. Przemysław Kowalski, 17-letni uczeń LO w Sędziszowie, został pobity przez tamtejszego komendanta policji. Matka chłopca złożyła zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez policjanta na służbie. W odpowiedzi komendant złożył zawiadomienie o rzekomym znieważeniu funkcjonariusza na służbie. Przez prawie trzy lata Prokuratura Rejonowa w Jędrzejowie robiła wszystko, by uniemożliwić oskarżenie i skazanie komendanta. W końcu po czterech latach pisania odwołań, Sąd Rejonowy w Jędrzejowie skazał go na tysiąc złotych grzywny.

 

Natomiast prowadzone równolegle postępowanie, w którym Przemysława Kowalskiego oskarżono o znieważenie komendanta, dało efekt w postaci wymierzenia mu kary pozbawienia wolności na rok w zawieszeniu na dwa lata (Sąd Rejonowy w Miechowie). Mało tego, po ponad trzech latach od rzekomo popełnionego czynu prokuratura postanowiła poddać Przemysława badaniu psychiatrycznemu. Ponieważ chłopak uważał to za wyraźną szykanę i nie stawił się na badanie, został aresztowany na siedem dni i poddany badaniom przymusowym w Zakładzie Karnym w Pińczowie.

 

Zamknięcie w psychuszce jako metoda walki z ludźmi nielubianymi przez władze to wynalazek sowiecki. Pierwszym dokumentem, w którym psychiatrię potraktowano jako sposób ochrony władzy przed społeczeństwem, był kodeks karny ZSRR z 1926 r. Jego autorzy zdecydowali się stosować wobec osób niebezpiecznych, obok rozstrzelania lub łagru, działania „medyczno-pedagogiczne”, czyli przymusowe leczenie psychiatryczne. Od 1945 r. o skierowaniu na przymusowe leczenie decydował sąd lub Kolegium Specjalne przy NKWD.

 

Do psychuszki bezpieka kierowała, korzystając z art. 70 kodeksu karnego („antyradziecka agitacja i propaganda”) i art. 190 („rozpowszechnianie obelżywych wymysłów, szkalujących radziecki ustrój”, „zhańbienie godła lub flagi”). W 1967 r. szefowie KGB, MSW, prokuratury i ministerstwa zdrowia napisali do Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego:

 

„W latach 1966-1967 w Leningradzie psychicznie chorzy w 19 wypadkach mieli związek z rozpowszechnianiem ulotek antyradzieckich i anonimowych dokumentów, 12 razy próbowali nielegalnie przekroczyć granicę. Niebezpieczeństwo stwarzają przybywające do Moskwy liczne osoby cierpiące na manię odwiedzania instytucji państwowych, spotykania się z kierownictwem partii i rządu”.

 

Dr Bożena Pietrzykowska z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii mówi, że w PRL, inaczej niż w Związku Radzieckim, zjawisko wykorzystywania psychiatrii do celów politycznych niemal nie występowało. Zasługę przypisuje polskim psychiatrom, którzy bardzo się przed tym bronili.

 

Prof. Hołda i senator Zbigniew Romaszewski, wieloletni szef senackiej komisji praw człowieka i praworządności, podzielają tę opinię. Ich zdaniem można nawet postawić tezę, że zamykanie niewygodnych dla szeroko pojętej władzy osób w szpitalach psychiatrycznych zdarza się dziś o wiele częściej niż w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

 

W PRL do szpitali psychiatrycznych trafiało mniej zdrowych osób niż obecnie. Po pierwsze, dlatego że zastraszone społeczeństwo nie było tak skore do walki z władzą jak dzisiejsze społeczeństwo obywatelskie. A jak już ktoś chciał walczyć, to milicja lub bezpieka szybko dawały sobie z nim radę. Pamiętam kilka spraw, kiedy w szpitalach psychiatrycznych zamykano opozycjonistów, np. Krzysztofa Kozłowskiego czy ks. Blachnickiego. Jednak spędzili tam po kilka dni, po interwencjach szybko ich wypuszczano – tłumaczy senator Zbigniew Romaszewski.

 

Senator podkreśla, że obecnie sędziowie traktują skierowanie podejrzanego do szpitala psychiatrycznego jak represję, karę pozbawienia wolności. Jego zdaniem gorzej niż w PRL zachowują się także psychiatrzy. Niegdyś byli ostrożni w formułowaniu opinii, bo wiedzieli, że władza może chcieć wykorzystać je do celów politycznych. Dziś wielu lekarzy bez zastanowienia skazuje zdrowych ludzi na wielotygodniowe zamknięcie z chorymi psychicznie.

 

Z tą opinią nie zgadza się lekarz Eustazjusz Bonikowski, przez 30 lat ordynator oddziału psychiatrycznego w Gdańsku Srebrzysku, a przez 20 – biegły sądowy. – Nie podejrzewałbym biegłych, że bez powodu kierują podejrzanych na obserwację psychiatryczną – zapewnia. On sam w ciągu całej swojej praktyki przyjmował na obserwację sądowo-psychiatryczną tylko podejrzanych. Za każdym razem wypuszczał ich po kilkunastu dniach – bo byli zdrowi.

 

Honoru biegłych psychiatrów broni także dr Tadeusz Nasierowski z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego: – Jeśli dziś na przymusową obserwację psychiatryczną sądy kierują więcej osób niż w PRL, to jednym z powodów może być fakt, że wielu gangsterów szuka ratunku przed karą w zaburzeniach psychicznych.

 

Każdy kij ma jednak dwa końce. – Gangsterzy nie mogliby udawać chorych psychicznie, gdyby nie biegli psychiatrzy, którzy za pieniądze wystawiają lewe zaświadczenia. Nietrudno się domyślić, że ci sami psychiatrzy, za kolejną łapówkę, zrobią z każdego wariata – mówi warszawski psychiatra.

 

Polska była jednym z ostatnich krajów europejskich, które uregulowały prawnie kwestie dotyczące kierowania własnych obywateli na przymusowe obserwacje lub leczenie do szpitali psychiatrycznych.

 

W 1993 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło „Zasady ochrony psychicznie chorych i poprawy opieki psychiatrycznej”, jeden z najważniejszych dokumentów o zasięgu światowym w dziedzinie etyki zawodu psychiatry. Oprócz wymogu przestrzegania tajemnicy lekarskiej, zgody na leczenie i dostępu chorych do swojej karty chorobowej zawarto w nim reguły stwierdzania choroby psychicznej. Polski Sejm uchwalił ustawę o ochronie zdrowia psychicznego dopiero rok później – w 1994 r. Do tego czasu zasady przymusowego badania i leczenia w zakładach psychiatrycznych określała instrukcja ministra zdrowia nr 120/52 z 10 grudnia 1952 r., która nie przewidywała sądowej kontroli ograniczania wolności pacjenta.

 

Uchwalenie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego nie zdziałało jednak cudów. Cytowany wyżej raport NIK z 1997 r. stwierdza bowiem wyraźnie, że nieprawidłowości wykazane w trakcie kontroli w praktyce „uniemożliwiały sprawowanie sądowej kontroli legalności przyjmowania i przebywania pacjentów w szpitalach psychiatrycznych”. Oznacza to, że człowieka raz umieszczonego w zakładzie psychiatrycznym można by przetrzymywać tam w nieskończoność. Bez żadnej kontroli.

 

Inna sprawa, czy polskim sądom na tej kontroli zależy. Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mówi, że równie wiele do życzenia co polskie prawo pozostawia sam wymiar sprawiedliwości. Jak chora bywa praktyka prokuratury i sądów, pokazuje sprawa Renaty R., którą Fundacja zajmuje się od kwietnia 2005 r.

 

Prokuratur Danuta Ducka z poznańskiej prokuratury wnioskowała o umieszczenie pani R. na sześć tygodni w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, bo ta oskarżyła o kradzież męża, z którym właśnie się rozwodziła. Decyzja obywatelki prokurator zaczęła budzić podejrzenia zwłaszcza po tym, jak mąż zeznał, iż „zgłoszenie żony o kradzieży jest całkowicie bezzasadne, gdyż rzeczywiście sporne ruchomości zabrałem”. Postępowanie w tej sprawie umorzono we wrześniu 2003 r.

 

Siedem miesięcy później prokuratura postawiła pani R. zarzut… powiadomienia o niepopełnionym przestępstwie. Dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Prokurator Ducka przesłuchała ją w charakterze podejrzanej, następnie postawiła wniosek o zbadanie przez biegłych psychiatrów, którzy mieli orzec, czy w chwili popełnienia czynu była poczytalna i czy pozostawienie jej na wolności zagraża porządkowi prawnemu. Ci dwukrotnie orzekli, że Renatę R. należy skierować na sześć tygodni do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Nie pomogło pisanie skarg na prokurator Ducką do jej przełożonego. Prokuratura postanowiła umorzyć śledztwo w sprawie Renaty dopiero po interwencji Fundacji i kilku posłów. „Decyzja ta mogłaby zostać przyjęta z uznaniem w normalnych okolicznościach, kiedy przykładowo nagle okazało się, że zarzuty są bezpodstawne. Niestety, w sprawie Renaty R. decyzja o umorzeniu wydawała się nie tyle wynikać z nagłego zrozumienia przez prokuratora istoty sprawy, lecz była raczej wynikiem skutecznego nadzoru służbowego” – napisał w liście do prokuratora krajowego prof. Andrzej Rzepliński.

 

Osoby, które bezprawnie zamknięto w zakładach psychiatrycznych, teoretycznie mogą domagać się odszkodowań w trybie art. 77 Konstytucji RP. Zgodnie z nim każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaką wyrządził przez niezgodne z prawem działanie organ władzy publicznej. W praktyce jednak do takich procesów dochodzi rzadko, a zasądzane odszkodowania są niewielkie.

 

Mój kolega gimnazjalny B. Kusiak w latach 60 w trakcie procesu rozwodowego został umieszczony w krakowskim Kobierzynie, gdzie popełnił samobójstwo w trakcie „leczenia”. Jak przekazał mi nasz kolega, lekarz psychiatra Kusiak był „leczony” wstrząsami insulinowymi, farmakoterapią, apomorfiną. Na wspomniane wstrząsy był codziennie przewożony do krakowskiej Kliniki Psychiatrycznej przy ul. Kopernika, w której kierownikiem był prof. Eugeniusz Brzezicki. Utracił pamięć i cierpiał codziennie przez zawijanie go w mokre płótno żaglowe, po samą szyję w wyniku tego zabiegu poza bólem nie do zniesienia dusił się kilka godzin dziennie.

 

Kolejną znaną mi ofiarą polskiej psychiatrii był znakomity polski  architekt Wiesław Zgrzebnicki „Zgrześ”, twórca m.in. „Mostu Dębnickiego”, rysownik, felietonista – który do krakowskiego Kobierzyna dostał się „dzięki” donosowi „Brunona Miecugowa” ojca Grzegorza Miecugowa za postawę patriotyczną „Zgrzesia” zarzucającemu Miecugowowi podpisanie rezolucji 53 o której poniżej Indywiduum Bruno Miecugow  wspólnie z Wisławą Szymborską i Sławomirem Mrożkiem byli sygnatariuszami listu 53 krakowskich literatów potępiających księży w t.zw procesie „Kurii krakowskiej”, którzy zostali skazani na karę śmierci. Oto tekst rezolucji i sygnatariusze:

 

„W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich powiązanych z krakowską Kurią Metropolitarną. My zebrani w dniu 8 lutego 1953 r. członkowie krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich wyrażamy bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływ na część młodzieży skupionej w KSM działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali - za amerykańskie pieniądze - szpiegostwo i dywersję.

 

Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne.

 

Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu - dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej”.

 

Podpisano: Karol Bunsch, Jan Błoński, Władysław Dobrowolski, Kornel Filipowicz, Andrzej Kijowski, Jalu Kurek, Władysław Machejek, W. Maciąg, Sławomir Mrożek, Tadeusz Nowak, Julian Przyboś, Tadeusz Śliwiak, Maciej Słomczyński (Joe Alex), Wisława Szymborska, Olgierd Terlecki, H. Vogler, Adam Włodek, K. Barnaś, Wł. Błachut, J. Bober, Wł. Bodnicki, A. Brosz, B. Brzeziński, B. M. Długoszewski, Ludwik Flaszen, J. A. Frasik, Z. Groń, Leszek Herdegen, B. Husarski, J. Janowski, J. Jaźwiec, R. Kłyś, W. Krzemiński, J. Kurczab, T. Kwiatkowski, Jerzy Lowell, J. Łabuz, Henryk Markiewicz, Bruno Miecugow, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, Stefan Otwinowski, A. Polewka, Marian Promiński, E. Rączkowski, E. Sicińska, St. Skoneczny, Anna Świrszczyńska, Karol Szpalski, Jan Wiktor, Jerzy Zagórski, Marian Załucki, Witold Zechenter, A. Zuzmierowski, etc

 

 

Sławomir Mrożek był precezyjnieszy od pozostałych sygnatariuszy, wyszedł oto przed „orkiestrę” i powiedział:

 

„„Nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, tym bardziej będą się opodabniać do SS–manów, do „ rycerzy płonącego krzyża „ – Ku-Klux-Klanu, do brunatnych i czarnych koszul – występując w tym samym co SS-mani , krzyżowcy, koszule i inni falangiści interesie.”

 

                                                                                  Aleksander Ssumński