foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

 

                ALEKSANDER SZUMAŃSKI

       KORESPONDENCJA  Z POLKĄ Z FIGURAMI,

GRANĄ, TAŃCZONĄ, ŚPIWANĄ, SZCZYPANĄ I MACANĄ

 

             SPECJALNIE DLA KRESOWEGO SERWISU

                           INFORMACYJNEGO

           OPRACOWAŁ ALEKSANDER  SZUMAŃSKI 

 

 

POLKA Z FIGURAMI ZE SZCZYPANIUM I MACANIM

 

 

„…tańczu polki z figurami,
husia, siusia, husia, siusia,
knaju pary, za parami,
husia, siusia, husia, sia,
aligancku i zy szykim,
husia, siusia, husia, siusia,

przeplatajunc wrzaskim, krzykim,
husia, siusia, husia, sia,
i du siebi i ud siebi,
wszysku skaczy jakby w niebi
ze szczypanium i macanim,
hula polka husia, siusia…

…trarara Antyk na harmonii gra,
trarara on przybirać klawo zna,
trarara, baw si, braci, póki czas,
skoro dzisiaj na zabawu prostu do nas wlaz.”



My wcali nie byli chirni jak si rozpoczął ten  Ogólnopolski Festiwal Piosenki  Lwowskiej i Bałaku Lwowskiego Kraków 2011, a jak powim gdzie si to zjawisku odbyło, to mózg stai i nie tylko.

Ta to w kamienicy nr 1 przy ul. Szczepańskiej w Krakowie „Pod Gruszką” w Klubie Dziennikarzy, w sali „Fontany”. Kamienica ta była w wieku XIV własnością rodziny Morsztynów. W roku 1386 Jadwiga  Królowa Polski miała tu ponoć odwiedzać swego ukochanego, księcia austriackiego Wilhelma Habsburga, z którym nie mogła się związać, ze względu na ślub z Jagiełłą, ale to taka prawda, jak w kuszyku mojej cioci - drybci na Pohulance ćmaga.

 

Wewnątrz kamienicy zachowane zostały gotyckie wnętrza. Najbardziej znanym pomieszczeniem jest „Sala Fontanowska”. Jej nazwa pochodzi od XVII-wiecznego artysty – Baltazara Fontany. Ozdobił on wspomnianą salę stiukami na polecenie jednego z właścicieli – chorążego Andrzeja Żydowskiego, od którego zapewne powstał szmonces, / gwara lwowska, żydowska / ja tak myśli. W jednej części można zauważyć gotyckie sklepienie żebrowe pod dekoracją stiukową.

Na ścianach znajdują się XVIII-wieczne holenderskie kafelki. Te zabytkowe wnętrza są więc uznawane za jedne z piękniejszych wnętrz świeckich w Europie.

 

Na parterze kamienicy znajduje się apteka "Pod złotym Tygrysem", tak piszą, a tu figa z makim, z pasternakim, apteki ni ma, bo ją wygryźli najtańsze w Europi pudatki, jak przyrzek pan premier.

 

Obok nij zachował się XVI-wieczny renesansowy portal (obecnie będący witryną kwiaciarni). Ta jaki kwiaty! Ta daj Pani Boży zdrowi tym kwiaciarkom krakowskim!

 

Na pierwszym piętrze znajduje się obecnie „Klub Dziennikarzy”, oraz restauracja "Pod Gruszką". Można tam dostać dobrą  ćmage,  ali nie widziałem chirnych, same szac galanty siedzą.

 

 
A ulica Szczepańska – ulica w Krakowie prowadząca od Rynku Głównego na północny zachód, w kierunku placu Szczepańskiego i Plant.
Przy ul. Szczepańskiej znajduje się m.in. Kamienica nr 2 „Pałac Pod Krzysztofory”.
 
„Pałac Pod Krzysztofory" jest jednym z najznakomitszych i najokazalszych krakowskich miejskich pałaców. Na przestrzeni wieków pałac gościł wiele znakomitych osobistości, m.in: królów Jana Kazimierza, Michała Korybuta Wiśniowieckiego, oraz Stanisława Augusta Poniatowskiego, a także księcia Józefa Poniatowskiego, który przebywał tu w roku 1809.

Nazwa pałacu pochodzi od patrona średniowiecznej kamienicy, która niegdyś znajdowała się w tym miejscu – św. Krzysztofa.
 
W przeciągu wieków kamienica ta zmieniała swoich właścicieli: w XIV wieku była własnością rodu Spycymirów, a w XV wieku przeszła w ręce rodziny Morsztynów wpływowej rodziny kupieckiej, której własnością była również kamienica "Pod Gruszką".
 
W drugim kwartale XVII wieku, z inicjatywy marszałka nadwornego koronnego Adama Kazanowskiego, rozpoczęto prace budowlane na tym obszarze. Połączono gotyckie kamienice usytuowane na rogu Rynku Głównego i ulicy Szczepańskiej.

W latach 1682-1684 na zlecenie ówczesnego właściciela, Wawrzyńca Jana Wodzickiego, dokonano zasadniczej przebudowy budynku. Pracami kierował słynny  architekt , Jakub Solari.

I w takim otoczeniu, przy takiej ulicy, w takiej sali, i takiego projektanta dziele,  tańczono  lwowską” poleczkę, „husia - siusia”, której fragment batiarskiego tekstu przytaczam.

Na koncercie obecny był sam maestro  Julian Tuwim, który przywitał publiczność „Kwiatami polskimi”:                

 

„Któż wtedy wiedział, że daleką
Stanie się Kraków świętą Mekką,
A góra Giewont – Siódmą Górą,
A rzeka Wisła – Siódmą Rzeką?

My contry is my home. Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziele
Dom polski przypadł. To – ojczyzna,
A inne kraje są hotele”.


Julianowi Tuwimowi odpowiedziano:

Leopolis semper Fidelis
We Lwowie muzy śpiewały zawsze.


A niżej podpisany stwierdził:

„Dwa miasta otrzymałem w darze,
A które piękniejsze?
Czy Lwów Katedrą marzeń,
Czy Groby Królewskie”.


Ale po kolei, gdy zespół muzyczny rozpoczął koncert, to natychmiast pomyślałem o Jerzym Połomskim, ale właściwie o „Big Cycu” z którym pan Jerzy wylansował piosenkę „Cała sala śpiewa z nami”. Dlaczego?
 
Z tej prostej przyczyny, iż cała sala, około 100 osób śpiewała  „Tylko we Lwowie”. A więc na samym otwarciu koncertu pojawili się Tońcio i Szczepcio ze swoim nieodłącznym „kawałkiem” z filmu „Włóczęgi” do tekstu Emanula  Szlechtera i muzyki Henryka Warsa. Śpiewająca sala nie zamierzała przestać śpiewać, ale dopiero, gdy na estradzie pojawiła się Pani Grażyna Potoczek  prezentująca wykonawców koncertu, zaległa cisza. 
 

 

Kto ze 100 znanych  osób tworzył widownię?

Nie zawiodła mnie moja muza, piękna lwowianka Alusia, twierdząca z błyskiem w oczach, że jest moją ślubną i nie myląca się. Ilekroć piszę o mojej małżonce, to przypominam sobie przykazanie mojej tak pięknej, co mądrej Mamy, oczywiście również lwowianki:

 

„…pamiętaj, gdy będziesz wybierał żonę, to niech to będzie lwowianka, ale najlepiej, aby to była Żydówka ze Lwowa…”.

 

Taką opinię mieli również bohaterowie „Wesołej Lwowskiej Fali” Aprikozenkranc i Untenbaum, obecni na widowni, jak zwykle w czasie naszych koncertów lwowskich .

 

Z satysfakcją zawsze odnotowuję obecność Wiktora Budzyńskiego, twórcę tej wspaniałej audycji radiowej, jak i Lopka Krukowskiego, który wszak nie urodził się we Lwowie, ale jak mówił szmonces, to był sam cymes . Cały zespół  „Wesołej Lwowskiej Fali” pojawił się na koncercie  oczywiście jak zwykle, a Jerzy Janicki zadedykował publiczności swoją najnowszą książkę „Cały Lwów na mój głów”.

 

I jak  zwykle najbardziej się cieszę z obecności Włady Majewskiej, która tym razem nie zaśpiewała, ponieważ postanowiła oddać głos młodszym artystkom, jak się wyraziła. I miała zaśpiewać Wiktoria Zawistowska wchodząca w skład zespołu muzycznego. Miała. Ale nie zaśpiewała, myśląc, że Pani Włada zaśpiewa i tak powstał z mojej winy cały galimatias, a ja kacap i durny pacan nie wyjaśniłem tego w garderobie.

Kogo nie było?

Nie przyjechały Panie;  prezes „Radia Lwów” Teresa Pakosz i redaktor naczelna tego radia Ania Gordijewska. Ale są usprawiedliwione, ponieważ od kilku tygodni nie wykonują nic innego, tylko układają cykl audycji o mojej poezji. Jeszcze podobno tak szybko nie skończą. Nie było również mojej szefowej Pani Bożeny Rafalskiej, redaktor naczelnej „Lwowskich Spotkań”, której logo przyjęła dzisiejsza odsłona festiwalu. Zatelefonowała do mnie i powiedziała:

 „Alek nie przyjadę, bo muszę składać teksty o twojej poezji”. I jak tu nie usprawiedliwić ich nieobecności?

 

 

 

 

 

 

 

Nie było również Adama Żurawskiego i Ryszarda Mosingiewicza współczesnych konkurentów Szczepcia i Tońcia, którzy usiłowali wygrać dialogi kinderskie z oryginałami Tońciem i Szczepciem, w końcu przyjechały oryginały, oczywiście z Wiktorem Budzyńskim prosto ze Lwowa.

Gdy zapytałem redaktora Zbigniewa Ringera, autora licznych reklam prasowych naszego koncertu, czy zadowolony jest z frekwencji, pękającej w szwach sali „Fontany”, odpowiedział: „…iż tylko wariat mógł zrezygnować”.

 

Faktycznie nie zauważyłem czołowych lwowskich „myszygine kiepełe”, o których opowiadał „cały Lwów”:

„LOLO WARIAT” - nostalgiczny , niechlujny osobnik, jednakowo "wywatowany" w zimie i w lecie, wyglądem wzbudzający ogólną sensację.

„WARSZAWA – WAWA”
- gentelman w batiarskim kaszkiecie - proponujący napotkanym przechodniom podróż do Warszawy. Bez względu na decyzję "ruszał" truchtem naśladując lokomotywę parową - "warszawa wawa, warszawa wawa" - powtarzał rytmicznie.

Dzieci oczywiście za nim biegały, a jakże, łącznie ze mną i z Adamem Macedońskim, dzisiaj Kustoszem Pamięci Narodowej, współtwórcą krakowskiego słynnego "Przekroju".

„PROFESOR JEGIER” – od rana do wieczora stał niezmiennie u wylotu bramy przy ul. Legionów, w kamienicy, w której mieszkałem, w zapomnianym już dzisiaj pasażu Hellera. Wykrzywiał śmiesznie usta wołając: profesor Jegier, profesor Jegier, reklamując kalesony jegierowskie, równocześnie rozciągając rzekomo elastyczne nogawki śnieżno białych kalesonów. Ten akurat chyba nie był stuknięty, interes mu szedł jak się patrzy. Trwał do września 1939 roku.

„ŁUCYK” - uzdrowiciel szarlatan ubrany w długą szatę przystrojoną mosiężnymi gwiazdami i kołami, z wężem grzechotnikiem w zarękawku. Sprzedawał pigułki na wszystko, własnego wyrobu.

„BARONEK” - zubożały baron, hulaka, trochę pomylony, żyjący z jałmużny. Wystawał pod hotelem George'a i przemawiał po francusku. Podobno językiem literackim.

„DOKTOR” - stojący zawsze na placu Gołuchowskich, przemawiający do siebie po żydowsku i niemiecku.


 

 

„PROFESOR” lub „FILOZOF” - poeta, piszący na zamówienie okolicznościowe wiersze, stał z książką w ręku, zwykle na ul. Wałowej i deklamował łacińskie wiersze, lub młodzieży szkolnej odrabiał zadania z łaciny .

„DURNY IGNAŚ” - grywał na skrzypkach pod murem kamienicy na rogu ul. Kurkowej i Czarnieckiego. Zaczepiany przez batiarów okrzykiem: "Ignaś Zośka cię nie kocha". Wołał za nimi w złości: "Idź ty beńkart magistracki!". Wykrzyknik ten stał się popularnym, potocznym zwrotem lwowian, wyrażającym zniecierpliwienie .

„BEN HUR” - albo „BUGAJ” - na poły oryginał , na poły pomyleniec, który wyśpiewywał w kółko: „buwajty  zdorowa,  moja  zołoteńka".


„DODIO” - dziwak, emeryt z górnego Łyczakowa, chodził w czarnej kapocie z pasją zdzierał afisze z murów, którymi wypychał kieszenie.

„ALTESZIKER ” / stary pijak / - Żyd, szewc i pijak, tańczący po ulicach.

„DURNY JASIU” - syn przekupki z rynku. Śmiano się z jego powiedzonek: "ni kupujci  barszczu u moij mamy, bo si tam szczur utopił".

"ŚLEPA MIŃCIU" - siadywała na składanym stołeczku na Wałach Hetmańskich pod pomnikiem Sobieskiego przygrywała na harmonii i śpiewała ówczesne szlagiery np. "Śliczny gwóździki", "Pienkny  tulipani". Zaczepiana przez uliczników wołała za nimi: "ty miglanc”!

Wszystkich tych oryginałów, dziwaków i pomyleńców lwowska ulica obejmowała nazwą "świrk" . Wyraz " świrk " był neologizmem lwowskim oznaczającym chorego umysłowo, wariata, pomyleńca - wywodzącym się podobno od zachowania pewnego symulanta, który chcąc się wykręcić od służby w wojsku austriackim udawał wariata ćwierkając jak świerszcz "świrk , świrk". Od "świrka" pochodzą inne popularne we Lwowie wyrazy: świrkowaty - głupkowaty, pomylony, ześwirkować - zachowywać się jak świrk, t.j. wariat, lub po prostu świr.

Nie było również Wojtka Habeli i Franka Makucha niejednokrotnie prezentujących estradowo tych „świrkowatych”,z  przyczyny prozaicznej, obaj artyści mieli występy.  Franciszek śpiewał w programie operetki, a Wojtek miał występ w teatrze.

I tak nam niestety wypadł szmonces z programu. Gdy zapytałem Wojtka co zrobimy  w zamian, wówczas  doradził: ” Alek opowiedz  fajne szlagiery szmoncesowe”:


- Icek, powiedz mucha,
ny mucha,
Icuniu, powiedz mucha,
ny, mucha,
Icek ty powiedz samo mucha,
mucha, ny,

 

albo:

 

- telefon do Mariana Spychalskiego marszałka Polski:

- „czy można prosić Mońka Spychalskiego do telefonu?

 - Tutaj nie mieszka żaden Moniek Spychalski, tutaj mieszka marszałek Polski Marian Spychalski.

Za chwilę następny telefon:

Czy można prosić do telefonu marszałka Polski Mariana Spychalskiego?

Odpowiedź:

Proszę uprzejmie; Moniek telefon do ciebie”!


lub jak Szyjka przechytrzył rabina:

 

Szyjka purknął na lekcji,

Nauczyciel rabin wyrzuca go z klasy

Szyjka pęka ze śmiechu

Nu, z czego ty śmiejesz Szyjka? Pyta rabin.

Bo rebe będzie teraz wąchał moje smrody,

a ja pójdę na spacer.

 

także:

Icuniu, zjedz ciasteczko,
nie chce mi się,
Icuniu, ty zjedz czekoladkę,
nie chce mi się,
Icuniu, ty zjedz jabłuszko, mamunia bardzo prosi,
nie chce mi się,
to co ty chcesz Icuniu?
Żeby ciocię Rózię szlag trafił.



Jak ja wrócił do chałupy wieczór po śpiwaniu, oczywiście  już chirny, to się rozdzwoniły telefony, jak w kuczki, czy też po kuczkach,  a to stacjonarny, a to mój komórkowy, a to komórkowy mojej żony, od oficjalnych mediów i władz naczelnych Państwa i Krakowa z gratulacjami i równocześnie z przeprosinami, iż nie mogli przybyć na koncert lwowski, ponieważ przepisy Unii Europejskiej tego nie zezwalają.


Jeden super szpic galanty nawet powiedział: „ty nie bądź taki awojler jing” / odważny chłopaczek /.

Powoływali się wszyscy po kolei na tak zwany „paragraf rozsądku”, czyli zwykłe brechnie, który  nie zezwala na śpiewanie  batiarskich, czy kinderskich piosenek niepoprawnym politycznie, nawet po kuczkach, członkom Unii Europejskiej.

Miałem nawet telefony gratulacyjne z Brukseli, ale nie powoływali się na żaden bajer, jedynie na kinderską  piosenkę, która ich zdaniem jest nie obyczajowa. To ja se „ftedy” rąbnął pół metra chiry i  już byłem z powrotem lordem, tylko  powiedziałem żonie: aus z nami.

Pocieszyła mnie małżonka mówiąc: „ ty ich bajtluj, że ci bebechy z żalu popenkaju,  gdy nie będzie lwowskich festiwali i rób swoje, śpiwaj swoje, deklamuj swoje i rób za absztyfikanta, czy chabala wszystkich dziuń , możesz nawet  powozić dziunie i ciumać się z nimi na oczach całej Unii Europejskiej, samego Barosso, czy ober cfaniaka Buzka i nawet samego prezydenta, masz moje zezwolenie, ale tylko na klawe dziunie  , a gdy ci powiedzą, że są aus festiwali, i z dziuniami i potyrczami też fertig,  to powiedz, że to chyba jakiś chatrak - hołodryga, czy czerepacha  ich informował i bądź blat i mogą cię całować w kinol, bajrysz, bratrure na durch i nie tylko”.


Posłuchał ja żony i dzisiaj gdy zadzwonił jakiś bałaguła galanty z magistratu i pytał czy to prawda, że jakiś festiwal się odbędzie w Warszawie, to żona mi wyrwała słuchawkę i powiedziała: „panie galanty od tego się pan , bo my z mężem teraz gramy w cymbergaja i ja się odgrywam, nie mam czasu i fertig”.

I zrobiła się w magistracie po tym telefonie cała hałaburda, aż bebechi z bandziocha wyłaziły, o batiarski i kinderski bałak  u nas w domu, bo to nie był telefon od jakiegoś zwyczajnego galantego, tylko zwykły czerepacha, czy hołodryga dzwonił. A festiwal się w Warszawie odbędzie jeszcze w lipcu 2011 i bedzie śpiwać Włada Majewska i mogą w ”Wybiórczej”, czy w innym   telewizorze pocałować kwargiel,  pindę, lub potyrcze.  

Ale co było dalej w sali „Fontany”?  Swoje wiersze czytała lwowianka Danuśka Jasińska-Mróz, z samej Pohulanki przyjechała, klawa binia. Publiczności bardzo podobały się wiersze miłosne Danuśki, bo i publiczność była miłosna:


 

 

 

 

 

„Co to jest miłość”

„Serce moje pytam Cię,
Co to miłość nad życie?
Dwie dusze, a jedna myśl
Dwa serca, a jedno bicie”.


Danuśka sama wzruszona,  od wzruszonej publiczności dostała kwiaty, ode mnie buziaki, a co? Może  nie wolno? Z kim ta to ja  si mam ciumać? Z magistratem? Po breżniewowsku z samym  rezydentem, co robi za prezydenta? Brr!

 

Stefan Czyż śpiwał  i ciuchrał na fleci, klarneci, harmoszce i innych klawych specyfindrach muzykalnych, jak na habala Danuśki przystało , ze swoim zespołem  muzycznym, nie tylko wybrane piękności lwowskie renomowanych autorów jak Marian Hemar, czy też Emenuel  Szlechter i Henryk Wars, ale również i te najpiękniejsze anonimowe, uliczne.

 

Jak pan Stefan zaśpiwał „…na ulicy Kupernika tańczy panna bez bucika…”, to cała sala, jeszcze bezhirna śpiwała. Razem z nim. Widowisko było teraz jak makagigi – specyjał od Ślepej Mińci na Wałach Hetmańskich kupione.

A oto ciąg dalszy tekstu otwarcia koncertu:

„… tańczy mały, tańczy wielki,
husia, siusia, husia, siusia,
je salcesun, so syrdelki,
husia, siusia, husia, sia,
wszystku si uwija żwawu
i wywija w lewu w prawu,
Felek aranżuje klawu
naszy polki husia, siusia
trarara….

Gdy muzyczka gra wesołu,
husia, siusia, husia, siusia,
wszysku tańczy, skaczy wkołu,
husia, siusia, husia, sia,
Felik Mańki wzioł pud boki,
Husia, siusia, husia, siusia,
aligancku stawia kroki
husia, siusia, husia, sia,
Naprzód w lewu, potym w prawu,
tak wywija z Mańku żwawu,
z obracanim, potruncanim,
przy ty polcy husia, siusia,
trarara”…

A ja sam w ancugu nowym jak si wkatulałem na estrady i ta to na bezhirno, to mnie żadna dziunia nie mogła ściągnąć, bo nie chciałem zejść, tak mi było fajni.

Na zakończeni to ta to mi nawyt Pani dr Lucyna Kulińska ciumnęła w obydwa policzki, a jej mąż powiedział: „panie spec, nawet nie widać jak pan bałaka, że pan taki belbas  i wręczył mi dwa chabazie, dla mnie i dla mojej żonki, a pozdrowienia dla całej naszej hebry przesłał Pan dyrektor Janusz Paluch redaktor „Cracovia Leopolis”, o czym powiadamiam bardzo serdecznie Państwa obsługując to całe widowisko i nie tylko.
                                       
                                                          Aleksander Szumański ze Lwowa

                                                                tymczasowo w Krakowie,

                                                 Chicago, Toronto, Johannesburgu i gdzie nas

                                                                       nie ma i nie tylko.




Oto podręczny słowniczek bałakania:

absztyfikant – adorator
awojler jing / szmonces / - odważny chłopaczek
bałak – gwara lwowska
bebechi – wnętrzności
bandzioch - brzuch
blatować - łagodzić - rozmowa, gadka
na bezhirno – na trzeźwo
habal – adorator
ciumać się – całować się
cymbergaj - gra
ćmaga - wódka
chatrak - konfident
chirus - pijak
czerepacha – mętny typ
dziunia klawa - ładna dziewczyna
powozić dziunię - reszta jest milczeniem
galanty - elegancki
hebra – zbieranina
chirny – pijany
chira - wódka
hajda - wynocha
handełes - handlarz
hołodryga - oberwaniec
jadaczka - gęba
juszka - rzadka zupa
jucha z kinola - krew z nosa
kacap – głupiec
kinol – nos
kwargiel - ser
kuczki – żydowskie święto
pacan - głupiec
pedały - nogi
pinda - niedorosła dziewczyna
potyrcze - pomietło
szantrapa - niechlujna kobieta
ścierka - ladacznica
śledź - krawat
myszygine kiepełe – zwariowana głowa
myszygine – wariat

 

UWAGA – TEKST PISANY W KWIETNIU 2011 PRZED ŚMIERCIĄ Pani Włady Majewskiej. Ukończyła 100 lat !!!


 

 

 
     

 

 

 

 

 

 

 

 

    ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

 

 

 

 

POLSKA ŻYJE

 

Ostatni bastion polskości to namiot Solidarnych 2010. Tylko to nam pozostało i aż tyle. Dodaje nam ducha niezmordowana Ewa Stankiewicz i pozostali, często anonimowi Polacy, utrzymujący ten skrawek  ojczyzny na stopach.

 

Powstają bastiony następne, jest już Lublin, niedługo będzie Kraków. Zachęcam do powstania namiotu w Nowym Sączu, przy pomniku armii sowieckiej, sowieckim łuku tryumfalnym w Nowym Sączu.

Nie powstał  Goralenvolk, nie będzie agentury sowieckiej w wolnej i suwerennej Polsce. Nie będzie nam nikt pluł w twarz, Polska powstała by żyć. Niejednokrotnie ginęła, ale „nigdy nie zginęła, póki my żyjemy”.

 

Na chodniku już nie wolno opierać części stelaża.

 

Pod namiotem spotykamy się z wielkimi Polakami, którzy swoją osobowością dodają nam wiary w polskość.

 

Pod namiotem Solidarnych 2010 w Warszawie był również Jan Pietrzak, postać symboliczna – twórca pieśni narodowej „Żeby Polska była Polską”.

 

Pod namiotem Solidarnych 2010 powstaje protest przeciwko takim ludziom, którzy uważają wolną Polskę za nienormalność, a polskość dla nich jest mitem. Solidarni protestują przeciwko hasłom  „Patriotyzm jest rasizmem”.

 

Dominuje przemoc. Potężne siły „opiekuńcze”  raz po raz pacyfikują wolną Polskę, znikają kolejne namioty i hasła wolności umieszczone na transparentach. Takie „parada wolności”, to już nie sztuka dla sztuki i ochrona nieistniejącego już w Polsce prawa, ale strach, śmiertelny strach przed utratą władzy. Strach tym większy, im bliżej października 2011. Strach mający pokraczne odbicie w niezawisłych sądach, strach legitymujący się skazującymi wyrokami dla stwierdzeń, że Bolek jest Bolkiem, a Agora nie reprezentuje polskości, strach przed witrynami internetowymi pokazującymi śmieszność do płaczu „bohaterów” i ich podległych służb, strach przed najsilniejszą partią opozycyjną wyrażany decyzjami niezawisłego sądu o oddaniu jej prezesa do dyspozycji biegłych psychiatrów, co nie znajduje zastosowania w polskim prawie cywilnym, a rozpowszechnianie takiej wiedzy jest przestępstwem /”Sądy badają zdrowie psychiczne podsądnych” Marek Domagalski „RZ” 25 – 26 czerwca 2011 /.

 

 

 

 

 

Tadeusz Pietryga / „RZ” 24 czerwca 2011 / pyta w „Sądzie bardzo nieroztropnym”: „ Temida na wybory. Jakie będą skutki takiej decyzji sądu? Na pewno nie przyczyni się ona do wzrostu zaufania wobec wymiaru sprawiedliwości wobec sporej części opinii publicznej. Zakładając, że na opinie biegłych czeka się co najmniej kilka miesięcy, ze skutkami postanowienia sądu będziemy mieli do czynienia tuż przed wyborami. Co oznacza, że Temida znajdzie się w centrum politycznego sporu i będzie działała pod wpływem silnej presji zewnętrznej”. 

 

Katyń 2010, a Polska w symbiozie z Rosją. Z tą Rosją, która już wielokrotnie zapisała się kartami NKWD i innymi służbami w mordy Polaków. Raz po raz odkrywa się nowe miejsca zbrodni sowieckich, nowe okrucieństwa dokonywane już po Katyniu 1940, zwane przez historyków Katyń bis, a rządzący jakby nigdy nic powierzają Rosji śledztwo Tragedii Narodowej obierając na przewodniczącego komisji śledczej polakożercę Putina.

 

W lipcu 2009 roku w czasie trwania XV Kongresu Kresowian na Jasnej Górze pod patronatem prof. Lecha Kaczyńskiego – Prezydenta Rzeczypospolitej padło z jego ust,  jako jedynego z polskiego establishmentu: „ludobójstwo kresowian na Wołyniu”. I Sejm RP w ten sposób zmuszony został do podjęcia uchwały o „mordach na Wołyniu stanowiących znamiona ludobójstwa” – co oczywiście nie utożsamia się z ludobójstwem.

 

Poprawność polityczna rządzących jest zdumiewająca i poniżająca. Schetyna – marszałek Sejmu RP swoim „autorytetem marszałkowym” wykreślą uchwałę o ustanowieniu 11 lipca „Dniem Męczeństwa” Polaków pomordowanych w „Rzezi Wołyńskiej” i w Małopolsce Wschodniej. Pomordowano wówczas ok. 200 tysięcy Polaków w sposób okrutny, zwierzęcy, wydłubując oczy, obcinając genitalia, obcinając nosy i języki, topiąc w studniach, krzyżując na drzwiach. „Śmierć Lachom” rozlega się do dzisiaj na każdym lwowskim rogu ulicy w różnych marszach i pochodach spadkobierców SS – Galizien i band morderców OUN – UPA. Bandera jest obywatelem honorowym państwa ukraińskiego, wznosi się mu pomniki, nazywa ulice i place imieniem tego mordercy, a krwawy zbój – odpowiedzialny za rzeź Polaków Roman Szuszkiewicz / „Czuprynka” / jest bohaterem Ukrainy, wznosi się w pochodach okrzyki na jego cześć, rzeźbi reliefy żeliwne z jego morderczymi myślami / elewacja szkoły im. św. Marii Magdaleny we Lwowie /.

 

W odpowiedzi, poniżającej nasz naród, naszą godność i pamięć o bestialsko pomordowanych Polakach, Polska zaprasza zbirów banderowskich do Krakowa na mecz piłki nożnej z radnymi PO, a potem prezydent Krakowa wystawia dla tych bandziorów uroczysty bankiet z udziałem radnych PO. A ukraiński nacjonalizm pluje nam w twarz z radością śpiewając „smert Lachom” w polskim przecież Lwowie.

 

Te bezprzykładne zachowania polityczne rządzących w panicznym strachu przed partią opozycyjną i patriotyczna częścią społeczeństwa tworzą już analogię historyczną.

 

Podobne siły, „poprawne politycznie” istniały też skierowane przeciwko Józefowi Piłsudskiemu. Jego wyznanie złożone na Zjeździe Legionistów w 1922 roku:

 

„…kiedym w dniu 6 sierpnia mówił do generała Sosnkowskiego, że czeka nas śmierć, lub wielka sława, bardziej w tę śmierć, niż w sławę wierzyłem…gdym wyprowadził was z murów nieufnego w wasze siły Krakowa, gdym wchodził z wami do miast i miasteczek Królestwa, widziałem zawsze przed sobą widmo uśpione, powstające z grobów ojców i dziadów – widmo żołnierza bez ojczyzny. Czy takimi zostaniemy w historii, czy po nas pozostawimy jedynie …krótki płacz kobiecy i długie rodaków rozmowy, pokaże przyszłość”.  

 

 

Słowa Piłsudskiego były pełne goryczy, wszak żołnierze ci nie mieli wsparcia w świecie, również  we własnym narodzie, podczas gdy Polska od przeszło stu lat była wykreślona z karty Europy. Do czynu Piłsudski w swym Czynie nie miał pełnego wsparcia narodowego, a w pewnych przypadkach nawet zachodziło potępienie tego Czynu, manifestującego się jałowymi sporami „orientacyjnymi” w tej dziejowej chwili.

 

Żołnierze legionowi wyruszali w swe boje źle wyekwipowani, źle uzbrojeni, bez karabinów maszynowych, z przestarzałymi armatkami z dymnym prochem i tak wyekwipowani szli walczyć o niepodległość ojczyzny, będąc awangardą narodu, awangarda moralną, aby czynem wojennym budzić Polskę do Zmartwychwstania.

 

Na ziemiach polskich panoszyła się jeszcze okupacja niemiecka i kraj zalany był obcym żołdactwem, od wschodu zagrażała nam bolszewicka zawierucha, w Małopolsce Wschodniej palił się pożar wojny ukraińskiej, a bohaterski „zawsze wierny” Lwów krwawił w rozpaczliwej walce o swą polskość i przynależność do Macierzy. Polska była wówczas w listopadzie 1918 roku jednym wielkim kłębowiskiem wzburzonych namiętności politycznych i społecznych. Najskrajniejszy radykalizm i najbezwzględniejsza demagogia walczyły ze sobą o palmę pierwszeństwa w wysuwaniu najjaskrawszych haseł i programów odbudowy Polski na nowych podstawach. Mnożyli się i tacy, którzy za najważniejsze zadanie w tej dziejowej chwili uważali zawieszenie czerwonego sztandaru na Zamku Królewskim, ale byli również i tacy którym marzyło się zdjęcie korony z Orła Białego. Taka była ówczesna „władza”. A gdy działo się to wszystko pędził do Warszawy Józef Piłsudski,  zaświtał w Warszawie 11 listopada 1918 roku, aby dać Polsce Niepodległość.

 

Nie przeszkodziło to wrogom politycznym i osobistym Piłsudskiego w działaniach. I tak dla przykładu po Bitwie Warszawskiej na dziedzińcu pałacu Krasińskich w Warszawie  ustawiono parę tuzinów kobiet z arystokracji, a gdy pojawił się generał Weygand, na dany znak przez reżyserów smutnej komedii zgromadzone kobiety padły na kolana i całowały ręce „zwycięzcy” w Bitwie Warszawskiej, a równocześnie przemawiał jeden z dygnitarzy kościelnych piętnując Piłsudskiego jako „podłego tchórza i zdrajcę”.

 

Legenda o viktorii Weyganda w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku stanowi doskonały przykład zasady, że w historii mniej ważne od tego, co się rzeczywiście zdarzyło, jest to, w co ludzie wierzą, że się zdarzyło. Wersja ta jest wszak zgodna z uprzedzeniami mieszkańców Europy Zachodniej, którym zawsze miło usłyszeć o zwycięstwie aliantów. Od tamtych czasów, aż po dziś dzień akceptuje się ją poza Polską niemal powszechnie. Przez czterdzieści lat legenda była przyjmowana za dobrą monetę również w kręgach akademickich, aż kłamstwo zostało przygwożdżone.

 

Królowała nienawiść do Piłsudskiego i piłsudczyków. Kolportowano po Warszawie wiadomość „zdrady narodowej” marszałka Józefa Piłsudskiego, jakoby jego adiutant porozumiewał się z bolszewikami na drucie przeciągniętym z Belwederu do podziemi soboru na placu Saskim. Marszałek powiedział wówczas: „…naczelni wodzowie na całym świecie mają to do siebie, że ich szanują. Gdy z imieniem któregoś z  tych naczelnych wodzów związane są zwycięstwa, szanują ich w dwójnasób. Kiedy zaś zwycięstwa kończyły  się zwycięską wojną, szanowało ich w trójnasób. W Polsce jest inaczej…”  

 

Nienawiść zaś triumfowała. Do tego człowieka który w dniu 11 listopada 1918 roku uczynił Polskę Niepodległą po 123 latach zniewolenia.

 

 

 

 

 

Upodlenie swojej osoby tak scharakteryzował Józef Piłsudski w jednym ze swoich wystąpień:

 

…był jakiś cień który biegł obok mnie, czy na polu bitwy, czy w spokojnej pracy, cień ten ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoja brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba: rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, przekształcający moją myśl – ten potworny karzeł pełzał za mną, ubrany w chorągiewki różnych kolorów, to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wymyślający jakieś historie – ten karzeł był moim nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski… a plucie to chrzczono wysokimi słowami. Była to praca t. zw. narodowa i patriotyczna. A najsmutniejsze i najboleśniejsze w tym wszystkim , że przedmiotem i celem tej ohydnej w swych przejawach roboty był człowiek, który całym swoim dotychczasowym życiem zaświadczył , że żył i oddychał jedynie myślą o Polsce i jej wielkiej przyszłości, który tyle już dla tej Polski i jej pożytku zdziałał , nic w zamian od niej dla siebie nie żądając. Człowiek wreszcie, który jeden tylko , a wielki i świetlany ideał widział przed sobą, by odrodzona i do nowego życia Rzeczpospolita Polska stała się największą potęgą  nie tylko wojenną, lecz także kulturalną na całym Wschodzie” , a wierzył w ziszczenie tego ideału pod warunkiem, że z odrodzeniem politycznym Polski nastąpi odrodzenie duchowe i moralne narodu”.

 

Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na podstawie nowej konstytucji został Gabriel Narutowicz, który swoje przemówienie wyborcze zakończył: „…najzasłużeńszy obywatel Rzeczypospolitej, którą wskrzesił, zbudował i przed wrogiem obronił, Marszałek Piłsudski niech żyje”!

 

W dwa dni później prezydent Narutowicz już nie żył, skrytobójczo zamordowany, w tej atmosferze politycznej nie przebierającej w środkach walce politycznej. A tymczasem w dalszym ciągu cień biegł obok  Piłsudskiego, to wyprzedzał go, to zostawał w tyle. „Zaczęły się wówczas już bezpardonowe harce zaplutego, potwornego karła na krzywych nóżkach, wypluwającego swoją brudną duszę, a wraz z nią jakieś niesłychane historie.

 

W przeciągu pięciu lat prawie musiałem żyć w otoczeniu najrozmaitszych potwornych baśni, najrozmaitszych legend, najrozmaitszych, śmiesznych nawet opowiadań dotyczących mojej osoby” – mówił Piłsudski. Opowiadano i pisano w brukowej prasie: „…reprezentant narodu, wybrany przez naród – kradnie! Zbiera się komisja sejmowa, aby szukać skradzionych insygniów królewskich. Komisja sejmowa obradująca pod kierownictwem marszałka Sejmu, śledzi, bada, poszukuje skradzionych przez tego reprezentanta narodu skradzionych rzeczy!

Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Nie ma ! Idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na takie rzeczy się zdobyła…potworny karzeł wylęgły z bagien rodzinnych”.

 

Jaka potworna analogia kryje się między opluwaniem Pana Prezydenta Rzeczypospolitej prof. Lecha Kaczyńskiego, jego bohaterską śmiercią, a morderstwem Prezydenta Gabriela Narutowicza?

Analogia tchórzostwa politycznego przeciwników Piłsudskiego i Kaczyńskiego jest dla mnie oczywista.

 

Czy mordy Litwinienki i Politowskiej mają podobny podtekst co śmierć Marka Rosiaka? Czy ta śmierć jest jedynie ostrzeżeniem dla opozycji? Czy Marek Rosiak poległ przez pomyłkę w zamian Jarosława Kaczyńskiego? Na czym polega błazeństwo „Dziurawego Stefka”?

 

Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego nie kierowano jeszcze do psychuszki, jak uczyniono ten „przedsmak” Jarosławowi  Kaczyńskiemu, ani nie obwołano faszystą, bo było to jeszcze przed Shoah i krematoriami.

 

Gdy w maju 1935 roku postanowiono, że ciało zmarłego marszałka Piłsudskiego (zgodnie z jego życzeniem) spocznie na Wawelu, natychmiast pojawiły się głosy sprzeciwu. Protesty szybko nabrały rozmachu, przez Polskę przetoczył się "konflikt wawelski". Wiele osób uważało, że marszałek nie jest godzien tego, by pochować go obok królów. Ostatecznie jednak Piłsudski został w Krakowie.

 

Historia, jak widzimy, zatoczyła koło. Po ogłoszeniu, że dla Lecha Kaczyńskiego miejsce na Wawelu również musi się znaleźć, polskie społeczeństwo podzielił kolejny "konflikt wawelski". Zasadniczy argument również  ten sam: tragicznie zmarły prezydent nie zasłużył na to, by spocząć obok polskich monarchów.

 

  Tragicznie zmarły Prezydent Rzeczypospolitej prof. Lech Kaczyński podobnie jak Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski spoczął na Wawelu w Krypcie Srebrnych Dzwonów i stał się bohaterem  narodowym, strażnikiem i bohaterem pamięci narodowej, czy to się komuś podoba, czy nie; zginął na posterunku, wraz z powszechnie lubianą Małżonką, w otoczeniu generalicji, polityków, członków rodzin katyńskich, jadąc złożyć hołd w miejscu dla narodu polskiego świętym, dwa kroki od mogił pomordowanych rodaków, przy których znalazł śmierć. Katyń plus tragedia smoleńska to główne filary pamięci o Prezydencie Rzeczypospolitej prof. Lechu Kaczyńskim

 

Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski i Prezydent Rzeczypospolitej Polski prof. Lech Kaczyński z Małżonką Marią spoczywają obok siebie.

 

                                                                                              Aleksander Szumański

 

 

 

 

   ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

 

SPECJALNIE DLA „SOLIDARNI 2010”

PRAWA AUTORSKIE ZASTRZEŻONE           

 

 

ŁŻE FAKTY Z TATIANĄ ANODINĄ W TLE

 

Zbliżony tematycznie tekst ukazał się w maju 2010 r. na kilku stronach autorskich niżej podpisanego zatytułowany „Tatiana Anodina z prymitywnym kłamstwem w tle”. Został wydrukowany pod tym tytułem również w światowej prasie polonijnej m.in. w „Głosie Polskim” Toronto, jak i w „Kurierze „ Chicago”. Był pisany „na gorąco”, przecież Naród nie otrząsnął się jeszcze z tej Tragedii, słyszałem również takie głosy, że to mistyfikacja etc. Były naturalnie i inne opinie, pokutujące zresztą do dzisiaj- „… bo Kaczyński chciał spoczywać na Wawelu…”. Nie znane były wówczas esemesy redagowane przez Donalda Tuska natychmiast po katastrofie o winie prezydenta, zmuszającego pilotów do lądowania, potwierdzone wiele miesięcy później przez fałszywy raport MAK / 2011 R. /.

 

Nie był znany jeszcze wówczas ten niebywały „targowicki” serwilizm polskiego rządu, były podane wówczas jedynie zapewnienia o doskonałej współpracy z „ towarzyszami sowieckimi”. Rząd nie kwestionował i nie kwestionuje zaplombowania trumien, nie znany jeszcze był bestialski  fałsz Kopacz o kopaniu terenu przez polskie służby i obecności polskich patomorfologów w czasie sekcji zwłok osób poległych w zamachu. Rząd nie wytłumaczył do dzisiaj odmowy powołania komisji międzynarodowej, pomimo zebrania na tę okoliczność ponad 50 tysięcy podpisów m. in. przez prof. Jacka Trznadla.

 

Dlaczego premier został zaproszony na uroczystości, a prezydent nie? Dlaczego polecieli oddzielnie? Na te pytania nie padają  rzeczowe odpowiedzi.

 

Toczyły się wyolbrzymiane dyskusje rządu z oponentami, czy to był samolot wojskowy, czy cywilny, rządowy, czy prezydencki, czy kompromitujące rząd Tuska dywagacje czy gen. Błasik był pijany, czy miał tylko 0,1 promile alkoholu we krwi.

 

 Serwilistyczna prasa całymi kolumnami donosiła na co dzień o nowych „faktach”, wywołując tym samym zamieszanie w głowach odbiorców – z takim właśnie celem.

 

Monika Olejnik dla odwrócenia uwagi opinii publicznej od Katynia 2010 przeprowadzała wywiady nie związane z tą tematyką, a zagrażające autentycznej – nie rządowej przecież  polskiej racji stanu, w rodzaju wywiadów w programie „kropka nad i” z agentami SB, jak Józef Życiński – „Filozof” – czy Polacy to antysemici? Odpowiadał w tym programie „przedstawiciel” polskiego Kościoła – naturalnie, wszyscy Polacy są antysemitami.

 

 

 

 Bezpośrednio po Tragedii przeprowadzono zamach stanu, już szeroko opisany, wbrew zapisom Konstytucji, bez oficjalnego potwierdzenia śmierci prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego, bez aktu zgonu,  prezydentem ogłoszono pro sowieckiego Bronisława Komorowskiego, który natychmiast spenetrował przez podległe mu służby biura zmarłych m.in. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Janusza Kurtyki prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a „zdobyte” dokumenty zawłaszczył.

O śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego powiadomił telefonicznie Medwiediew, z tej samej  służby. To przyjął Komorowski za przesłankę prawną  i bez obowiązującego w takich przypadkach aktu zgonu ogłosił się prezydentem wszystkich Polaków wspólnie i w porozumieniu z Tuskiem i samo wykreowanym przewodniczącym komisji badającej katastrofę Putinem.

 

I Polska legła - ale jeszcze nie zginęła – w kleszczach następnej,  od 17 września 1939 roku, już czwartej okupacyjnej agentury - sowiecko – rodzimych zdrajców narodowych. Imperializm rosyjski rozszerza się, ostatnio podbił Ukrainę, przyszedł teraz czas na Polskę. Rosja odzyskuje więc terytoria podbitych narodów po II wojnie światowej.

Tymczasem „Misja specjalna” red. Anity Gargas dokonała zdjęć wraku samolotu, gdy służby sowieckie rozbijały okna i przecinały przewody instalacyjne m. in. elektroniczne, istotne oczywiście dokumenty dla potrzeb śledztwa. I co? „Misja specjalna” została decyzją Tuska zdjęta z ekranów TVP, a autorka straciła posadę.

„Kto zagraża władzy ludowej temu odetniemy rękę” -  wygrażał Józef Cyrankiewicz. I co? Tusk przejął agenturalną rolę Cyrankiewicza. Czarna noc okupacji trwa.

 

Gdy nieogrodzony teren katastrofy podlegał penetracji różnych osób, gdy znajdowano tam portfele, dowody osobiste, pieniądze, szczątki rozszarpanych przez wybuch ciał, to Donald Tusk pytany odpowiedział bezczelnie: „a kto ma pilnować? Wojsko, policja”?

 

„Czy ja jestem stróżem mojego brata”?

 

Tymczasem zdjęcia satelitarne, lub nagrania z nasłuchu rozmów dotyczące katastrofy smoleńskiej, w których posiadaniu mogą być USA, nie ujrzą światła dziennego – zostaną prawdopodobnie „zakopane”. Żaden kraj z własnej woli nie będzie się bowiem narażał na pogorszenie stosunków z Rosją, skoro państwo, które powinno być zainteresowane pomocą, jej nie chce.

Gdy ginęły fragmenty wraku, mi.in. cały kokpit - prowadzący śledztwo powiedział, iż potrzebne te części są Rosjanom do badań, natomiast minister sowiecki w Polsce w czasie konferencji prasowej na zadane pytanie – dlaczego giną części wraku – odpowiedział, iż czynią to chuligani. I tak dalej, i tak dalej, wraku nie zwrócili towarzysze radzieccy, czarnych skrzynek niet, bo nie lzia, amerykanie jak zwykle umyli ręce – „katastrofa w Smoleńsku to sprawa między Polską a Rosją”, natomiast Polska ma zwrócić 67 miliardów dolarów amerykańskiemu lobby żydowskiemu, bo tak optuje m.in. Hilary Clinton w czasie wizyty w Polsce u Komorowskiego w czasie ciszy wyborczej 2 lipca 2010 roku. To już jest sprawa polsko - amerykańska!!!

 

 

Aby było straszniej, to organizacje lobby żydowskiego  nie są zarejestrowane w sądzie, działają więc według prawa ustanowionego np. w Korei Północnej. Premier Donald Tusk ze Sławomirem Nowakiem w czasie wizyty w Stanach Zjednoczonych zobowiązali się do zwrotu owych 67 miliardów dolarów, drogą odpowiedniej uchwały Sejmu RP.

 A amerykańskie niezarejestrowane w sądzie lobby żydowskie zapowiada bojkot Polski na drodze handlowej i turystycznej, przez pogróżki „prezesów” nieistniejących prawnie organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych i oficjalnego już rabinatu. A co na to wszystko Kościół w Polsce? Co na to Pieronek z Dziwiszem? Józef Życiński – „Filozof”, już nie określi ponownie „antysemickiego mleka matki” podobno  wessanego przez Polaków, już z woli Pana Boga zaniemówił, ten szarlatan, łajdak i oszust intelektualny, określony zresztą podobnie przez Pana Grzegorza Brauna.

 

 

Pierwszą czynnością urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego były znane decyzje krzyżowe. To właśnie on określił Obrońców Krzyża Chrystusa Pana oszołomami. To właśnie z jego decyzji usunięto już Krzyże Pańskie z Krakowskiego Przedmieścia, ze szczytu Polski Rysów tatrzańskich, Krzyż papieski z krakowskich Błoń, Stalowej Woli. Co jeszcze Polskę chrześcijańską czeka?

 

Czyżby Dominik Taras, nożownik internetowy, kucharz, ze służalczą bandą na Krakowskim Przedmieściu bezczeszczący Krzyż, przy pomocy prezydenta Warszawy Hanny Gronkiewicz – Waltz v-ce przewodniczącej PO. Z jej decyzji popartej niestety przez warszawską Kurię Metropolitalną nie wolno się wierzącym Polakom pod Krzyżem modlić. To z decyzji tej kurii ksiądz Stanisław Małkowski zagrożony został ekskomuniką za modlitwy pod Krzyżem. Ręka w rękę ze Stanisławem Dziwiszem, odmawiającym Januszowi Kurtyce pochówku w krypcie św. Piotra Skargi, pomimo wcześniejszej deklaracji. To właśnie Stanisław Dziwisz podjął decyzję pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu, a potem ujawnił nieprawdę, iż decyzję tę podjęła rodzina prezydenta.

 

Ten jedyny skrawek wolnej Polski, namiot Solidarni 2010 z bohaterską Ewą Stankiewicz i innymi wielkimi Polakami, wspierany na palcach stóp wytrwałych Polaków, jest przedmiotem awantur podłej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz Waltz działającej przez podległe jej służby Straży Miejskiej i inne, nierzadko będący wyszydzany i wykpiwany przez dominikotaraso podobnych zwyrodnialców i ich zboczonych awanturników i suwerenów - zaprzańców Ojczyzny.

 

Nie ma wątpliwości, że akcja likwidacji namiotu „Solidarnych 2010” z dnia 14 czerwca na Krakowskim Przedmieściu była demonstracją siły policyjnego państwa i kompletnie przestraszonej władzy, ukrytej za strażnikami i policją. W akcji likwidacji namiotu wzięło udział w sumie 26 strażników miejskich, czterech policjantów oraz dwie osoby z Zarządu Dróg Miejskich. "Wkroczyli silną zwartą grupą liczącą w sumie 32 osoby po to, by w zdecydowany sposób zdemontować i złożyć namiot, i wraz z transparentami wywieźć go w nieznane miejsce samochodem Zarządu Dróg Miejskich" - czytamy na stronie "Solidarnych 2010".

 

Mimo tej kosztownej akcji – wzorowanej na działaniach ZOMO i Milicji Obywatelskiej w czasach PRL-u, już wieczorem na miejscu zlikwidowanego namiotu pojawił się kolejny. Bo każdy wie, że taki namiot, bez wysiłku rozwiną i złożą dwie osoby w 10 minut. Ale władza Tuska i HGW musiała zademonstrować swoją siłę, gdyż jej jedynym atrybutem jest pokaz siły – podobnie do działań Jaruzelskiego w stanie wojennym. Mamy więc już w III RP pełzający stan wojenny, w którym przestraszona władza testuje kolejne akcje. 

 

Ponadto nie przez przypadek pacyfikacja pikiety namiotowej Solidarni 2010 odbyła się w czasie gdy tą drogą przed Pałacem Prezydenckim zmierzali uczestnicy uroczystości w Zamku Królewskim dla nadania honorów KUSTOSZA PAMIĘCI NARODOWEJ PRZEZ PREZESA INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ.

 

 

Ten namiot Solidarni 2010 to przecież jedyna możliwość wolnych, patriotycznych, niezależnych wypowiedzi Polaków, Andrzeja Nowaka, Ryszarda Terleckiego, Zbigniewa Romaszewskiego,  Mariana Jurka, Piotra Semki, Stanisława Srokowskiego, Jana Pietrzaka, Rafała Ziemkiewicza,  Ryszarda Legutko, Zdzisława Krasnodębskiego, czy Antoniego Macierewicza i innych wielu.

 

 

To Stanisław Dziwisz z księdzem Rasiem z krakowskiej Kurii Metropolitalnej, bratem posła PO dopuścili w Krakowie do kradzieży i zbezczeszczenia   Krzyża papieskiego na krakowskich Błoniach. Krzyż miał stanąć w swoim miejscu według zobowiązań Dziwisza po beatyfikacji Jana Pawła II. I co? Zapewne stanie ten Krzyż po mojej beatyfikacji.

 

 Nagonka na Polskę i jej obywateli trwa, zresztą nie od dzisiaj również poprzez różne wrogie Polsce publikacje, jak „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, któremu polscy chłopi uratowali życie w czasie okupacji hitlerowskiej, czy antypolskimi publikacjami Jana Tomasza Grossa – „Sąsiedzi”, „Strach”, „Złote żniwa”, jak również wrogimi Polsce w Parlamencie Europejskim wypowiedziami „drogiego Bronisława” – Bronisława Geremka. To właśnie on w wywiadzie udzielonym Hannie Krall powiedział: „Polacy? Ja ich nienawidzę”.

 

Stwarza się nową formę okupacji Polski. Obce narodowi siły wewnętrzne dążą, aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość, ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe. Te same siły już zawładnęły Kościołem od wewnątrz.

 

 Porównanie dwóch kłamstw katyńskich 1940 - 2010 stanowi wypadkową udowodnionego ludobójstwa sowieckiego, tak zbrodni NKWD jak i innych sowieckich mordów popełnionych na narodzie polskim. Od wschodniego sąsiada przez całe wieki doznawaliśmy tylko krzywd, upokorzenia i mordów. Przecież do dzisiaj ludobójstwo w Katyniu nie zostało uznane przez Rosjan, jako mord dokonany przez hitlerowców. Kłamstwo katyńskie 1940   trwa, poszerzone o Katyń 2010.

 

 Ze znaczną zwłoką, bo dopiero 26 stycznia 1944 roku sowiecki dziennik "Prawda" zamieścił na swoich łamach "Komunikat Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w lesie Katyńskim oficerów polskich". Zbrodni ludobójstwa na oficerach, polskich jeńcach wojennych, NKWD dokonała na polecenie Józefa Stalina jeszcze w marcu 1940 roku. Skąd ta zwłoka w publikacji komunikatu?

 

    W kwietniu 1943 roku radio berlińskie podało wiadomość o odkryciu przez Niemców grobów 12 tys. oficerów polskich, jeńców wojennych wymordowanych przez bolszewickie NKWD. Dopiero wówczas powstała "Komisja Specjalna" której komunikat zamieściła moskiewska "Prawda".

 

  

 Komunikat ów prymitywnie zredagowany, jako odpowiedź na relacje niemieckie, historycznie nazwano "kłamstwem katyńskim". Komunikat na wstępie powołuje się na materiał, który został przedłożony komisji przez członka akademii nauk ZSRR N. Burdenkę, jego współpracowników i biegłych sądowo-lekarskich, którzy przybyli do Smoleńska 26 września 1943 roku natychmiast po wyzwoleniu tego miasta i przeprowadzili wstępne śledztwo i badanie okoliczności wszystkich dokonanych przez Niemców zbrodni.

 

Pomijając merytoryczne, łatwe do rozszyfrowania, naiwne i prymitywne „odkrycia" komisji zwanej „Komisją Burdenki" cytuję zasadnicze ustalenia: „komisja specjalna sprawdziła i ustaliła na miejscu. że w miejscowości „Kozie Głowy" znajdują się groby, w których zakopani są jeńcy wojenni Polacy - rozstrzelani przez okupantów niemieckich. Biegli sądowo-lekarscy dokonali szczegółowego zbadania wydobytych zwłok, oraz dokumentów i dowodów rzeczowych, które znaleziono przy trupach i w grobach." Komunikat podaje datę mordu na sierpień - wrzesień 1941 roku. Tekst komunikatu zamieścił również krakowski „Dziennik Polski" 5 marca 1953 roku.

 

    Pełny tekst komunikatu jest zamieszczony w książce „Fotografie polskie" mojego autorstwa - wydanie 2000 roku.

 

    Oto niektórzy członkowie tej komisji:

 

    Nikołaj Burdenko

    - Przewodniczący komisji. Był naczelnym chirurgiem Armii Czerwonej, członkiem Akademii Nauk ZSRR, Bohaterem Pracy Socjalistycznej, laureatem Nagrody Stalinowskiej.

 

 

    - Aleksy Tołstoj, propagandzista komunistyczny, idealizujący postać Stalina jako następcy Piotra Wielkiego, pisarz, dramaturg i publicysta rosyjski.

 

    - Mikołaj - metropolita.

 

    W czasie obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte Putin porównał zbrodnię w Katyniu do rzekomego mordu sowieckich jeńców wojennych w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku jakiego mieli się dopuścić Polacy.

 

    Lech Kaczyński w swoim przemówieniu na Westerplatte podkreślił, iż mord katyński był zemstą sowietów za przegraną wojnę polsko-bolszewicką i przypomniał cios w plecy zadany przez bolszewików 17 września 1939 roku. Kaczyński zestawił mord na jeńcach katyńskich z zagładą Holocaustu – „można zadać pytanie, co łączy Katyń z Holocaustem? Żydzi ginęli, że byli Żydami, polscy oficerowie, że byli Polakami" - powiedział Lech Kaczyński.

 

    Porównanie rzekomego mordu sowieckich jeńców wojennych w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku z ludobójstwem dokonanym przez NKWD w Katyniu nazywane jest wtórnym, lub drugim kłamstwem katyńskim. Autorem tego kłamstwa jest Putin.

 

    Istnieją jeszcze w niewymiernej liczbowo ilości, prawdy katyńskie w tle jedynej prawdy. Do nich należy zaliczyć aresztowania, torturowania i skazywania na wieloletnie więzienia przez sądy powszechne w PRL obywateli polskich, którzy odważyli się rozpowszechniać jedyną PRAWDĘ o Katyniu.

 

    Milczenie polityków Zachodu – koalicji antyhitlerowskiej, Roosvelta, Trumana, Churchila, było  nie tylko oszustwem, ale i następnym kłamstwem katyńskim.

 

    „Dziennik" z dnia 8 lutego 2008 podał w wywiadzie dla rosyjskiej agencji „Interfax" odpowiedź Donalda Tuska na pytanie: „a więc pana rząd nie będzie jak poprzednicy żądać przeprosin za Katyń?". „Nie do końca zgadzam się w tej sprawie z poprzednim gabinetem. Nie sądzę, by wzywanie kogokolwiek do przeprosin było zadaniem polityków".

 

    Tymczasem rosyjski portal internetowy związany z Kremlem / gazieta.ru / napisał w tytule o premierze rządu polskiego Donaldzie Tusku po jego wizycie w Moskwie: „Nasz człowiek w Warszawie".

 

    Śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem przeprowadza strona rosyjska, a propagandziści obu stron powtarzają, iż współpraca polsko-rosyjska układa się bardzo dobrze, bez uchybień, równocześnie nie udzielając odpowiedzi na nurtujące polskie społeczeństwo pytania. Żądania społeczne - m.in. apel prof. Jacka Trznadla - powołania komisji międzynarodowej są ignorowane i pozostają bez odpowiedzi. Arogancja rządzących jest rzadko spotykaną, niebywałą formą nie liczenia się ze społeczeństwem. Mnożą się fakty łamania podstawowych zasad i norm społecznych, pozostawia się teren po wypadku nieogrodzony, znajduje się na nim pieniądze, dokumenty, m.in. paszporty, ludzkie kości etc. Nie dopuszcza się polskich archeologów do pracy w terenie katastrofy. Wyniki sekcji zwłok rosyjskich służb – „zgon na skutek licznych obrażeń" są już kpiną z polskich rodzin ofiar katastrofy i z polskiej racji stanu. Do dzisiaj oczywiście nie wiadomo jakie ciała przyleciały z Moskwy i kogo właściwie pochowano, z podwójnym pochówkiem Lecha Kaczyńskiego włącznie.

 

    Odmawia się rodzinom wydania ubrań osób które zginęły, po partacku tłumacząc to względami epidemiologicznymi. Jakie tajemnice kryją ubrania?

 

    Przewodnictwo komisji rosyjskiej objął Putin za zgodą Tuska, obaj w uścisku na licznych fotografiach. Przyduszony do muru Tusk odpowiada bezczelnym pytaniem: „to kogo mamy posłać do pilnowania terenu, policję polską, czy polskie wojsko?". Oficerowie BOR na miejscu katastrofy odpierali ataki ruskiej MO /ZOMO?/ broniąc ciała Prezydenta RP - i nie oddali. Podobno strzelali, tylko do kogo, jak nie ma trupów? Ale ciała Pani Prezydentowej już nie odzyskali, pojechało do Moskwy, a potem podano, że ciała Pani Prezydentowej na razie nie odnaleziono itd. itp. A jakie osoby zginęły na „skutek licznych obrażeń", tego współcześni już, biegli sądowo - lekarscy nie podali.

 

  

Tymczasem jak donosi „Rzeczpospolita" z dnia 22 maja 2010 w wojskowym dodatku do centrowej „Niezawisimoj Gaziety" kontrolowanej przez Kreml, skierowanej głównie do inteligencji rosyjskiej ukazała się notatka "Dziadek Tuska z Wehrmachtu i pytania o Katyń". Pojawiła się następna publikacja podważająca odpowiedzialność NKWD za zbrodnię w Katyniu i zrzucająca winę na hitlerowskie Niemcy. Jej autor twierdzi, iż dziadek polskiego premiera Donalda Tuska, Józef, wcale nie został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, ale zgłosił się jak wielu innych na ochotnika.

 

    Wg. „Dziennika" z dnia 6 lutego 2008 roku Rosjanie znów negują prawdę o Katyniu: „Niezawisimaja Gazieta" kremlowski organ zamieszcza stare kłamstwa o Katyniu: "Nie ma dowodów, że za zbrodnię na polskich oficerach odpowiada NKWD".

 

 Kto poza Putinem bada przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem?

 

Ano szefowa Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego /MAK/ niejaka i nijaka Tatiana Anodina.

 

    TATIANA ANODINA - WEDŁUG "GAZETY WYBORCZEJ" PRZEWODNICZĄCA MIĘDZYNARODOWEJ KOMISJI DO ZBADANIA KATASTROFY POD SMOLEŃSKIEM

 

    Jakiej komisji międzynarodowej? Zapewne według "Gazety Wyborczej" chodzi o znaną inwokację –„Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”!

  

W odróżnieniu od komisji Burdenki składającej się z „wybitnych autorytetów" stalinowskich i religijnych  Tatiana Anodina nie występuje jako autorytet, bo to jest już spalone.

 

 Jest to zwykła radziecka kobieta, inteligentka XXI już wieku, w okularach, kolczykach, perłach na delikatnej szyjce, fryzurce chemicznej blond i buzi w ciup, jak widać na obrazku w „Gazecie Wyborczej". To wszystko co można o tej pani powiedzieć.

 

Kim jest? Oto jest pytanie. Lotniczką, stewardesą, fryzjerką, mechanikiem pokładowym, a może TW samego Putina? Jakie ma wykształcenie? Prawnicze, średnie mechaniczne, podstawowe, z maturą czy bez? Takie blondynki jednak muszą być „wykształcowane" , w myśl starej bolszewickiej zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera".

 

    I oto taka pani z tytułem generała i przewodniczącej Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego podpisuje raport / pierwszy raport z maja 2010 r. / w sprawie tragedii pod Smoleńskiem / „Rzeczpospolita" 21 maja 2010 /. A gdzie podpis Putina powołanego przez Tuska na przewodniczącego komisji? Nie ma! Zapewne się wystraszył raportu i nie chciał podpisać. A ten raport to oczywiście wielka kompromitacja  Tatiany Anodiny i wszystkich polsko-radzieckich propagandzistów od siódmej boleści.

 

    Kogo usiłują „eksperci" oszukać? Naród polski pogrążony w żałobie, te tłumy interlokutorów red. Jana Pospieszalskiego i Ewy Stankiewicz w zapisie „Solidarni 2010”, a może tylko rodziny katyńskie 2010?

Ten raport trudno nazwać skandalem, czy kpiną w "żywe oczy", to jest arogancka rosyjska drwina z żałoby narodowej i Katynia 2010. Do tej drwiny przyłączyli się polscy propagandziści z bezczelnym premierem rządu RP Donaldem Tuskiem "ich człowiekiem w Warszawie" w "nelsonie" z Putinem. Medwiediew oddał Tuskowi akta katyńskie jak szumnie zapowiadał? Owszem, wręczył dokumenty dawno już znane polskim historykom.

 

  

 

 Raport nie odpowiada na żadne z wielu pytań zadawanych przez profesjonalistów i zrozpaczone społeczeństwo. Jest tak arbitralny w swym wyrazie, aż do bólu. Kłamie w każdym zdaniu. Usiłuje w dalszym ciągu poniżyć Lecha Kaczyńskiego - jako jednej z dwóch osób znajdujących się w kokpicie pilotów w czasie lądowania.

Nie wyraża tego personalnie, ale domyślnie. Główni winowajcy, tak jak pięć minut po katastrofie, to mgła i załoga. Lotnisko świetnie przygotowane, a rosyjscy kontrolerzy nie dopuścili do zaniedbań. Aby na pewno? Nikt nie powiedział co mówili kontrolerzy, na co pozwolili załodze, jakie komendy wydawali i całą też winę  Tatiana Anodina zrzuca na polskich lotników.

 

    Raport nie wspomina, iż okoliczności wypadku wskazują, że istnieją możliwości celowego zakłócenia pracy urządzeń pokładowych, w tym precyzyjnego systemu TAWS /Terrain Awareness and Warning System TAWS /, zabezpieczającego pilotów przed nadmiernym zbliżaniem się do ziemi. Samolot prezydencki był wyposażony w amerykański system TAWS i byłby pierwszym w historii samolotem, który uległ katastrofie w wyniku niewłaściwej pracy tego urządzenia. Zakłóceniu pracy, poprzez wysyłanie przesuniętych w czasie sygnałów radiowych, można dokonać bądź przy użyciu satelity, bądź z urządzeń znajdujących się w pobliżu lotniska.

 

    Usłużni tuskowcy posłużyli się już przecież harmonogramami ćwiczebnymi polskich pilotów, a Tatiana Anodina w mig uznała słabe ich wyszkolenie, ale dlaczego po katastrofie wymieniano, czy wkręcano nowe żarówki do oświetlenia lotniska, skoro lotnisko było znakomicie przygotowane? Tego raport nie wyjaśnia. Dlaczego kontrolerzy nie powiedzieli załodze o złym oświetleniu pasa?. Oglądaliśmy zdjęcia z otoczenia lotniska. Nie rozumiem, jak mogą w odległości poniżej 1000 m od pasa lotniska rosnąć drzewa, a tuż przy płycie lotniska stoi rozwalona chałupa.

 

    Rzeźba terenu tuż przy zetknięciu z ziemią nagle się zmienia w uskok powyżej płaszczyzny lotu, a pod spodem jest głęboki jar. Jeden samolot tuż przed tragedią omal nie uległ katastrofie. Jak na lotnisku może samolot skrzydłem ucinać drzewo i zahaczać o trakcję energetyczną? Dlaczego pas lotniska posiada płyty z dylatacjami /spoinami/ bez wypełnień? Kto takie lotnisko dopuścił do eksploatacji? Dlaczego polscy eksperci nie wydali opinii o stanie technicznym lotniska. Kto zezwolił w takiej sytuacji na lot najwyższych władz państwowych z dwoma prezydentami na pokładzie. Rząd powinien się podać natychmiast do dymisji, a skoro był to samolot wojskowy rozpatrywany wg konwencji chicagowskiej to Klich powinien sobie strzelić w łeb, a nie narodowi strzelać kłamstwami w zmowie z  Tatianą Anodiną.

 

    Nie pora na wprowadzanie opinii publicznej w błąd o rzekomych międzynarodowych korzeniach komisji i wsparciu kolegów z USA i państw UE. Jeżeli jest to prawda, to dlaczego nie wymienia się nazwisk ekspertów zagranicznych, a kto personalnie figuruje w raporcie specjalistów Ministerstwa Obrony Rosji?

 

    Jeżeli wszystkie części samolotu zostały zabezpieczone i skatalogowane, to skąd się biorą części samolotu na miejscu katastrofy, a niektóre są w posiadaniu dziennikarzy "Gazety Polskiej"? Dlaczego urządzenia elektroniczne korespondujące z urządzeniami w samolocie zostały z lotniska usunięte po wylądowaniu samolotu z Tuskiem. Do dzisiaj nie trafiły do Polski czarne skrzynki. Tylko Klich i Miller przesłuchali zapisy rozmów członków załogi.  Miller publicznie oświadczył, że: „nie ma możliwości szybkiego wyjaśnienia przyczyn katastrofy, o ile w ogóle takie istnieje”

 

    Z raportu wynika, że samolot trzykrotnie podchodził do lądowania. Natychmiast po katastrofie podano czterokrotne podchodzenie do lądowania, później okazało się, że tylko raz, a teraz trzy razy. To ile razy TU-154 podchodził do lądowania? Czy należy tu obliczyć średnią arytmetyczną?

 

    Raport zatrzymuje się na stwierdzeniach o niezawisłości i profesjonaliźmie specjalistów. A jest on nie tylko niechlujny merytorycznie i formalnie, ale roi się ewidentnych bzdur w rodzaju - "wyniki będą jawne", "ktoś był w kokpicie" przy utajnionych rozmowach dwóch osób/ przesłuchał Miller i Klich /, "ani atak, ani pożar, ani awaria", "należy podwyższyć bezpieczeństwo".

 

    Raport wyszczególnia terminy prac komisji rosyjskich, powołanych do kwalifikacji technicznej lotniska, podając w orzeczeniach ogólny wniosek, że parametry i charakterystyki dokładności radiolokatora lądowania, dalszej i bliższej radiostacji z markerami, oraz oprzyrządowania świetlno-sygnalizacyjnego odpowiadają wymaganiom krajowego ruchu lotniczego Rosji i są wystarczające do obsługi lotów. Raport poza datami nie podaje nazw komisji, ani nazwisk jej członków.

 

    Raport opracowano w języku rosyjskim i przekazano do TVN24.pl gdzie dokonano tłumaczenia na język polski. Autor tłumaczenia Jan Kłoczko. Czy raport dotarł drogą oficjalną do władz polskich "RZ" nie podaje.

 

    Jaką kolejną liczbą ująć Katyń 2010?

 

    Jak długo jeszcze rząd będzie rżnął głupa z narodu i rodzin katyńskich 2010? Ilu jeszcze politykierów będzie szydzić z narodu nazywając 8 milionowy elektorat bydłem, pedofilami i nekrofilami. Jak można pozwolić moralnie i prawnie porównywać trumnę śp. Prezydenta RP do skoku na nią, podobnie jak Józefa Piłsudskiego na kasztankę. Czy polscy prokuratorzy są ślepi i głusi w zadufaniu rządzących. Gdzie jest komisja etyki poselskiej i czego pilnuje? Jak Komorowskiemu nie wstyd za komentarz gruziński "jaka wizyta taki zamach" "z 30 metrów nie trafić w prezydenta, co to za snajper?". Czy p. Komorowski przeprosił za gruzińskie politykierstwo? To ma być kandydat na prezydenta RP?

 

  

 Portal Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża www.wzzw.wordpress.com oskarża prezesa Rady Ministrów RP Donalda Tuska:

    "o to, że działając wspólnie i w porozumieniu działał na szkodę interesu Państwa Polskiego. W celu poniżeniu rywala politycznego na arenie wewnętrznej dał się wciągnąć w rozgrywkę, która doprowadziła do śmierci Prezydenta RP i 95 towarzyszących mu osób. Oskarżam go również o to, że działając wspólnie i w porozumieniu z obcym i wrogim mocarstwem nie zawahał się tak pokierować śledztwem, aby nigdy nie zostały wyjaśnione wszelkie okoliczności tej tragedii".

 

Dlaczego, zapewne nie w interesie narodowym, zaistniała zmowa Tuska z Putinem, aby uroczystości w Katyniu odbyły się bez obecności Głowy Państwa?. Zapewne uniknęłoby się katastrofy. A tak "wataha została dorżnięta" według  Sikorskiego, a według  Tuska "wyginęli jak dinozaury".

 

    Ciekawe spostrzeżenia zamieszcza "Głos Polski" Toronto w numerze 19 z 3-11 maja 2010 roku:

    " .prezydencki TU-154 nie mógł ulec tak poważnym zniszczeniom, jeżeli jego ostatnie chwile wyglądały tak, jak to przedstawiają Rosjanie - mówi znawca dynamiki lotu i płatowców. Powinien ślizgając się po zagajniku uderzyć kadłubem w podłoże. Nie zdążyłby się przewrócić. Niemożliwe, by roztrzaskał się na drobne kawałki – dodaje”.

 

    Niemal wszystko wokół tej katastrofy jest niejasne, a w całej sprawie więcej jest pytań niż odpowiedzi. Jednak z relacji świadków i informacji ze śledztwa, w tym dotyczącym odczytu czarnych skrzynek, oraz opinii specjalistów, wyłaniają się najbardziej prawdopodobne hipotezy. Śledczy badający przyczynę katastrofy samolotu prezydenckiego będą brali pod uwagę m.in. jako jedną z wersji ewentualny zamach - przyznał na konferencji prasowej prokurator generalny Andrzej Seremet. Niewytłumaczalna jest skala zniszczeń. Doświadczeni piloci nie kryją oburzenia:

 

    „Podchodzenie do lądowania nie w osi pasa, wysokość samolotu kilka metrów nad ziemią na kilometr przed pasem. Co tam się działo na Boga”? - dziwi się emerytowany pilot tupolewów i antonowów.

 

    Naoczni świadkowie, pracownicy bazy i mieszkańcy potwierdzają, że samolot skręcał na bardzo niskiej wysokości, zahaczając niemalże o samochody jadące lokalną drogą. Kierowcy i przechodnie widzieli upadek, oraz wybuch i pożar.

 

    Niektórzy, według doniesień, twierdzą, że wybuch nastąpił zanim maszyna rozbiła się o ziemię. Tupolew 154 jest masywnej konstrukcji. Znane są przypadki awaryjnych lądowań "tutka" na polach. Nie brak opinii, że miał wystarczające zabezpieczenia, aby wylądował awaryjnie nawet na małym lesie / bardzo mocna konstrukcja kadłubowa i wielokołowe podwozie /.

 

    Skąd więc taka skala zniszczeń samolotu? W relacjach filmowych widać kilka poszczególnych części samolotu, 10 - 15 % kadłuba. Gdzie się podziała reszta szczątków tej potężnej maszyny? Jest to 80 tonowy samolot, zabierający ponad 100 pasażerów. Skoro maszyna rozbiła się na ziemi, dlaczego części zostały rozrzucone na obszarze 700 - 800 m?

 

 Niewykluczone, że Tu - 154 rozleciał się już w powietrzu, a na ziemię spadały pojedyncze szczątki. Przypomnijmy, ze prezydencki tupolew zahaczał o drzewa, po ścięciu gałęzi na wysokości najwyżej 5-6 m wzbił się na chwilę w górę, a pilot stracił kontrolę prawdopodobnie dopiero po zetknięciu z większym drzewem, najwyżej 6-8 m nad ziemią. Impet uderzenia pochodził więc głównie od ruchu w poziomie, przy minimalnej prędkości. Rzadki zagajnik - jak widać na zdjęciach, w którym leżą szczątki - nie powinien, według niektórych specjalistów, spowodować tak strasznych skutków przy lądowaniu.

    Samolot nie mógł rozpaść się na kawałki.

 

                                                                                     Aleksander Szumański                 

 

 

    PANIE PREZYDENCIE, PANI PREZYDENTOWO, NIE ZAPOMNIMY, KOCHAMY WAS WALCZĄCYCH

    O POLSKĘ, O PRAWDĘ

 

 

WAWEL POGRĄŻYŁ ŁEZ HISTORIĘ...

 

WAWEL POGRĄŻYŁ ŁEZ HISTORIĘ

W TE NASZE SERCA UPRAGNIONE

MIŁOŚCI WEZWAŁ LUD VICTORIĘ

GDY W PIŁSUDSKIEGO PATRZYŁ STRONĘ

 

I PRZYSZEDŁ BY UKOIĆ SOBĄ

TO CO JUŻ ZDAŁO SIĘ PRZEŚNIONE

I PRZYSZEDŁ BY NAD WASZYM GROBEM

LUD JUŻ NIE PATRZYŁ W INNĄ STRONĘ

 

WIERNOŚCI I POTĘGI SIŁA

JUŻ WYPEŁNIŁA ŁEZ ŻAŁOBĘ

PRZY TOBIE WSZAK KRÓLOWA BYŁA

WIĘC POPATRZ Z POLSKĄ W MATKI STRONĘ

 

BO ONA ZAWSZE BYŁA Z TOBĄ

TAK JAK TWA ZIEMIA NIEPOJĘTA

RAZEM JESTEŚCIE POD OSŁONĄ

CHLEBA I WINA MOCĄ ŚWIĘTĄ

 

PANU PREZYDENTOWI RZECZYPOSPOLITEJ

LECHOWI KACZYŃSKIEMU W DNIU POGRZEBU NA WAWELU

18 KWIETNIA 2010 ROKU

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

 

 

 

 

 

 

 

  ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA ZE LWOWA

 

             LEKCJA POLSKOŚCI

 

   Nie przypadkowo wybrałem Lwów, aby w tym właśnie mieście napisać recenzję  książki autorstwa Janusza M. Palucha „Rozmowy o Kresach i nie tylko”. W czasie moich spotkań autorskich w redakcji „Lwowskich Spotkań” redaktor naczelna tego lwowskiego miesięcznika społeczno – kulturalnego Bożena Rafalska przekazywała dar autora w postaci  książki – dokumentu historycznego. Zważywszy, iż autor jest z- cą redaktora naczelnego kwartalnika „Cracovia Leopolis” ukazującego się w Krakowie, temat  rozmów - wywiadów kresowych nie zaistniał przez przypadek tematyczny.

 

Książka zawiera 17 wywiadów z osobami ściśle rodzinnie związanymi z Kresami Południowo – Wschodnimi II Rzeczypospolitej, lub z Polakami wiernymi tym ziemiom.

 

Owych siedemnaście wywiadów autor  spisał w latach 1995 – 2010;  ukazały się one na łamach „Cracovia Leopolis”, kwartalnika wydawanego przez Krakowski Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich, oraz nowojorskiego „Przeglądu Polskiego” – dodatku kulturalnego „Nowego Dziennika”.

 

Sześciu rozmówców autora nie żyje, a spoglądając dzisiaj na ten historyczny dokument przez pryzmat piętnastu lat jego tworzenia, nasuwa się oczywiście samo określenie tego okresu pisania książki jako niezmiernej rzadkości.

 

Autor urodził się w  1955 roku w Stalowej Woli. Ukończył archeologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po ukończeniu studiów w wieku dwudziestu pięciu lat po raz pierwszy odwiedził Lwów i Kresy, a wizyta ta zaowocowała jego miłością do tych ziem.

Uhonorowany został przez wspomniane Towarzystwo Miłośników Lwowa Złotą Odznaką.

Mieszka stale w Krakowie, piastując stanowisko dyrektora Śródmiejskiego Ośrodka Kultury.        

 

W tym miejscu należy wspomnieć o Towarzystwie Pamięci Narodowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego / prezes Jerzy Korzeń /, które odznaczyło Towarzystwo Miłośników Lwowa zaszczytnym medalem „W Hołdzie Komendantowi”.

 

Rozmowę z Januszem Kurtyką  autor przeprowadził w kwietniu 2000 roku.

Kurtyka  w 1995 roku obronił doktorat, a w 2000 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk historycznych specjalizując się w genealogii, historii nowożytnej, historii średniowiecza, oraz nauk pomocniczych historii.

 Zawodowo związany z Instytutem Historii Polskiej Akademii Nauk (od 1985) oraz Państwową Wyższą Szkołą Wschodnioeuropejską w Przemyślu, w której objął stanowisko profesora.

 

Absolwent III LO im. Jana Kochanowskiego w Krakowie. Ukończył  studia historyczne na Wydziale Historyczno-Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Był pierwszym dyrektorem Krakowskiego Oddziału Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, od 2005 jego pierwszym prezesem.

 

Po utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej został pierwszym dyrektorem jego oddziału w Krakowie. 21 kwietnia 2005 Kolegium IPN rekomendowało jego kandydaturę Sejmowi na stanowisko prezesa tej instytucji. 9 grudnia tego samego roku jego kandydatura została zaakceptowana przez Sejm (większością 332 głosów), a 22 grudnia zatwierdzona przez Senat. Urzędowanie rozpoczął po złożeniu przed Sejmem ślubowania w dniu 29 grudnia 2005

 

 W pracy swojej „…zawsze walczył  niezłomnie  o prawdę historyczną i  godność ludzi przez historię pokrzywdzonych…”  podaje autor.

 

Informacyjna Agencja Radiowa (IAR) – agencja prasowa funkcjonująca od 1992 roku przy Polskim Radiu, 17 marca 2010 roku podała:

 

„…prezes IPN uważa, że przy okazji obchodów rocznicy katyńskiej Rosja próbuje poróżnić polskie elity polityczne. Janusz Kurtyka powiedział w Programie III Polskiego Radia, że zachowanie ambasadora Władimira  Grinina przypomina relacje polsko –

rosyjskie w XVIII w.

 

Prezes Kurtyka przestrzega polskich polityków przed wciągnięciem w grę, która służy tylko interesom naszego sąsiada. Może to doprowadzić do sytuacji, gdy głos Rosji będzie rozstrzygał o sprawach wewnętrznych w Polsce – uważa Kurtyka. Jak dodał, sprawa obchodów 70 rocznicy mordu katyńskiego może posłużyć jako precedens.

Janusz Kurtyka podkreśla, że przy okazji ważnej dla nas rocznicy, Rosja próbuje pokłócić ze sobą prezydenta i premiera. Nie można dopuścić, by najważniejsze osoby w państwie były rozgrywane przez obce państwo przy okazji symbolicznej i traumatycznej dla Polaków rocznicy – dodał prezes IPN.

 

Obchody rocznicy mordu katyńskiego budzą wiele emocji w związku z planowaną wizytą na grobach polskich żołnierzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Prezydent w przeciwieństwie do premiera Tuska nie został zaproszony na obchody z udziałem Władimira Putina, ale mimo to chce odwiedzić w kwietniu polski cmentarz w Katyniu.

 

Rosyjska ambasada w ostatnim czasie kilka razy publicznie informowała, że nie ma oficjalnych informacji o planach Lecha Kaczyńskiego. Wczoraj MSZ przekazał informację, że złożono oficjalną notę dyplomatyczną w sprawie wizyty prezydenta na grobach w Katyniu. Wyjazd prezydenta zaplanowano kilka dni po wspólnych uroczystościach z udziałem premierów Polski i Rosji”.

 

 

 

W udzielonym Januszowi M. Paluchowi wywiadzie Kurtyka odpowiedział szeroko na pytanie: „…wasza praca będzie polegała na odkłamywaniu i odtwarzaniu prawdziwej historii powojennej Polski”?

 

„Tak. Dla mnie, jako historyka, największym wyzwaniem związanym z pracą w IPN jest fakt, że staje przed nami wyjątkowa możliwość położenia podwalin nowej dziedziny badań, którą można umownie nazwać „historią PRL”, czy też „historią systemu komunistycznego w Polsce”. Jest to wyjątkowa szansa na prowadzenie badań naukowych, ale również na wprowadzenie w obieg społeczny  tych wyników, a więc szeroko pojmowane oddziaływanie tych wyników na mentalność społeczną i na świadomość historyczną Polaków.

To jest niezwykle ważne zadanie, gdyż – obaj chyba się co do tego zgadzamy – że obecnie system komunistyczny jest okresem spychanym przez Polaków w podświadomość. Niby nikt chętnie do tego okresu nie wraca, a z drugiej strony możemy zaobserwować swoistą idealizację tego systemu”.

 

Kurtyka wyjaśniał istotę śledztwa dotyczącego zbrodni popełnionych na Polakach na terenach zabranych na  Kresach, stwierdzając, iż śledztwa zostały zapoczątkowane kilka lat wcześniej właśnie w Krakowie  przez byłą Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, która pracowała pod kierownictwem Ryszarda Kotarby. Z pewnym żalem Kurtyka powiedział, iż śledztwa związane ze zbrodniami ukraińskimi zostały przekazane do Wrocławia. Argumentowano to faktem, iż Wrocław i Dolny Śląsk jest zamieszkiwany przez znaczna liczbę Kresowiaków i tam łatwiejsze będzie prowadzenie śledztw. W Krakowie są natomiast prowadzone śledztwa w zakresie deportacji ludności polskiej w okresie pierwszej okupacji sowieckiej z obszarów takich jak: Kamionka Strumiłłowa, Trembowla, Zaleszczyki, Radziechów, Zbaraż, Kopyczyńce, Brody i Brzeżany. Krakowski Oddział Instytutu Pamięci Narodowej zajmuje się jeszcze zbrodniczą działalnością UB w Krakowie, Olkuszu, Chrzanowie, Bochni, Brzesku, Limanowej, Nowym Targu, Zakopanem, Dąbrowie Tarnowskiej, Miechowie, Tarnowie i Nowym Sączu i działalnością Informacji Wojskowej. Odnośnie śledztw związanych z Kresami, trwają one intensywnie, przesłuchano dużą ilość osób przy współpracy ze Związkiem Sybiraków. Z punktu widzenia świadomości Polaków ważne aby zidentyfikować sprawców, oczywiście z problemem osądzenia tych ludzi. Należałoby spenetrować archiwa NKWD zarówno na Ukrainie, jak i w samej Moskwie. Ta identyfikacja jest istotą śledztw identycznie jak to miało w przypadku zbrodni katyńskiej. Żaden z tych sprawców nie został przez Rosjan osądzony po zidentyfikowaniu. Wiadomo bowiem kto dowodził i kto strzelał.          

 

Słusznie też Aleksandra Ziółkowska - Boehm ,  recenzując książkę tytułem „ Czuła, wierna pamięć o Kresach” pomieszczonym w dodatku kulturalnym nowojorskiego „Nowego Dziennika” uważa, iż : „wywiad ma dwa życia, jedno gdy na gorąco jest publikowany, i drugie, gdy się później po niego sięga, by zacytować, sięgnąć jako świadectwo. Po latach może być ważnym dokumentem historycznym, jak na przykład rozmowa Melchiora Wańkowicza z Edwardem Rydzem Śmigłym, czy z Józefem Beckiem”.

 

 

 

Za słowami Janusza Kurtyki podążają i czyny, oto dzisiejsza / 4 czerwca 2011 / „Rzeczpospolita” w tekście Ewy Łosińskiej „Krewni ofiar obławy KGB apelują do władz” czytamy: „…pomóżcie nam dotrzeć do sowieckich archiwów – proszą prezydenta, premiera i prokuratora generalnego rodziny zamordowanych pod Augustowem…krewni ofiar są też zainteresowani domaganiem się od Rosjan podjęcia śledztwa w sprawie obławy z 1945 r.  i …szukaniem sprawiedliwości przed Europejskim Trybunałem Praw

Człowieka…Obowiązkiem suwerennego państwa polskiego jest odszukanie grobów swych obywateli… historyk Nikita Pietrow odnalazł dokument potwierdzający, iż niemal 600 aresztowanych podczas obławy Polaków zostało zamordowanych przez sowiecki kontrwywiad…chcą także… by prowadzący śledztwo w sprawie obławy białostocki IPN zmienił kwalifikację tego mordu na zbrodnię przeciwko ludzkości, a nawet ludobójstwo… wyjaśnienia obławy wymaga podjęcie przez państwo polskie takich samych działań jak w sprawie zbrodni katyńskiej, napisali w apelu do premiera, oraz prokuratora generalnego prezesi organizacji: Związek Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej, Klub Historyczny im. Armii Krajowej w Augustowie, a także Światowy Związek Żołnierzy AK i Związek Sybiraków…”

 

Już rozmowa z Januszem Kurtyką przeprowadzona zaledwie 11 lat temu zaświadcza o istniejącym ważnym historycznym dokumencie, czemu dają również świadectwo pozostałe osoby udzielające autorowi wywiadów.

 

Prof. Janusz Kurtyka zginął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie polskiego rządowego samolotu pod Smoleńskiem w drodze na uroczystości 70 rocznicy zbrodni popełnionej przez NKWD w Katyniu. Wraz z nim zginął w tej katastrofie prezydent Rzeczypospolitej prof. Lech Kaczyński z małżonką Marią.

 

 

 

 

 

 Ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski, duszpasterz Ormian, opiekun osób niepełnosprawnych intelektualnie, współzałożyciel i prezes Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach, pisarz, poeta, krytyk literacki, publicysta polski, m.in. w „Gazecie Polskiej” był rozmówcą autora w marcu 2001 r.

 

Swoimi historycznymi publikacjami ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski od lat  przybliża prawdę o ludobójstwie Polaków, Ormian, Żydów, Ukraińców  dokonywanych na Kresach Południowo Wschodnich  Rzeczypospolitej przez nacjonalistów ukraińskich z szeregów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińskiej Powstańczej Armii.

 

Ofiary nacjonalistów ukraińskich pomordowanych na Kresach Południowo -Wschodnich w latach 1942-1948 przez OUN-UPA pozostały bez pamięci, bez znanych miejsc pochówków, bez krzyży – apeluje do polskiego establishmentu o wszczęcie odpowiednich działań ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski.

 

Różnorodne stosowane wobec Polaków i innych narodowości tortury i okrucieństwa nim oddali życie, nie były dowolne według uznania sprawców, z reguły rodzaj tortur, czy też inne okrucieństwa były ustalane przez banderowski tzw. komitet rewolucyjny.

 

W wyniku Rzezi Wołyńskiej i zbrodni w Małopolsce Wschodniej zginęło ok. 200.000 osób.

 

Ks. Tadeusz Iskowicz – Zaleski przypomina historię Ormian polskich, jako, że mieszkają w granicach Rzeczpospolitej od 700 lat i posiadali przywileje polskich królów.

 

Ormianie to chrześcijanie, niekiedy posiadający w swojej liturgii nieco odmienny obrządek od łacińskiego.

 

Ormianie wnieśli w polską kulturę wiele wartości w różnych dziedzinach. Z ich nacji wywodzą się liczni wybitni politycy, uczeni, artyści i żołnierze - od pól Grunwaldu, przez Warnę, Chocim, Kamieniec Podolski, Lwów, Jazłowiec i Wiedeń - zwycięstwo Jana III Sobieskiego wspomagało pięć tysięcy Ormian. Krwawą ofiarę złożyło też i duchowieństwo obrządku ormiańskiego, które w czasie wojennych kataklizmów zostało niemal całkowicie wyniszczone. W okresie II wojny światowej społeczność ormiańska w Polsce poniosła dotkliwe straty. Eksterminowani zarówno przez Sowietów /jako warstwa inteligencka i bezkompromisowo propolska/, jak i hitlerowców, którzy z powodu egzotycznego wyglądu często brali ich za Żydów/, padli również ofiarą Rzezi Wołyńskiej. W tym miejscu należy przypomnieć,  m. in. 19 kwietnia 1944 roku gdy nacjonaliści ukraińscy z UPA wymordowali mieszkańców kresowej miejscowości Kuty nad Czeremoszem, w tym kilkuset Ormian. Wielu polskich Ormian wykazało wspaniałą postawę patriotyczną, np. ks. Dionizy Kajetanowicz, ostatni administrator archidiecezji lwowskiej obrządku ormiańskiego, uratował setki Żydów, wydając im fikcyjne metryki chrztu w obrządku ormiańskim, a wielu, jak ppłk Walerian Tumanowicz wstąpiło do Armii Krajowej.

 

Listę wybitnych polskich Ormian otwiera Juliusz Słowacki urodzony w Krzemieńcu,

a dalej:

Zbigniew Herbert - urodzony we Lwowie,

Teodor Axentowicz -  lwowianin,

abp Józef Teofil Teodorowicz - urodzony na Pokuciu,

Krzysztof Penderecki - kompozytor,

Szymon Szymonowic - poeta,

Ignacy Łukasiewicz - wynalazca lampy naftowej i inicjator przemysłu naftowego,

Jan Lechoń /Leszek Józef Serafinowicz - herbu Pobóg /, poeta - z grupy Skamander,

Ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski, kapłan Ormian w Polsce,

abp Izaak Mikołaj Isakowicz, kresowianin, urodzony w Łyścu obok Stanisławowa zasłużony dla tego miasta, patriota polski, pisarz, spokrewniony z Juliuszem Słowackim i z ks. Tadeuszem Isakowiczem - Zaleskim, metropolita lwowski w latach 1882 - 1991,

Ewa Stolzman-Kotlarczyk - aktorka estradowa – zasłużona dla sztuki polskiej, urodzona w Kołomyi,

Jerzy Kawalerowicz - reżyser filmowy,

Jan Dominik Jaśkiewicz - założyciel krakowskiego ogrodu botanicznego,

Ignacy Nikorowicz - pisarz,

Józef  Nikorowicz - kompozytor,

Karol Antoniewicz - ksiądz, prawnik, pisarz, powstaniec listopadowy, lwowianin,

Jakub Paschalis - Jakubowicz, kupiec i przedsiębiorca,

Stefan Moszoro - Dąbrowski - ksiądz,

Kajetan Abgarowicz , pisarz.

 

Kościół katolicki obrządku ormiańskiego, jeden z katolickich Kościołów wschodnich, patriarchalny, wchodzi w skład Kościoła katolickiego, uznaje władzę i autorytet papieża. Liczy ok. 600.000 wiernych, mieszkających m.in. w Armenii, Argentynie, Kanadzie, Francji, Libanie, Syrii, Turcji, USA i w Polsce.

 

Autor przeprowadził wywiad z Lucyną Kulińską, polską historyk,  doktorem historii, specjalizującą się w dziejach najnowszych Polski ze szczególnym uwzględnieniem stosunków ukraińsko – polskich. Kulińska jest adiunktem w Zespole Politologii i Historii Wydziału Humanistycznego Akademii Górniczo Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.  Autorka wielu rozpraw naukowych dotyczących mordów dokonywanych przez OUN – UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Zajmuje się również publicystyką historyczną z tego okresu. Prowadzi liczne wykłady edukacyjne ogólnie dostępne.

 

Autorka wstrząsających książek z cyklu „Dzieci Kresów” traktujących o osobach, które jako dzieci przeżyły rzezie dokonane przez ukraińskich nacjonalistów. Podobnie jak Janusz Kurtyka, czy ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski, opowiada się wyłącznie za świadectwem prawdy z tamtego dramatycznego okresu dziejów najnowszych – mordów OUN – UPA.

 

W kwietniu 2008 w czasie rozmowy z autorem Kulińska stwierdziła, iż temat zbrodni nacjonalistów ukraińskich dokonanych na Kresach nie został wyczerpany. Nie wszyscy wiedzą, iż dotąd żadna z polskich wyższych uczelni nie podjęła tego tematu. Jest paradoksem, iż najważniejsze i najcenniejsze opracowania, które napisano o ludobójstwie na Kresach powstały poza oficjalnym obiegiem naukowym, a dotyczą prac Ewy Siemaszko /  polska inżynier technologii / i Władysława Siemaszko / prawnika /. Również obszerne trzy tomowe dzieło poświęcone eksterminacji Polaków w województwach Małopolski Wschodniej przygotowane przez Wrocławskie Stowarzyszenie Badania Zbrodni Nacjonalistów Ukraińskich nie zostało napisane przez zawodowych historyków, a inżynierów, ekonomistów – przyznaje Kulińska.

 

W styczniu 1998 roku ogromnie interesującą rozmowę autor przeprowadził ze Stanisławem Dziedzicem, aktualnym dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa, znawcę Kresów, zajmującym się szeroko pojętą kulturą i ochroną zabytków. Ukończył polonistykę i dziennikarstwo na UJ, jednak jego prawdziwą pasją jest historia sztuki.

 

Szczycąc się przyjaźnią  ze zmarłą lwowianką Iwoną Ruenbenbauer – Skwarą prezesem Towarzystwa Opieki nad  Majdankiem – opiekującą się edukacyjnie – patriotycznie młodzieżą szkolną – nie sposób mi nie wspomnieć o dużym wkładzie Stanisława Dziedzica w tę patriotyczną edukację polskiej młodzieży.

 

 

 

Stanisław Dziedzic podaje, iż Lwów i Wilno należą do miast  szczególnie przez niego wyróżnionych. Położone na dwu biegunach rozległego państwa, owe miasta były bardzo różne, wybitnie polskie, a zarazem bardzo podobne wielokulturowo. Wilno które jest miastem niezwykle pięknym, było jako stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego przez wieki druga stolicą Rzeczypospolitej. Lwów był miastem dogodnie położonym na ważnych szlakach handlowych, bogatym, a jego rola była zawsze znacząca. Rangę miasta  podkreślała siedziba katolickiej metropolii, jednej z dwóch obok Gniezna największych prowincji kościelnych, po włączeniu w XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego do państwa polskiego Wielkiego Lwowa.  Nawet stołeczny Kraków nie był stolicą prowincji kościelnej, choć biskupi krakowscy zajmowali po arcybiskupie gnieźnieńskim drugie miejsce w hierarchii ważności. Z czasem był Lwów  siedzibą trzech arcybiskupów katolickich obrządków łacińskiego, greckiego i ormiańskiego. Był to swoisty fenomen religijny, historyczny i kulturowy. Lwów miasto zawsze wierne Rzeczypospolitej, zamieszkiwane aż do czasów bolszewickiej eksterminacji Polaków, w większości przez ludność polską. Już na początku XV wieku w pięciotysięcznym Lwowie, Polaków było cztery i pół tysiąca, Żydów około stu, Ormian około czterystu, zaś Rusinów kilkunastu. Miasto posiadało niepowtarzalny klimat, będący w jakiejś mierze wynikiem jego wielokulturowej specyfiki. Każda z zamieszkiwanych tam społeczności cieszyła się znaczną swobodą w kultywowaniu własnej kultury, religii i tradycji. Tej mozaice narodowościowej odpowiadała też pyszna mozaika urbanistyczna i architektoniczna. Obok więc okazałych łacińskich kościołów, były także wzniosłe budowle cerkiewne, utrzymywane już w stylu bizantyjsko – ruskim – zwłaszcza po przyjęciu Unii Brzeskiej – w formie odzwierciedlającej  wpływy kultury zachodniej, ze świetną późnobarokową katedrą greckokatolicką św. Jura na czele. Ormiańska społeczność wprawdzie nieliczna była bardzo wpływowa. Ormiańscy kupcy należeli do najzamożniejszych mieszczan lwowskich, utrzymywali też dalekosiężne kontakty z własną nacją, rozsianą po wielu krajach. Właśnie we Lwowie było duchowe centrum polskich Ormian – katedra; tu mieściła się ich szkoła i klasztor Benedyktynek Ormiańskich. Znajdowali Ormianie w Rzeczypospolitej dogodne warunki życia i rozwoju, trudnili się na ogół handlem i rzemiosłem, a Polskę traktowali jako swoją ojczyznę, dając wielokrotnie dowody swojego przywiązania. Bogaty Lwów posiadał wiele okazałych mieszczańskich kamienic i wielkopańskich rezydencji. Wystarczy się dzisiaj przejść po ulicach starego miasta by zobaczyć je, bo wiele z nich się zachowało, pomimo licznych, często nieudolnych przeróbek i wieloletnich zaniedbań remontowych.

 

Lwów to obszerna i bogata historia polskiej sztuki, kultury; teatru, radosny klimat, który w tym mieście istniał, folklor przedmieść lwowskich, piosenek, kapeli podwórkowych, batiarów i ich dowcipów.

 

Stanisławowi Dziedzicowi nasuwa się przykra konstatacja, gdy zmierzając dzisiaj lwowskimi ulicami tego wszystkiego już nie ma. Po ostatniej wojnie światowej miasto skazane zostało na głęboki prowincjonalizm – konkluduje.

 

Poza wymienionymi już, rozmówcami autora byli:

 

Tadeusz Noworolski, Krystyna Bobrowska, Konrad Firlej, o. gen. Adam Studziński, Jerzy Hordyński, ks. Józef Wołczański, Jerzy T. Petrus, Tadeusz Krzyżewski, Roman Maćkówka, Ewa Piotrowska, Jerzy Węgierski, Zbigniew Chrzanowski, o. Hieronim Warachim OFM Cap. 

W książce Janusza M. Palucha wszystkie  przeprowadzone wywiady są istotne  dla pamięci kresowej ze szczególnym uwzględnieniem Lwowa. Ocalić Kresy od zapomnienia, taki cel przyświecał tej wyjątkowej piętnastoletniej pracy autora.

 

 

Wydawcą książki jest krakowskie „Małe Wydawnictwo”, redaktorem Mariola Szafarz , redaktorem technicznym  Marek Łoś,  konsultacja naukowa Artur Kinasz – Uniwersytet Papieski Jana Pawła II; str.223, ilustracji 24 – „Lwów w zbiorach Muzeum Historii Fotografii im. Walerego Rzewuskiego w Krakowie”. Rok wydania 2010.

                                                                       Opracował w czerwcu 2011

                                                                       Aleksander Szumański