foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

   ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA ZE LWOWA

 

  NIE TYLKO WE LWOWIE BEZ TRUMIEN I KRZYŻY Z LUDOBÓJSTWEM W TLE

 

 

Gdy w 1946 roku z Moskwy do Krakowa przyjechał nikomu nieznany Sergiusz Demakow i w otoczeniu partyjnej świty wytyczył kombinat i miasto Nową Hutę wszyscy byli zdumieni i przerażeni. Machnął bowiem ręką przed siebie i skazał : „tu budiet gorod, a tam   kombinat, wskazując powtórnie, ale w kierunku przeciwnym. I tak miasto Nowa Huta z jej kombinatem zostały faktycznie wytyczone przez nieuka partyjnego, z politbiura, który nie zapomniał jeszcze ochrzcić przedmiotu wytyczeń imieniem wodza proletariatu, towarzysza Włodzimierza Iljicza Lenina.

 

W niedawnej przeszłości inny towarzysz, generalissimus Józef Stalin  w otoczeniu świty; premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchila i prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta, uprzednio w Teheranie, później w   Jałcie, palcem po mapie wymazali z niej  Kresy Wschodnie II RP na rzecz Związku Sowieckiego, m. in. rdzennie polski Lwów. Świta biła brawo, a toast Churchila: „trzykrotne hurra na cześć marszałka Stalina” pobił wszystkie inne. Świta uznała oczywistą dominację sowiecką nad Polską, a konferencja zakończyła się w atmosferze przyjaźni. Paralityk, również umysłowy / Roosvelt /, alkoholik /Churchil / i zbrodniarz wszechczasów, nieprzejednany wróg i morderca Polaków Stalin, w Jałcie zadecydowali o naszych losach po II wojnie światowej, oddając Polskę w ręce morderczego systemu sowieckiego, tym bardziej haniebnie, iż Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym znane były  zbrodnie stalinowskie   łącznie z pierwszym kłamstwem katyńskim.

 

Transakcja była identyczna jak  w Monachium, gdzie Hitlerowi „przehandlowano” Czechosłowację.

W Jałcie było inaczej, nikt nikomu nie zagrażał, nie istniała jeszcze zimna wojna, a Kresy Wschodnie II RP ze Lwowem sprzedano Stalinowi bez dyskusji, wprost na jego żądanie, bez słowa protestu, bo cóż tam Polska, jakiś mały kraik, często bywała zmową katów.

 

Nie inaczej jest obecnie; jesteśmy świadkami drugiego kłamstwa katyńskiego.

 

Panowie prezydent i premier wznosząc w Jałcie kielichy toastu dla przypieczętowania następnej zbrodni dokonanej na narodzie polskim, jakoś zapomnieli o bitwie o Anglię,  Tobruku,  Monte Casino,  „pomocy” armii sowieckiej bohaterskiemu Powstaniu Warszawskiemu,  Katyniu, Miednoje, Charkowie, Starobielsku, czy Kozielsku i Ostaszkowie.

 

Lwów wówczas już krwawił sześć lat i krwawi nadal przeszło siedemdziesiąt lat, to pod okupacją sowiecką, to pod hitlerowską, znów sowiecką i obecnie ukraińską, jako miasto „wolnej” Ukrainy, oczywiście integralnej części agenturalnego imperium sowieckiej Rosji, której w pas kłania się obecnie polska racja stanu z rezydentem Komorowskim i premierem „miłości” Tuskiem.

 

Co będzie jutro?

 

Lwowianie z gołymi tyłkami zostali wysiudani ze swojego miasta w bydlęcych wagonach, bez wody i strawy, a to na „Ziemie Odzyskane”, a to na Sybir, a to do kazamatów bolszewickich. Wsio rawno,  good bye. Po drodze nieszczęśnicy byli jeszcze przedmiotem okrucieństwa ukraińsko – hitlerowskiego batalionu Nachtigall na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie, gdzie wymordowano kwiat polskiej  inteligencji – 45 profesorów wyższych lwowskich uczelni z trzykrotnym premierem II RP Kazimierzem Bartlem, lub mordów dokonanych przez hitlerowców przy współudziale ukraińskich nacjonalistów w lwowskich Brygidkach, w więzieniach przy ulicach Łąckiego i Zamarstynowskiej.

 

To był dopiero początek martyrologii ludności Kresów Południowo Wschodnich II RP z województw lwowskiego, stanisławowskiego , tarnopolskiego, wołyńskiego.

 

A cóż dzisiaj we Lwowie w kwietniu 2011 roku?

 

Każdego roku Święta Zmartwychwstania Pańskiego spędzam w moim rodzinnym mieście.

 

8 kwietnia 2011 r. we Lwowa odbył się marsz "nacjonalistów autonomicznych" na cześć 68 rocznicy utworzenia 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS "Galicja". Według danych obecnych podczas akcji służb policyjnych, w marszu wzięło udział około 700 uczestników.

 

Na czele marszu, który wyruszył spod pomnika Stepana Bandery w kierunku placu Wolności, szedł koordynator akcji, radny Rady Miejskiej Lwowa z partii "Swoboda" Jurij Mychalczyszyn. W komentarzu wygłoszonym dla dziennikarzy określił akcję jako "tradycyjną", ponieważ już w ubiegłym roku podobny marsz się odbył jako "parada wyszywanek" (czyli ozdobionych charakterystycznym haftem koszul ukraińskich).

 

"To jest - patriotyczna młodzież Lwowa, która popiera idee sprawiedliwości społecznej i narodowej, która troszczy się o to,  ​​aby Ukraińcy zachowali swoją pamięć historyczną, która występuje przeciwko temu, aby bojownicy o niepodległość Ukrainy byli piętnowani jako wspólnicy nazistowscy i wrogowie państwowości ukraińskiej" - powiedział.

 

Odnośnie Dywizji "SS Galizien" Mychalczyszyn podkreślił: "To są nasi bohaterowie, z których jesteśmy dumni, których będziemy bronić i których dzieło będziemy kontynuować".

 

"W rzeczywistości my nie słowami, ale czynem udowadniamy, że Lwów - to Bandersztadt, to stolica ukraińskiego nacjonalizmu" - dodał.

 

Bezpośrednio w trakcie przemarszu, uczestnicy skandowali hasła "Galicja" - Dywizja bohaterów!"," Melnyk, Bandera - Bohaterowie Ukrainy, Szuchewycz, Bandera - Bohaterowie Ukrainy!", "Jedna rasa, jeden naród, jedna Ojczyzna!","Pamiętaj , cudzoziemcze, tutaj gospodarzem jest Ukrainiec!", "Twoja obojętność - twoje niewolnictwo!"," Bandera przyjdzie, zaprowadzi porządek!" i inne.

 

Ponieważ niektórzy uczestnicy akcji ukrywali twarze pod ciemnymi maskami, jeden z nich wyjaśnił, że "są śledzeni przez służby  „specjalne" i ukrywają swoje twarze dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa swoich rodzin.

 

W styczniu b.r. w czasie obchodów rocznicy bitwy pod Krutami odbył się we Lwowie marsz nacjonalistów ukraińskich z pochodniami. Uczestnicy marszu wznosili antypolskie okrzyki znane już przecież z przeszłości:

 

„Smert Lachom – sława Ukrainie”

„Lachy za San”

„Riazy Lachiw”

„Lachow budut rizaty i wiszaty”

„Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami”.

 

Ukraińska służba graniczna nie jest życzliwa Polakom. W marcu 2011 w czasie przekraczania granicy w Medyce usłyszeliśmy z żoną od umundurowanego ukraińskiego funkcjonariusza , iż: „..my was do tiurmy…” .

 

W czasie podróży tramwajowej „kontrolerzy” zatrzymali tramwaj, kazali mnie i żonie wysiąść, doprowadzili nas do kantoru, pod groźba „tiurmy”, pobrali grzywnę kilkudziesięciu hrywien,  po czym bez wystawienia pokwitowania uciekli.

 

4 lipca 1941 r. – hitlerowsko – ukraiński batalion Nachtigall na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie dokonał mordu 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni.

 

Bezpośrednio po dokonaniu tej zbrodni oddziały ukraińskiego  batalionu  SS – Galizien maszerując ulicami Lwowa niosły transparenty z hasłami „Smert Lachom”. Manifestanci to jednostka SS zbrodniczej niemieckiej formacji złożona z ukraińskich kolaborantów powołana przez Niemców dla uzupełnienia braków kadrowych.

 

"Wsławiła " się licznymi zbrodniami na Polakach.

 

Po ucieczce bolszewików ze Lwowa 22 czerwca 1941 roku brama do lwowskich Brygidek była otwarta. Sam widziałem na murach podworca krwawą maź mózgów więźniów  zakatowanych tam przez NKWD kolbami karabinów.

 

Największą liczbę więźniów zamordowano we Lwowie. Część ewakuowano 22 czerwca 1941 roku  na wschód pieszo, drogą na Tarnopol,  Czortków  , Berdyczów - aż do Moskwy, dokąd dotarli 28 sierpnia 1941 roku. W czasie marszu ci, którzy nie mogli nadążyć za kolumną, byli mordowani przez konwojentów.

 

Pozostali, załadowani w Moskwie do wagonów bydlęcych, przewiezieni zostali do Pierwouralska. W czasie przewozu wielu zmarło na tyfus.

 

Z ośmiuset wyprowadzonych ze Lwowa, ewakuację do Pierwouralska  przeżyło tylko dwustu czterdziestu ośmiu.

 

 Mimo ewakuacji części więźniów, więzienia lwowskie nie opustoszały, gdyż na miejsce ewakuowanych trafili tu nowi, aresztowani tuż po wybuchu wojny, zwłaszcza zaś po stłumieniu przez sowietów powstania ukraińskiego, jakie wybuchło 24 czerwca 1941 roku we Lwowie.

 

Wśród nowych więźniów znajdowali się zarówno Ukraińcy, Polacy i Żydzi. Łączną liczbę aresztowanych w tym czasie ocenia się na cztery do siedmiu tysięcy. Mordowanie więźniów rozpoczęto już 22 czerwca, choć - jak się wydaje - jeszcze nie na większą skalę. Starano się też jeszcze ten fakt ukrywać. Ciała zakopywano między innymi na Wzgórzach Wuleckich i na tak zwanych "Piaskach”.  24 czerwca, również wskutek chaosu wywołanego ukraińskimi wystąpieniami zbrojnymi przeciw Sowietom, wybuchła w mieście panika, a w nocy z 24 na 25 czerwca służby więzienne NKWD opuściły na kilka godzin więzienia przy ul. Zamarstynowskiej, oraz "Brygidki" przy ul. Kazimierzowskiej.

 

Części więźniów "Brygidek" udało się wydostać z cel przez rozbite piece, których paleniska otwierały się od strony więziennych korytarzy. Ci, znajdujący się już w korytarzach, otwierali od zewnątrz drzwi innych cel uwalniając następnych więźniów, by następnie uciec na wolność przez bramę główną więzienia.

 

Część więźniów nie wykorzystała okazji obawiając się, iż jest to prowokacja ze strony strażników - pozostali oni w celach, albo zdecydowali się na podjęcie ryzyka ucieczki zbyt późno. W więzieniu na Zamarstynowie, gdzie zamieszanie trwało krócej i więźniowie nie wiedzieli o ucieczce personelu więziennego, pozostali oni w celach. Zamieszanie wywołane paniką minęło jednak dość szybko i 25 czerwca nad ranem NKWD powróciło do więzień, wzmocnione oddziałami wojsk pogranicza.

 

W "Brygidkach", więźniów  znajdujących się jeszcze na dziedzińcu spędzono do budynku więziennego, a później do cel z pomocą ognia karabinów maszynowych. Do ostrzału wykorzystać miano też przejeżdżające w pobliżu sowieckie wozy bojowe. Po opanowaniu sytuacji, NKWD wypuściło więźniów kryminalnych i przystąpiło do likwidacji politycznych.

 

Egzekucji dokonywano w celach z broni palnej. Odgłosy strzałów tłumiły pracujące na pełnych obrotach silniki pojazdów stojących na dziedzińcu więzienia. 26 czerwca w nocy, w więzieniu przy ul. Jachowicza wywoływano w odstępach pięciominutowych więźniów politycznych, którym dla niepoznaki kazano zabierać ze sobą rzeczy osobiste, by następnie mordować ich w piwnicy więzienia strzałem w tył głowy. Zwłoki zamordowanych wynoszono na noszach i wrzucano do dużego, wypełnionego ponad powierzchnię wykopu, który na koniec przysypano cienką warstwą piasku. W więzieniu przy ul. Zamarstynowskiej,  po powrocie NKWD również zaczęto wyciągać więźniów z cel. Następnie prowadzono ich na dziedziniec więzienny, gdzie dokonywano egzekucji. Także i tu jej odgłosy zagłuszano za pomocą pracujących silników.

 

Więźniów wymordowano również w więzieniu przy ul. Łąckiego, gdzie miano przy tym dopuszczać się szczególnego  okrucieństwa, oraz w siedzibie NKWD przy ul. Pełczyńskiej. Ten ostatni obiekt miał 24 czerwca stać się celem nieudanego ataku bojówek ukraińskich, dążących do uwolnienia więźniów . Jak się wydaje, mordu dokonały oddziały wojsk pogranicza NKWD, które wcześniej opanowały sytuację w więzieniach po ucieczce służb więziennych.

 

W tym kilkudniowym, chaotycznym okresie, władze sowieckie zdążyły jeszcze rozplakatować w mieście zarządzenie, nakazujące wydawanie zbiegów i grożące karą za ich ukrywanie .Tylko nieliczni przeżyli masakrę więźniów w więzieniach lwowskich. Na Zamarstynowie ocalało kilka kobiet i około sześćdziesięciu mężczyzn .

 

Pewna liczba kobiet i mężczyzn uratowała się z opuszczonego przez NKWD po raz drugi więzienia przy ul. Kazimierzowskiej. Po wydarzeniach z 24 na 25 czerwca, więźniowie nie próbowali już uciekać. Zawiódł ich, być może, instynkt samozachowawczy na wieść o uwolnieniu więźniów kryminalnych, oraz fakt, iż większość z nich nie była skazana przez sowiecki wymiar sprawiedliwości na karę śmierci. Wywoływani z cel szli więc bez oporu licząc na to, iż wychodzą na wolność.

 

Przeżyli tylko ci, których nie zdołano z braku czasu wywołać, lub też ci, którzy zapędzeni nie do swoich cel, nie zgłosili się, gdy wywoływano ich nazwiska. Szacunkowe dane wskazują, że w więzieniach lwowskich zginęło łącznie kilka tysięcy więźniów.

 

Pierwsze meldunki jednostek niemieckiego XLIX Korpusu Armijnego, które 30 czerwca zajęły miasto, były bardzo nieprecyzyjne i podawały liczby rzędu od kilkuset do nawet kilku tysięcy ofiar. Jak się wydaje, próbie uściślenia liczby ofiar stanął na przeszkodzie strach przed wybuchem epidemii chorób, który zmusił Niemców nie tylko do zaniechania dokładnych prac ekshumacyjnych, ale również i do oddania rodzinom zwłok, których tożsamość ustalono 31 lipca 1941 roku, w meldunku Einsatzgruppen ze Lwowa precyzującym liczbę ofiar od trzech do czterech tysięcy. Narodowość ofiar określono jako ukraińską, bez uwzględnienia Polaków.

 

Ukraiński Czerwony Krzyż w apelu z 7 lipca, skierowanym do niemieckiej komendantury Lwowa, podaje liczbę czterech tysięcy zamordowanych. Organizacja ta zwróciła się jednocześnie o pozwolenie na zbadanie miejsca zbrodni przez przedstawicieli Czerwonego Krzyża z krajów neutralnych . Polska i ukraińska prasa „gadzinowa”, która w lipcu 1941 roku rozpisywała się szeroko na temat zbrodni, o konkretach, a w szczególności o liczbach wypowiadała się nie wiele. „Goniec Codzienny” na przykład podawał,  iż w „Brygidkach" zginęło około jednego tysiąca osób, a „Krakivski  Visti”  określały ogólną liczbę ofiar ze wszystkich lwowskich więzień na dwa do trzech tysięcy - z siedmiu tysięcy aresztowanych po 22 czerwca - przy czym tożsamość miano ustalić w przypadku siedmiuset.

 

Niemiecka propaganda oficjalna, wykorzystująca wielokrotnie sprawę sowieckiego mordu, podwyższyła liczbę ofiar nawet od siedmiu do ośmiu tysięcy, z czego trzy tysiące miało zginąć na Zamarstynowie, a cztery tysiące na ul. Łąckiego.

 

Jeden z głównych organów prasowych polskiego podziemia – „Biuletyn Informacyjny” - w numerze z 17 lipca 1941 roku podał cztery tysiące, jako łączną liczbę ofiar mordów sowieckich we Lwowie.

 

Natomiast Władysław Studnicki, w wydanej legalnie w czasie okupacji niemieckiej publikacji, podsumowującej sowiecką działalność na Kresach w latach 1939-1941, podaje liczbę tysiąca dwustu dwudziestu zamordowanych, w tym sześciuset Ukraińców, czterystu Polaków, oraz dwustu dwudziestu Żydów.

 

Analiza podanych liczb i ich źródeł pozwala przyjąć najczęściej cytowaną liczbę czterech tysięcy za najbardziej wiarygodną. I to mimo, iż według ujawnionej dokumentacji NKWD "ubyło według pierwszej kategorii" (w urzędowej terminologii NKWD eufemizm oznaczający wykonane egzekucje), tylko dwa tysiące czterystu sześćdziesięciu czterech więźniów.

 

Ta sama dokumentacja twierdzi, iż pozostawiono w więzieniach przeszło półtora tysiąca więźniów, podczas gdy relacje wskazują na odnalezienie co najwyżej kilkuset tych, którzy ocaleli .Podobnych zbrodni NKWD dokonało także w innych miejscowościach Kresów Południowo - Wschodnich.

 

22 czerwca 1941 roku straż graniczna NKWD spaliła w Oleszycach, obok Lubaczowa więźniów przetrzymywanych w zamku Sapiehów.

 

Prawdopodobnie 26 czerwca - według świadectwa polskiego - zamordowano w więzieniu w Rudkach przetrzymywane tam osoby, a ich zwłoki przewieziono następnie do pobliskiego lasku. Odnalezionych zostało dziewięć zwłok, z których rozpoznano cztery, przeważnie aresztowanych po 22 czerwca przedstawicieli miejscowej inteligencji.

 

Część więźniów zdołała uwolnić się podważając drzwi cel ryglami od pieców i uciec, kiedy NKWD na jakiś czas opuściła więzienie. Wkrótce potem enkawudziści jednak wrócili, choć na krótko i w odwecie mścili się na okolicznej ludności. Źródła niemieckie oszacowały liczbę ofiar NKWD w Rudkach i pobliskim Komarnie na około dwieście. Mieli wśród nich być mężczyźni, jak też kobiety i dzieci wyłącznie narodowości ukraińskiej, co w przypadku Rudek jest niezgodne z prawda, gdyż wśród ofiar byli tam także Polacy.

 

 

W Drohobyczu funkcjonowały dwa więzienia NKWD - większe, przy ul. Truskawieckiej,  zwane również (jak jedno z więzień we Lwowie) "Brygidkami", oraz areszt śledczy przy ul. Stryjskiej. W ostatnich dniach czerwca, NKWD wyprowadziło na dziedziniec więźniów z cel aresztu przy ul. Stryjskiej informując ich, że zostają wypuszczeni na wolność.

 

 Gdy znaleźli się już na dziedzińcu, z wież strażniczych otwarto do nich ogień z karabinów maszynowych. Pod zwałami trupów przeżyli tylko nieliczni.

 

Prasa ukraińska donosiła o niemal dwóch tysiącach ofiar, choć wydaje się, iż jest to liczba znacznie zawyżona - nie została ona tez potwierdzona przez polskich świadków, mówiących o kilkudziesięciu lub co najwyżej kilkuset zamordowanych.

 

Również wyniki ekshumacji, przeprowadzonej na terenie drohobyckiego więzienia, skłaniają do uznania za bliższą  prawdy liczbę poniżej tysiąca. W wykopach na terenie więzienia znaleziono kilkaset szkieletów i ślady wskazujące na spalenie podobnej liczby zwłok ludzkich. Jeśli nawet dodać do tego pewną liczbę zamordowanych, których zwłoki zostały pochowane osobno przez rodziny, liczby podane przez ukraińską „gadzinówkę” należy uznać za zbyt wysokie. Wciąż nie wyjaśniony do końca pozostaje los więźniów drohobyckich "Brygidek”. W piwnicach więzienia w Borysławiu NKWD zamordowało kilkudziesięciu młodych ludzi, głównie Ukraińców,  choć byli tam także Polacy.

 

Przed śmiercią ofiary okrutnie torturowano, a odgłosy znęcania się zagłuszano warkotem pracującego na dziedzińcu silnika  traktora. W Bóbrce, w znajdującym się obok sądu więzieniu znaleziono - według świadka polskiego – zwłoki  9-10 osób, zamordowanych przez NKWD. Zwłoki miały być popalone kwasem solnym w celu uniemożliwienia identyfikacji. Niemiecki meldunek wojskowy z tej miejscowości  donosił o szesnastu ofiarach narodowości ukraińskiej .

 

W Nadwornej część więźniów została wyprowadzona do pobliskiej Bystrzycy Nadworniańskiej,  gdzie nad rzeką Bystrzycą zamordowano około osiemdziesiąt osób, w tym kobiety i dzieci.

 

Ofiary zabijano uderzeniem kolby karabinu w potylicę. W Żółkwi - według relacji polskich świadków i późniejszych ustaleń - w więzieniu w Zamku Żołkiewskich NKWD zamordowało przed ucieczką trzydziestu czterech więźniów.

 

Także w tym przypadku, pierwsze niemieckie meldunki wojskowe podawały zawyżoną, jak się wydaje, liczbę od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu ofiar, wyłącznie narodowości ukraińskiej. Nie jest to zgodne z prawda, gdyż udowodniono, że wśród ofiar byli również Polacy. Z masakry uratowało się kilka osób; udało im się wybić dziurę w piecu znajdującym się w celi i wydostać na wolność.

 

Wśród uratowanych był również jeniec niemiecki. Trzydziestu więźniów zostało zamordowanych przez NKWD w Szczercu, a ich zwłoki ukryto w stodole miejscowego probostwa.

 

Kilkuset więźniów zamordowało NKWD w Brzeżanach. Od 26 czerwca odgłosy dokonywanej zbrodni głuszono warkotem pracującego silnika. W nocy 29 czerwca, zwłoki rozstrzelanych wrzucono do rzeki Złota Lipa. Informacje te potwierdzają niemieckie meldunki wojskowe. Ponadto w więzieniu znaleziono zwłoki dalszych stu pięćdziesięciu ofiar, a około siedemdziesiąt w zamaskowanych wykopach w okolicy brzeżańskiego zamku. Uratowało się osiemdziesięciu więźniów, którzy ocalenie zawdzięczają ucieczce enkawudzistów.

 

Źródło niemieckie wspomina także o znalezieniu kilkunastu okaleczonych zwłok w piwnicy jednego z domów w Premyślu. 22 czerwca, wobec groźby zajęcia Przemyśla przez wojska niemieckie, wyprowadzono z tamtejszego więzienia dwie grupy więźniów. Kilkuset więźniów politycznych doprowadzono do aresztu w Dobromilu,  a druga kolumna, złożona w większości z ponad dwustu więźniów kryminalnych, natrafić miała - według informacji ukraińskiej - na niemiecki patrol, który ich uwolnił. Świadomi oczekującego ich losu, konwojenci sowieccy mieli popełnić samobójstwo. Więźniów, doprowadzonych do Dobromila, zamordowano 26 i 27 czerwca razem z przebywającymi tam już wcześniej. Początkowo, wyprowadzanych pojedynczo, zabijano uderzeniem młotem w potylicę, by następnie tych, którzy opierali się wyjściu z cel, wystrzelać przy użyciu broni maszynowej.

 Z masakry ocalało zaledwie kilka osób. Część zwłok wywieziono samochodami do nieczynnego szybu kopalni soli w pobliskim Łącku. Niektóre relacje świadków polskich wskazują na to, iż oprócz zwłok przywiezionych z dobromilskiego więzienia, wrzucano tam również żywych więźniów przyprowadzonych bezpośrednio z Przemyśla. Szacunki łącznej liczby ofiar są bardzo rozbieżne.

 

Źródła ukraińskie, a za nimi niemieckie podają, iż ofiarą NKWD w powiatach dobromilskim i przemyskim padło około tysiąca Ukraińców.  Zaliczono do tej liczby zapewne i osoby narodowości polskiej. Według tego samego źródła, w więzieniu w Dobromilu znaleźć miano też ponad pięćdziesiąt zwłok więźniów, zamordowanych przez NKWD 27/28 czerwca.

 

Ocaleć  miało pięciu więźniów. Zwłoki zamordowanych znaleziono też w innych obiektach w mieście, zajmowanych przez NKWD. W szybie w Łącku natrafiono na około pięćset do sześciuset - wydobyto siedemdziesiąt siedem.

 

Dostępne dane zdają się potwierdzać jedną z relacji polskich, mówiącą o czterystu do pięciuset więźniach, przyprowadzonych do Dobromila z Przemyśla, a po zamordowaniu o wywiezieniu ich zwłok do wspomnianego szybu.

 

Inne polskie relacje opisują terror, jaki NKWD stosowało wobec mieszkańców obu powiatów w ostatnich dniach przed wkroczeniem Niemców.  Bliżej nieznaną liczbę więźniów zamordowało NKWD w Stanisławowie.

 

Odgłosy rozpoczętej wkrótce po 22 czerwca akcji mordowania zagłuszano warkotem pracujących silników pojazdów. Według  prasy ukraińskiej,  zginąć miało około dwóch i pół tysiąca więźniów.

 

Relacje polskich świadków i doniesienia prasy węgierskiej, odnotowane w polskiej prasie emigracyjnej, mówiły również o uratowaniu się dużej liczby więźniów - być może około tysiąca - którym udało się zbiec w czasie chwilowego opuszczenia więzienia przez NKWD.

 

Pomoc uwięzionym niósł na czele grupy młodzieży ze Strzelca i Przysposobienia Wojskowego kapitan Ignacy Lubczyński. Więźniowie uciekali, między innymi, przez ogrody więzienne.

 

NKWD wróciło jednak i dokończyło mordu na pozostałych więźniach. 23 czerwca NKWD przystąpiło do likwidacji więźniów w Sądowej Wiszni. Przedtem, przywieziono około siedemdziesięcioosobowa grupę więźniów z Przemyśla i Mościsk - ci zostali zabrani do egzekucji jako pierwsi. Po jej wykonaniu kolej przyszła na więźniów – mieszkańców  Sądowej Wiszni. Enkawudziści wymordowali ich na dziedzińcu więzienia seriami z broni maszynowej - tak i tutaj, odgłosy egzekucji zagłuszano warkotem silników. Egzekucja nie została dokończona na skutek ucieczki NKWD.

 

Nad ranem rodziny uwięzionych włamały się do więzienia, uwalniając około pięćdziesięciu ocalałych, głównie mieszkańców miasteczka i okolic - Polaków i Ukraińców.

 

Ciała ofiar NKWD, w liczbie około siedemdziesięciu, znaleziono w pobliskim lasku, obok miejscowego kościoła. Ocaleni więźniowie nie mogli jeszcze przez kilka dni powrócić do domów z powodu obecności sowieckiej w okolicy.

 

W Stryju enkawudziści wymordowali więźniów w więzieniu przy ul. Trybunalskiej, oraz w siedzibie NKWD.

 

Według świadków polskich, zabijano więźniów prowadząc ich rzekomo do łaźni. Tam byli mordowani narzędziami do uboju bydła, lub strzałem w potylicę, a następnie ich ciała - często tylko ogłuszonych - wrzucano do dołów kloacznych na podwórzu, lub do wykopu z wapnem.

 

Razem z ciałami ofiar wrzucono do kanałów zapasy żywności. Z masakry ocaleli tylko niektórzy - ci, którym udało się wydostać z więzienia po ucieczce NKWD, lub zostali uratowani przez przybyłych z pomocą mieszkańców miasta. Ocalała, m. in.  grupa Polaków, którzy po ucieczce strażników wydostali się z celi na korytarz przez piec. Tam napotkali już grupę polskich kolejarzy spieszących z pomocą.

 

Wśród znalezionych w siedzibie NKWD zwłok, wiele nosiło ślady bestialskiego okaleczenia. Liczba ofiar narodowości polskiej i ukraińskiej sięgała od stu do kilkuset.

 

 Z więzienia w Złoczowie wyprowadzono tuż po 22 czerwca kolumnę około stu więźniów, którym naczelnik więzienia oświadczył, że zostaną doprowadzeni do najbliższej stacji kolejowej i wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego. Po dojściu do wsi Folwarki, konwojenci rozpoczęli z broni maszynowej egzekucję prowadzonych. Ocaleć miało tylko trzech więźniów, którzy zdecydowali się na ucieczkę, wykorzystując zamieszanie spowodowane niemieckim nalotem. Tych, którzy pozostali w więzieniu, również zamordowano.

 

Według relacji ukraińskiej  zginęło sześciuset czterdziestu dziewięciu więźniów, z czego rozpoznać miano czterdziestu siedmiu – Ukraińców.

 

Uciekając, enkawudziści pozostawili dokumentacje więzienną, która dostała się w ręce okolicznej ludności. Według ustaleń Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi, po wkroczeniu Niemców, zwłoki ofiar znaleziono w ogrodzie więziennym oraz na dziedzińcu.

 

Mogło ich być znacznie więcej, niż pierwotnie sądzono - niektóre świadectwa mówią nawet o około dwóch tysiącach ofiar. NKWD wyjątkowo „sumiennie” miało wykonać swe zadanie, gdyż nikt z więźniów prawdopodobnie nie ocalał. W Samborze, tuż po wybuchu niemiecko-sowieckiego konfliktu, NKWD również zaczęło rozstrzeliwać  więźniów. Początkowo mordowano ich małymi grupkami, aby następnie, nocą z 24 na 25 czerwca, wyprowadzić na dziedziniec więzienia duża grupę i zmasakrować ogniem karabinów maszynowych i granatami. Jeden z więźniów wydostał się z masakry i krzykiem zaalarmował pozostałych. Ci uwolnili się z cel i, korzystając z ucieczki części enkawudzistów, podjęli próbę wydostania się poza więzienie.

 

Ostrzeliwani przez pozostałych jeszcze strażników, zdołali jednak rozbić bramę główną i zbiec. Świadkowie polscy podają przeważnie liczbę ponad pięciuset ofiar, znalezionych w samym więzieniu, oraz sto szesnaście zwłok w wykopach nad Dniestrem. Ta ostatnia liczba została potwierdzona w wyniku przeprowadzonej ekshumacji. Akcją mordowania więźniów kierować mieli: sowiecki prokurator Stupakow i naczelnik więzienia Milczenko.

 

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej przystąpiono do ewakuacji części więźniów z Czortkowa.  Według relacji świadka polskiego, kolumnę więźniów pędzono droga na Żytomierz, przez Winnice i Humań.

 

Słabnących dobijano po drodze tak, że większość została zamordowana przed dotarciem do Humania.

 

 Inną grupę więźniów transportowano koleją przez siedemnaście dni z Czortkowa do Gorkiego. Podróż w wagonach, pełnych odchodów zwierzęcych, odbywała się w ścisku i upale, co spowodowało dużą śmiertelność - w jednym z wagonów ze stu trzydziestu pięciu osób zmarły trzydzieści cztery.

 

Ciała zmarłych strażnicy usuwali co kilka dni. Pozostałych w czortkowskim więzieniu NKWD zamordowało przy użyciu karabinów maszynowych, a ich zwłoki zakopano na dziedzińcu więziennym.

 

Uciekając z miasta, enkawudziści dokonali też wielu aktów gwałtu i rabunku na ludności. Zamordowali m.in. kilku zakonników - dominikanów w ich siedzibach w mieście i poza miastem, nad przepływającym w pobliżu Seretem. Tuż przed zajęciem Tarnopola przez Niemców, NKWD wyprowadziło z tamtejszego więzienia kolumnę ponad tysiąca więźniów. Było wśród nich wielu przedstawicieli polskiej inteligencji, aresztowanych już po 22 czerwca.

 

Według świadectwa polskiego, nie wytrzymujących tempa marszu mordowano . Mordy rozpoczęły się już na ulicach Tarnopola. Pozostałych więźniów, głównie Ukraińców, NKWD zamordowało. Wśród ofiar byli także niemieccy jeńcy wojenni.

 

Ciała wrzucono do piwnic i do wykopu na podwórzu więziennym. Według niemieckiego meldunku wojskowego, zginąć miało ponad dwustu więźniów i dziesięciu niemieckich jeńców wojennych. Świadkowie polscy szacowali liczbę ofiar na mniej więcej tysiąc, a prasa polska w Wielkiej Brytanii wspominała za prasą niemiecką o kilkuset.

Na liczbę dwudziestu ofiar szacuje polski świadek liczbę więźniów, zamordowanych przez NKWD w Kamionce Strumiłowej, a dokonanie zbrodni w tamtejszym więzieniu potwierdziła również ówczesna prasa ukraińska .

 

W Kołomyi, likwidacją więzienia kierować miał prokurator o nazwisku Rak.  Zginęli także - jak podawała prasa ukraińska - więźniowie w Przemyślanach, Pasiecznej, Otyni  i Mikołajowie nad Dniestrem, a według polskich świadectw - również w Żydaczowie, Horodence i w Busku .  Potwierdzają to  świadectwa zebrane przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi.

 

NKWD likwidowało również więźniów na terenie Wołynia. W Równem zamordowano - jak podają świadectwa polskie - kilkuset więźniów.  W Dubnie część więźniów, wypędzonych na podwórze, zmasakrowano ogniem karabinów maszynowych i granatami - innych mordowano w celach.

 

Według dość zgodnych ocen niemieckich, ukraińskich i polskich, zginąć miało ponad pięćset osób.  Według tych źródeł część więźniów  miała ocaleć uwolniona przez okoliczną  ludność i nadciągające oddziały niemieckie, którym udało się też ująć enkawudzistów. 

 

W Krzemieńcu, ofiarą NKWD miało paść półtora tysiąca osób - według świadectw polskich.

 

Również w Łucku, po wyprowadzeniu kilkutysięcznej grupy więźniów na dziedziniec więzienny, oddzielono przeszło 1500-osobową grupę Ukraińców , którą następnie przeprowadzono na sąsiednie podwórze i tam zamordowano ogniem karabinów maszynowych. To samo uczyniono z pozostałymi więźniami.

 

 Do cel, w których byli jeszcze więźniowie, enkawudziści wrzucali granaty. W sumie, według świadectw polskich i ukraińskich, zginąć miało od dwóch do czterech tysięcy więźniów.

 

W Sarnach, na dwa dni przed ucieczką, NKWD dokonało jeszcze aresztowań wśród polskiej inteligencji, by następnego dnia rozstrzelać niemal wszystkich znajdujących się w tamtejszym więzieniu.

 

Świadectwa polskie mówią również o likwidacji więźniów we Włodzimierzu Wołyńskim.

 

Śmiertelne żniwo zbierała również akcja wymierzona przeciwko narodowi polskiemu na Wołyniu dokonana przez nacjonalistów ukraińskich UPA i OUN.

 

 

Przyznaną  po raz pierwszy nagrodę im. Józefa Mackiewicza otrzymali Władysław i Ewa Siemaszkowie za pracę "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945", która ukazała się nakładem wydawnictwa „Von Boroviecky”.

 

Jacek Trznadel, jeden z jurorów, określił nagrodzoną książkę jako dzieło epokowe i unikatowe. - Tak jak zostało przez historyków stosunkowo dokładnie opracowane ludobójstwo hitlerowskie i sowieckie - mówił Trznadel - tak nie było dotąd książki, która ukazałaby ogrom zbrodni dokonanej przez Ukraińców, z których rąk w latach 1939-1945 zginęło 50-60 tys. Polaków / liczba ofiar dotyczy „Rzezi Wołyńskiej”-

dopisek autora  /.

Unikatowe są też relacje zamieszczone w pracy Siemaszków, gdyż opis okrucieństw przewyższa wszystko, co znaliśmy z literatury polskiej, łącznie z rzezią w Humaniu i tymi wydarzeniami, o których mówił Wyspiański: "Mego dziada piłą rżnęli/ Myśmy wszystko zapomnieli".

 

Przewodniczący jury, Marek Nowakowski zaakcentował fakt, że w książce Władysława i Ewy Siemaszków (ojca i córki) znajdują się również relacje o Żydach, którzy na Wołyniu pierwsi padli ofiarą rzezi, a także opisy tych wypadków, w których Ukraińcy nieśli Polakom pomoc, narażając, a i tracąc własne życie.

 

Ewa Siemaszko powiedziała, że w pracy, nad którą pracowała z ojcem dziesięć lat, znalazły się informacje z 1721 jednostek administracyjnych Wołynia, a więc wsi, chutorów, kolonii, osad, majątków, miast i miasteczek. Z 1787 jednostek administracyjnych Wołynia takie informacje nie zostały zebrane. Dzieło Władysława i Ewy Siemaszków będzie zatem kontynuowane.

 

- Musieliśmy zastąpić w pracy zawodowych historyków, którzy nie kwapili się z podjęciem tego tematu, uważanego za wysoce drażliwy - powiedziała Ewa Siemaszko. - Istnieje lęk przed presją pewnych środowisk i mediów.

 

Charakterystyczne, że pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej prowadzi oficjalne działania w sprawie ludobójstwa dokonanego na Wołyniu, jak zresztą i w pozostałych wschodnich województwach Rzeczypospolitej Polskiej, natomiast pion drugi - edukacji narodowej, w ogóle nie dopuszcza użycia takiego określenia.

 

Nagroda im. Józefa Mackiewicza (7 tys. dolarów i złoty medal z wizerunkiem patrona nagrody i słowami "Jedynie prawda jest ciekawa") wręczona została laureatom w Galerii Porczyńskich w Warszawie.

 

Sprawą okrutnych mordów dokonywanych na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej zajmuje się od wielu lat również historyk zatrudniona w Akademii Górniczo – Hutniczej dr Lucyna Kulińska. Swoimi pracami wzbogaciła historię tego okresu o wiele niepowtarzalnych prac o wybitnym ciężarze gatunkowym.

 

Dr Lucyna Kulińska zajmuje się również publicystyką dotyczącą tego tragicznego okresu.  W ofiarowanej mi książce „Dzieci Kresów III” dokumentuje zbiór wspomnień osób, które jako dzieci, lub bardzo młodzi ludzie przeżyli gehennę ukraińskiego ludobójstwa, będący niejednokrotnie bezpośrednimi świadkami mordów dokonywanych na ich bliskich, krewnych, czy sąsiadach. „Dzieci Kresów III” to wstrząsający materiał źródłowy, niezastąpiony w badaniach nad historią eksterminacji narodu polskiego.

 

Wg. informacji autorki na okładce książki widnieje fotografia zmarłego, uprzednio torturowanego mężczyzny, bez nosa, będąca postacią ojca  chłopca około 5-6 letniego obserwującego zmarłego. W górnej części fotografii widoczni są matka chłopca i dziadek.

 

Ten chłopiec będący świadkiem okrutnej śmierci swojego ojca to Marian Kladny, obywatel Polski i Stanów Zjednoczonych zamieszkały obecnie w Wielkich Mostach na Ukrainie. Jak wynika z przedłożonych mi dokumentów, 6 listopada  1943 roku oddział UPA, który wkroczył do Mostów Wielkich, w okrutny sposób,  na oczach p. Mariana i reszty rodziny, zamordował jego ojca Władysława.

 

Okrutne były losy Mariana Kladnego po zamordowaniu jego ojca, jak i w czasie trwania Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Ludowej.

 

Obecnie Marian Kladny znajduje się bez pracy i bez środków do życia. Zwracał się o pomoc finansową do prezydenta Stanów Zjednoczonych, oraz do Gabinetu Marszałka Senatu, Ministra Spraw Zagranicznych RP. Bezskutecznie.

 

Obszerny materiał źródłowy badań dr Lucyny Kulińskiej znajduje się m.in. w książce autorstwa Janusza M. Palucha „Rozmowy o Kresach i nie tylko”. Ta unikalna książka – dokument pisana była przez autora 15 lat  w okresie 1995 – 2010. Stanowi ona zbiór wywiadów przeprowadzonych w tym okresie przez autora z licznymi historykami, publicystami i osobami związanymi z historią Kresów Południowo – Wschodnich II Rzeczypospolitej.

 

 Autor przeprowadził wywiady m.in. z:

 

Januszem Kurtyką,

Ks. Tadeuszem Isakowiczem – Zaleskim,

Jerzym Hordyńskim,

Jerzym Węgierskim,

Ks. Józefem Wółczańskim,

Dr Lucyną Kulińską,

Tadeuszem Noworolskim,

Stanisławem Dziedzicem

                                                                        

                                                                        Aleksander Szumański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wybory 2011

 

Putin Bronek

To dwa ptaki

Trzeci Donek

Duch jednaki

 

Kochają się

Zawsze szczerze

A w co wierzą

W Moskwę wierzą

 

Oni dla niej

To trzej święci

A dla Polski

Trzej agenci

 

Ja przepraszam

W wierszu polka

Zapomniałem

Wkleić Bolka

 

Kto oparciem

Michnikowo

Kto podtarciem

Wprostlisowo

 

W tym tle dama

Rym do wiersza

Jest ostatnia

Z bulem  pierwsza

 

A z ostatniej

Cóż wynika

Stara baba

Cud Monika

 

Do jesieni

Łza w mym oku

By skończyli

Z bulem w kroku

 

                 Aleksander Szumański

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

SPECJALNIE DLA RADIA POMOST

 

 

ZDRADZENI O ŚWICIE

 

 W literaturze polskiego romantyzmu etos poety – wieszcza i jego wizjonerstwa określany jest jako profetyzm. Zjawisko to spotykane jest również  w religiach, jako przekonanie o jednostkach powoływanych przez Boga do głoszenia Jego woli i przepowiadania przyszłości – prorokowanie.

 

„Dziady” cz. III. W widzeniu księdza Piotra zamieścił Adam Mickiewicz wizję Polski jako zbawiciela narodów. Ksiądz Piotr ujrzał historię Polski na kształt męki Chrystusa – poprzez Sąd, Drogę Krzyżową, Ukrzyżowanie i Wniebowstąpienie. Proroctwo przyszłości jaką ujrzał , jest zapowiedzią wyzwolenia.

 

„Księgi narodu polskiego” i „Księgi pielgrzymstwa polskiego, stylizowane na wypowiedź biblijną, zawierają bezpośrednią wykładnię mesjanizmu narodowego. Znów dzieje Polski interpretowane są na wzór dziejów Chrystusa, jej niewola jako cierpienie za inne narody, a polscy emigranci

/ Pielgrzymi / jako apostołowie wolności.

 

W „Kordianie” Juliusza Słowackiego także widoczna jest  profetyka  w postaci mesjanizmu narodowego, ale w innym wydaniu. Polska jest Winkerlidem narodów europejskich. Słowacki przywołał historię Winkerlida – szwajcarskiego rycerza, który dla zwycięstwa poświecił życie. Mesjanizm  tej postaci posiada mniej boski wymiar, realia historyczne/ powstanie listopadowe / znajdują bardziej polityczne niż religijne wyjaśnienie – lecz to także jest koncepcją poświęcenia się za inne kraje / Kordian na szczycie Mont Blanc /.

 

W sposób bezpośredni Słowacki prorokował powołanie Jana Pawła II na Stolicę Apostolską w utworze „Słowiański papież”, który powstał w 1848 roku:

 

„…Pośród niesnasek Pan Bóg uderza

W ogromny dzwon,

Dla słowiańskiego oto papieża

Otworzył tron.

 

Ten przed mieczami tak nie uciecze

Jako ten Włoch,

On śmiało, jak Bóg, pójdzie na miecze;

Świat mu to proch…”

 

„… Na jego pacierz i rozkazanie

Nie tylko lud

Jeśli rozkaże, to słońce stanie,

Bo moc to cud…”!   

 

„…A trzeba mocy, byśmy ten  pański

Dźwignęli świat:

Więc oto idzie papież słowiański,

Ludowy brat…”;

„…On rozda miłość, jak dziś mocarze

Rozdają broń,

Sakramentalną moc on pokaże,

Świat wziąwszy w dłoń…;

 

Zdrowie przyniesie, rozpali miłość

I zbawi świat;

Wnętrze kościołów on powymiata,

Oczyści sień,

Boga pokaże w twórczości świata,

Jasno jak dzień”.

 

Etos poety – wieszcza XX wieku przypadł w udziale mojemu ziomkowi  lwowianinowi  Zbigniewowi Herbertowi. Znawcy poezji twierdzą, iż właśnie Zbigniew Herbert powinien być laureatem literackiej nagrody Nobla dla Polski.

 

Dla mnie ogromnie prestiżową nagrodą jest Nagroda Pierścienia i tytuł Księcia Słowa (Rada Naczelna Zrzeszenia Studentów Polskich), którą uzyskał Zbigniew Herbert w 1961 roku.

 

Urodził się we Lwowie 29 października 1924 roku. Pochodził z polskiej rodziny o tradycjach kulturalnych i patriotycznych. Był synem Marii z Kaniaków i Bolesława Herberta, legionisty, prawnika, profesora ekonomii, dyrektora banku.

 

Publicysta lwowski Mariusz Olbromski nazwał Zbigniewa Herberta „Poetą wierności”.

 

Twórczość Zbigniewa Herberta powstała z potrzeby oporu w okresie powojennym wobec narzuconego Polsce i innym krajom zniewolenia, sprzeciwu wobec przemilczania dziedzictwa kulturowego, podważania tradycyjnego systemu wartości. Z negacji konformizmu i relatywizmu. Jest artystyczną „relacją” o niebezpieczeństwach, jakie napotyka świadomość współczesnego człowieka szukającego wytrwale istoty swej powinności, narażonego na amnezję historyczną i wydziedziczenie. Jak chyba żadna poezja współczesna w Polsce jest pełna współczucia dla pokrzywdzonych – teraz i w przeszłości. Czerpiąc twórczo z miłością i wielkim znawstwem ze skarbca Biblii i kultury antycznej Herbert nieustannie bierze w obronę współczesnego człowieka przed zagrożeniem jakie niesie historia. Unika jednak łatwego dydaktyzmu i prostych rozwiązań, raczej niepokoi sumienia i wzywa do własnych poszukiwań.

 

„Przesłanie Pana Cogito” należy do utworów wieszczych. Alegoria jest w tym utworze umowna, ale przerażająco wieszcza – przewidująco - prorocza, ale i dająca nadzieję:

 

„…ocalałeś nie po to, aby żyć

masz mało czasu trzeba dać świadectwo

 

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny

w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

 

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze

ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

 

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie…”

 

Utwór powstał w 1974 roku.

 

I oto 10 kwietnia 2010 roku wydarzył się Dramat Narodowy.  A w rok po Tragedii Smoleńskiej Jarosław Kaczyński sięgnął do Herberta:

 

„…można o nich powiedzieć, tak jak powiedział o innych wielki poeta „zostali zdradzeni o świcie…”. 

 

Natychmiast wdowa po Herbercie Katarzyna Herbert rozesłała do mediów oświadczenie, w którym zaprotestowała  przeciw „wykorzystywaniu twórczości męża do celów politycznych”.

 

 Ale jeszcze przed rokiem wdowa po poecie nie miała nic przeciwko  wykorzystywaniu nazwiska Herbert do celów politycznych.

 

I tak w maju 2010 roku  wysłała list, w którym w wyborach prezydenckich zdecydowanie poparła Bronisława Komorowskiego.  Rzeczniczka sztabu Komorowskiego, poseł Małgorzata  Kidawa – Błońska / PO /  wówczas komentowała:

 

cieszę się, bo uważam, że Herbert jest własnością wszystkich  Polaków i wszyscy mamy prawo czytać jego wiersze, niezależnie od przekonań politycznych”.

 

To nie pierwsze polityczne starcie z wdową po poecie, z jego twórczością w tle. W 2000 roku  Telewizja Polska wyemitowała film Jerzego Zalewskiego „Obywatel poeta” poświęcony zmarłemu w 1998 roku pisarzowi. Herbert mówił w nim o redaktorze naczelnym „Gazety Wyborczej” :

 

Michnik jest manipulatorem . To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny”.

 

Po emisji tego filmu Katarzyna Herbert w wywiadzie dla „Gazety  Wyborczej” przekazała Jackowi Żakowskiemu, że Herbert nadużywał alkoholu i miał problemy z postrzeganiem rzeczywistości.  Katarzyna Herbert przy innych okazjach, tak w osobistych zwierzeniach, jak i w wywiadach sugerowała występujące u męża objawy choroby psychicznej.

 

Oczywiście inni politycy, również sięgali do cytatów poetyckich, jak np. Donald Tusk, który w czasie wygłaszania expose’ sięgnął do Cypriana Kamila Norwida, apelując do posłów: „wolni ludzie, tworzyć czas”.

 

Podczas obchodów 70 rocznicy  wybuchu II wojny światowej na Westerplatte Tusk cytował węgierskiego pisarza Sandora Marala, „Gazeta Wyborcza” sięgnęła po poezję w walce politycznej zwalczając opowiadający się za lustracją rząd premiera Jana Olszewskiego , prezentując wiersz Wisławy  Szymborskiej „Nienawiść”.

 

Aż tu nagle powstała awantura polityczna o cytat z Herberta wygłoszony przez Jarosława Kaczyńskiego –

 

 

 

 

 

 

 

- o te wieszcze wersy „Przesłania pana Cogito”:

 

 „…niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie…”

 

 

Prezydent Bronisław Komorowski poetów nie cytuje, ponieważ sam pisze:

 

 

Podziękowanie posłankom PO

 

Wielkie dzięki drogie panie

wielkie dzięki za poparcie, za zachętę,

bym w wyborcze stawał szranki,

wielkie dzięki ale przyznam,

że gdy tyle pań dokoła

nie wybory mi się marzą

ale inne kwestie zgoła

 

 

Katarzyna Herbert de domo Dzieduszycka spokrewniona z Wojciechem Dzieduszyckim ksywa „Turgieniew”, zapewne posiada podobny charakter do swojego niesławnej pamięci  hrabiego - kapusia.

 

To smutne, aby występować przeciwko twórczości i osobowości własnego męża, i  bezczelnie podpierać się nieprawdą. Zapewne już dawno ta pani utraciła moralne prawo do używania nazwiska Herbert.

 

Pragnie ona usunąć pewne niewygodne dla jej mocodawców fakty z życia pisarza, usiłuje unieważnić pewne jego wypowiedzi intelektualno – publicystyczne, albo zmienić ich sens, twierdząc: „powyjaśniać to, czego on nie zdążył wyjaśnić”. Usiłuje więc przekonać szeroka opinię publiczną, że część publicystycznych wystąpień pisarza  nastąpiła skutkiem trawiącej go przez dziesiątki lat choroby  psychicznej, która wypaczała zdrowego i prawdziwego Herberta.

 

Niestety Zbigniew Herbert był również przedmiotem ataków medialnych. Gdy przed kilku laty ukazał się w tygodniku „Wprost” artykuł oskarżający pisarza o współpracę z SB, udałem się do znanego mi członka kolegium IPN dr Sławomira Radonia w sprawie wyjaśnień. Otrzymałem opinię naukową o tej szlachetnej postaci. Nikt jednak nie wystąpił przeciwko „Wprost” za opublikowany wówczas paszkwil.

 

Powtórzę:

 

Zbigniew Herbert powiedział:

 

Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek  złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował socjalizm z ludzka twarzą. To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem”.

 

 

 

 

I nigdy tego nie odwołał.

 

Herbertowa podejmuje próby ukrycia tych niewygodnych dla niej i jej mocodawców  stwierdzeń pisarza, uważając równocześnie:

 

„ten kto instrumentalnie używa imienia, idei, oraz spuścizny twórczej Zbigniewa Herberta do realizacji własnych celów politycznych, ten dopuszcza się nadużycia, a przez to okazuje brak szacunku mojemu mężowi i jego twórczości. Przeciwko takiemu postepowaniu wyrażam mój stanowczy sprzeciw”.

 

Zaatakowała więc Herbertowa Jarosława Kaczyńskiego, za cytat z „Przesłania Pana Cogito„ o którym wyżej.

 

Gdy Czesław Miłosz powiedział na kolacji w obecności Amerykanów, że należy przyłączyć Polskę do ZSRS i że akowcy to bandyci, Zbigniew Herbert wyjawił to krytycznie na łamach „Solidarności”. Czy o tym też nie wolno mówić zdaniem pani Herbertowej?

 

Po opublikowaniu antypolskiego  wiersza Czesława Miłosza:

 

 „Moja wierna mowo”

 

" Bo ty jesteś mową upodlonych

mową nierozumnych i nienawidzących

siebie bardziej niż innych narodów

mową konfidentów

mową pomieszanych

chorych na własną nienawiść."

 

W odpowiedzi powstał utwór Zbigniewa Herberta:

 

„ …był hybrydą w której wszystko się telepie

duch i ciało góra z dołem raz marksista raz katolik

chłop i baba a w dodatku pół Rosjanin a pół Polak

Chodakiewicz /Miłosz - dopisek autora/ pisał także prozą - żal się Boże

O dzieciństwie a to było nawet ładnie

Był jak student który czyta parę książek

Niedokładnie…”.

 

Czy zdaniem Herbertowej tego utworu też nie wolno cytować?

 

Czy Herbertowa dokonała podziału na dozwolone i niedozwolone publikacje i wiersze pisarza. A jeżeli tak, to jakie posiada uprawnienia cenzorskie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie zapomnimy:

 

„…niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

a kornik napisze twój uładzony życiorys

 

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie…”.

                                                               Aleksander Szumański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Katarzyna Herbert de domo  Dzieduszycka Turgieniew

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

MODLITWA

 

NIE DAJ ZAPOMNIEĆ DNIA ŻAŁOBY

I MOCY DUCHA NIE DAJ ZGASNĄĆ

WSPOMÓŻ MIZERNE NASZE SERCA

I W POLSKĘ WIERZYĆ

DAJ NAM PRAGNĄC

 

I POBŁOGOSŁAW LOS OJCZYZNY

TYCH CO NA ZAWSZE WSZAK SĄ NAMI

NIE DAJ SPRZEDAWCOM ICH ODGARNĄĆ

ODPUŚĆ NAM NASZE GRZECHY ZA NICH

 

NIECH CZYN PRZYGARNIE WIARĘ MOJĄ

NIKT NIE ROZTRZASKAŁ WSZAK NADZIEI

NIELUDZKIEJ ZIEMI NIM DOTKNĘLI

NAJSPRAWIEDLIWSZY DAŁ IM ZASNĄĆ

 

ONI KOŁYSZĄ U STÓP TWOICH

SZTANDAR CO POLSKIM ZWĄ SZTANDAREM

NIE MĘCZENNICY ONI ZWĄ SIĘ

CZYIM SĄ PANIE ONI DAREM

 

ZMIERZCH NAD ŻAŁOBĄ SIĘ POCHYLA

NIELUDZKIE SERCA W TYM POCHODZIE

NIM SŁOŃCE WZEJDZIE ZNÓW ZARANIEM

POCHYL NAD NIM MOC SWĄ PANIE

 

                                   KRAKÓW, 7 KWIETNIA 2011

 

 

 

 

    ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

 

        STANY ZJEDNOCZONE ZE ŚWIATOWYM KONGRESEM ŻYDÓW

          W BOJKOCIE POLSKI Z 67 MILIARDAMI DOLARÓW W TLE

 

          Na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów został zamieszczony artykuł Menachema Rosensafta, nowojorskiego prawnika, wzywający Amerykanów pochodzenia żydowskiego do bojkotu Polski, polegającego na wstrzymaniu wydawania dolarów w Polsce, ponieważ nie została dotąd rozwiązana  kwestia restytucji w Polsce mienia żydowskiego. Szef tej organizacji Michael Schneider uważa jednak, że najpierw należy prowadzić w tej sprawie rokowania z polskim rządem, czyli  domyślnie dopiero potem bojkotować Polskę .

 

Sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów mówi, iż jego organizacja docenia fakt okazywania przyjaźni przez polski rząd Izraelowi, licząc, że rząd Polski usiądzie do stołu i rozpocznie rokowania o sposobie restytucji przejętego mienia, lub wypłaty ofiarom Holocaustu i ich spadkobiercom odpowiedniego odszkodowania.

 

Mamy nadzieję na szybkie i pomyślne decyzje rządu polskiego w sprawie uchwalenia odpowiedniej ustawy o restytucji mienia żydowskiego w Polsce, tym bardziej, iż  problem ten wisi nad Polską od czasu zakończenia II wojny światowej – przekonuje Schneider. Takie argumenty przedstawił oficjalnie kilka tygodni temu Światowy Kongres Żydów. Stanowisko tej wpływowej organizacji poparł również rząd Stanów Zjednoczonych wzywając oficjalnie polskie władze do restytucji mienia żydowskiego. Całkowicie zostały zignorowane ustalenia, iż restytucja mienia pozostawionego w Polsce przez osoby, które później otrzymały obywatelstwo amerykańskie została uregulowana przez układ z 16 lipca 1960. Stroną zobowiązaną do zaspokojenia roszczeń obywateli amerykańskich wobec rządu polskiego, pochodzących sprzed tej daty, jest rząd amerykański.

Obowiązki państwa polskiego do restytucji mienia utraconego przez obywateli polskich na  przejętych przez Litwę, Białoruś i Ukrainę terenach II Rzeczypospolitej zostały określone w Układach republikańskich z 1944.

 

   Przypomnę za  VZ/PAP iż w dniach 2 – 4 lipca 2010 r. a więc również w czasie trwania  ciszy wyborczej przyjechała do Polski ponad setka politycznych VIP-ów, wśród nich sekretarz stanu USA Hillary Clinton, aby spotkać się  z p.o. prezydenta RP Bronisławem Komorowskim. Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski wizytę potwierdził, nie podał jednak celu wizyty. Cel wizyty był oczywisty. Pani Hillary Clinton wysłana została przez wpływowe samozwańcze grupy organizacji żydowskich w USA, aby załatwiła z / nowym!/  prezydentem RP wypłatę majątku Narodu Polskiego na rzecz owych grup w kwocie przekraczającej 67 miliardów dolarów USA, a więc 4,2 razy więcej niż wynosi deficyt budżetowy / 52 miliardy zł – 16 miliardów dolarów amerykańskich /, przy długu zagranicznym państwa polskiego wynoszącym ponad 185 miliardów euro.

Bezprecedensowa wizyta przypadająca w czasie kampanii prezydenckiej i ciszy wyborczej dla pokazania się Komorowskiemu  100 politycznym VIP-om  na czele z sekretarzem stanu USA Hillary Clinton  stanowiła jawne pogwałcenie  suwerenności Polski z obrazą przez USA polskiej racji stanu. Nie informowanie opinii publicznej o zaplanowanej wizycie i jej nie przypadkowy przecież termin stanowił następny krok w serwilistycznej, aroganckiej, antypolskiej, polityce rządu Donalda Tuska. Wizytę Hillary Clinton w tym wyborczym terminie należy uznać za niedopuszczalną i bezpardonową ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski z arogancją prezydenta Stanów Zjednoczonych włącznie.

Wizyta lipcowa 2010 była integralnie powiązana również ze spotkaniem w USA Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego z grupą czołowych przedstawicieli tzw. lobby żydowskiego- samozwańczych organizacji żydowskich w USA  w marcu 2008 r.

Podczas tego spotkania w Nowym Jorku z przedstawicielami organizacji żydowskich w USA premier Donald Tusk obiecał rozwiązanie jeszcze w roku 2008  ciągnącego się od lat problemu restytucji prywatnego mienia żydowskiego w Polsce. Informację  potwierdził szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak, który towarzyszył  szefowi rządu podczas wizyty w USA.

Premier Tusk poruszając problem prywatnej własności był bardzo otwarty i potwierdził to o czym zapewniał min. Łaszkiewicz, który powiedział, iż ten rząd zobowiązuje się do rozwiązania problemu. Premier powiedział, że do września 2009 r. ustawa o reprywatyzacji zostanie uchwalona i szybko jeszcze w roku 2009 wprowadzona w życie. Wiceprezes Światowego Kongresu Żydów / WJC / Kalman Sułtanik oświadczył, iż premier zapowiedział poddanie pod głosowanie ustawy o reprywatyzacji mienia żydowskiego jeszcze do września 2008 roku.

Informacja PAP z marca 2008 r. nie wyjaśniła pod jakie głosowanie nieistniejąca ustawa o reprywatyzacji mienia żydowskiego ma być poddana.  PAP nie wyjaśniła również, iż w przypadku mienia pożydowskiego  każdą indywidualną sprawę wyjaśnia postępowanie sądowe  z udziałem kuratora reprezentującego interesy byłego  właściciela.

Premier polskiego rządu deklarując wypłatę amerykańskim  organizacjom żydowskim za mienie pożydowskie w żądanej wysokości 67 miliardów dolarów nie oświadczył publicznie z jakich środków  owe pieniądze /odszkodowania ? / będą pochodzić. Z budżetu państwa? Zapewne Tusk zmierza do przekazania majątku  narodowego do kas lobby żydowskiego w USA, w czym miało dopomóc mu 100 VIP-ów z Hilary Clinton na czele. Deficyt budżetowy państwa polskiego wynosi 52 miliardy zł czyli ok. 15 miliardów dolarów USA. Tusk podjął więc zobowiązanie skarbu państwa w wysokości przekraczającej  4,5 razy deficyt budżetowy państwa.

Istniał oczywiście plan pokazania Komorowskiego w uściskach z Hillary Clinton, aby w ten sposób zapewnić mu zwycięstwo w II turze wyborów prezydenckich. Jarosław Kaczyński w razie zwycięstwa nie byłby właściwym prezydentem RP do tych haniebnych rokowań.

Po Katyniu 2010 do zdobycia więc przez „neo  Konfederację targowicką” pozostał wówczas jeszcze wyłącznie Pałac Namiestnikowski.

17 września to data o której się nie pamięta, która to okrywa tajemnicą niewyobrażalne morze cierpień a także straszliwą rzeczywistość polityczną. Bez 17 września nie byłoby 1 września, nie byłoby II wojny światowej, ludobójstwa, deportacji, holocaustu i rozbioru Polski między III Rzeszę Niemiecką a ZSRS, przy walnej pomocy faszystów ukraińskich z OUN-UPA.

Na tą rzeczywistość składają się trzy symbole: Auschwitz-Katyń-Wołyń, podporządkowane sojuszowi  sowiecko-niemieckiemu, który leżał u podstaw źródeł nieszczęść Europy XX wieku i II wojny światowej   rozpętanej za przyczyną tego sojuszu. Gdyby nie porozumienie tych dwóch potęg, gdyby Hitler nie miał gwarancji Stalina, iż wspólnie zniszczą Polskę, zapewne wojny by w tym czasie nie wywołał. Gdyby z kolei Stalin nie wkroczył 17 września, istniałaby szansa dalszego polskiego oporu przeciwko wojskom niemieckim na tzw. przedmościu rumuńskim, a wtedy cała II wojna światowa, cała wojna obronna Polski we wrześniu 1939 roku potoczyłaby się inaczej.

Okupacja tej części Polski która znalazła się po 17 września w rękach sowieckich [ok. 52% Polski], została wykorzystana przez sowietów nie tylko do wymordowania narodu polskiego i jego elit, ale także jako laboratorium przyszłych kadr, które kształtowały tzw. Polską Rzeczpospolitą Ludową [ PRL]. Ludzie ci rządzili z ramienia Moskwy przez ponad 50 lat Polakami, wywodzili się często spośród kolaborantów na rzecz sowietów, oraz zdrajców narodowych. Ich potomkowie dotrwali niekiedy u steru władzy do dnia dzisiejszego, zajmując ważne miejsca w strukturze społecznej i celowo blokują ujawnianie całej prawdy o 17 września 1939 czyli o IV rozbiorze Polski.

W PRL propaganda głośno mówiła o faszystowskich Niemczech i napaści z 1 września oraz nazistowskich zbrodniach, ale tematem tabu, tematem zakazanym była napaść ZSRS na Polskę i data 17 września, oraz zbrodnie sowieckie w Polsce, Katyniu , aneksja połowy Polski przez ZSRS na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow.

Po odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1989 roku zaczęto więcej mówić o IV rozbiorze Polski i jego skutkach, ujawniać zdrajców i kolaborantów sowieckich, oraz tragiczne losy Polaków pod okupacja radziecką. Niestety obecne salony polityczne milczą w imię pseudo dobrego sąsiedztwa i tzw. poprawności politycznej o udziale naszych sąsiadów w IV rozbiorze Polski. Nie wypada mówić o napaści Litwy [ za zgodą ZSRS] i aneksji Wilna, czy udziale Słowacji w agresji na Polskę, czy napaści zbrodniczego Legionu Ukraińskiego nie mówiąc już o hitlerowskiej agenturze w Polsce spod faszystowskiego znaku OUN-UPA, odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu, Podolu, Małopolsce Wschodniej i we Lwowie, oraz winnej wszczęcia rebelii wewnątrz państwa polskiego we wrześniu 1939 roku na rzecz III Rzeszy Niemieckiej,  a później na rzecz ZSRS.

A dzisiaj?

Ambasador Stuart E. Eizenstat, specjalny doradca sekretarz stanu pani Clinton do spraw epoki Holocaustu wyraził "rozczarowanie" nie wdrożeniem do tej pory ustawy o restytucji mienia żydowskiego i dodał, że ma nadzieję, iż polski rząd będzie "kontynuował działania, które tak wiele razy obiecywał i że zrobi krok naprzód w sposób, na który stać go finansowo, w sposób sprawiedliwy wobec społeczeństwa polskiego i tych polskich obywateli, oraz osób o polskich przodkach którzy stracili własność zarówno w epoce komunistycznej, jak i nazistowskiej”.

POlactwo „lekką ręką” pragnie przeznaczyć 67 miliardów dolarów dla lobby żydowskiego – nielegalnych organizacji w USA znajdujących się wspólnie i w porozumieniu  z rządem amerykańskim w bestialskim ataku na Polskę i Polaków. Aby przygotować właściwy grunt do tej haniebnej, bez podstawy prawnej procedury, jako przednią wartę wysyła się różnych antypolskich „strategów” typu Grossa, Grudzińskiej Gross, czy nie żyjącego „drogiego Bronisława”, który w wywiadzie z Anną Krall powiedział: „Polacy? Ja ich nienawidzę”. Za ujawnienie tego wywiadu opinii publicznej Waldemar Łysiak otrzymał „antysemicką salonową maczugą w łeb”.

Menachem Rosensaft   nowojorski prawnik, założyciel i przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Dzieci Ofiar Holokaustu, którego rodzice przeżyli Auschwitz i Bergen-Belsen, wyraził opinię:

10 lipca  1941 Polacy we wschodnim polskimi miasteczku Jedwabne zgonili i zmasakrowali ponad 300 żydowskich sąsiadów ( Jan T. Gross podaje podał liczbę ofiar 1600). Prowadzeni przez swojego burmistrza, ci w większości chodzący do kościoła chrześcijanie zgonili żydowskich mężczyzn, kobiety i dzieci do stodoły i spalili ich tam żywcem. W lipcu 1946 tłum w polskim mieście Kielce zabił 42 Żydów którzy powrócili tam po Holocauście”.

 W styczniu 1996 roku polski minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati przyznał w liście do Światowego Kongresu Żydów że - jak to nazwał - "niesławny pogrom kielecki " był "aktem polskiego antysemityzmu".

I dalej Rosensaft:

„Pomiędzy pogromami w Jedwabnem i Kielcach, niezliczeni Polacy czerpali profity z niemieckiego "Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej". Polaków którzy ukrywali Żydów ryzykując własnym życiem ogromnie przewyższali liczebnie ci, którzy denuncjowali Żydów nazistom, grabili ich mienie i bezwstydnie wprowadzali się do domów żydowskich rodzin, które zostały deportowane do obozów śmierci i obozów koncentracyjnych. Dodatkowo, Polacy codziennie korzystają z zysków z własności wartej miliony dolarów, którą Żydzi posiadali w Polsce przed 1939 rokiem”.

 

 

 

Podczas gdy inne dawne kraje komunistyczne wschodniej i centralnej Europy podjęły znaczące, nawet jeżeli nie w pełni satysfakcjonujące działania, by zamknąć rachunki ze swoimi byłymi obywatelami, Polska powłóczy nogami przez ponad 20 lat, z kolejnymi prezydentami, premierami i innymi oficjelami obiecującymi wdrożenie ustawy, które to obietnice nigdy się nie materializują”.

„Polskie władze muszą zostać zmuszone do zrozumienia , że to co urasta do wielkiego złodziejstwa i sprzeniewierzenia jako narodowa polityka ma konsekwencje. Dopóki Polska nie wdroży znaczącego prawa, które odnosi się do roszczeń majątkowych ofiar Holocaustu i ich potomków, wspólnota żydowska ogólnie oraz ocaleni i ich rodziny w szczególności powinny wstrzymać zasilanie polskiej gospodarki pieniędzmi z turystyki i w inny sposób. Moralna perswazja w sposób jasny nie zadziałała. Może potraktowanie Polski w ten sam sposób w który ona traktuje Żydów i innych obrabowanych ze swojej własności okaże się bardziej skuteczne”.

 „To wszystko z trudem czyni z Polaków niewinnych obserwatorów”.

 Stanisław Michalkiewicz w felietonie wygłoszonym na antenie Radia Maryja dnia 29 marca 2006 powiedział:

"Żeby łatwiej rozmiękczyć Polaków i w ten sposób wyciągnąć od Polski co najmniej 60 miliardów dolarów, trzeba z jednej strony oczerniać nas przed światem jako naród morderców, a z drugiej – doprowadzać nas do stanu bezbronności wobec żydowskich żądań poprzez systematyczną tresurę w tak zwanej tolerancji i w tak zwanym dialogu. Owa tolerancja, to nic innego, jak przyjęcie żydowskiego punktu widzenia, zaś dialog – to nic innego, jak potulne spełnianie wszystkich zachcianek przedsiębiorstwa holokaust."

Na antenie Radia Maryja powiedziano:

"Zgodnie z prawem polskim, a konkretnie – z przepisami dekretu z 8 października 1946 roku – prawo spadkowe – jeżeli do 1 stycznia 1949 roku nie zostało przed polskim sądem wydane postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku – to taki spadek, jako tzw. utracony, przypada Skarbowi Państwa. Oznacza to, że menadżerowie przedsiębiorstwa holokaust zwyczajnie chcą od państwa polskiego te miliardy dolarów wyłudzić."

Audycja ta wywołała wiele komentarzy. W reakcji na dyskusję w mediach Marek Edelman postanowił wypowiedzieć się w tej sprawie i wystosował list otwarty do władz RP:

"Po 16 latach w Polsce istnieje radiostacja Radio Maryja, która w swoich programach politycznych szerzy ksenofobię, szowinizm i antysemityzm, niektóre jej audycje nie odbiegają od hitlerowskiego Sturmera. Pan Premier, Pan Marszałek, ministrowie i niektórzy posłowie występują w tej rozgłośni, co podnosi jej rangę, czyni wiarygodną i sprawia wrażenie, że Państwo solidaryzuje się z linią polityczną Radia Maryja. W społeczeństwie niestety zdarzają się występy rasistowskie, jak np. na stadionach lub graffiti na murach, które sieją nienawiść rasową, szowinizm i antysemityzm. Doświadczenie uczy, że od nienawistnych słów do zbrodniczych czynów jest czasem niedaleka droga."

Do felietonu Michalkiewicza ustosunkował się również ojciec Tadeusz Rydzyk w specjalnym oświadczeniu:

"Jeżeli ktoś został dotknięty wypowiedziami u nas, jednego spośród znanych polskich felietonistów, to jest nam bardzo przykro."

Prokuratura rejonowa w Toruniu umorzyła śledztwo w sprawie felietonu, nie dopatrzywszy się w nim znamion przestępstwa.

Należy w tym miejscu przypomnieć uściski Tuska  z Putinem tuż po Katyniu 2010 i  tuskowe wcześniejsze wyznania:

- ” Jak wyzwolić się od tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło – ponuro - śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnie ochoty dźwigać. Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski – tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem”.

 

A szeregowy politykier PO Bronisław Bul – Komoruski,  kandydat na prezydenta wszystkich Polaków, w Gruzji po nieudanym zamachu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego powiedział: „jaki prezydent, taki zamach”. Zwracając się do PIS Tusk oświadczył: „zginiecie jak dinozaury”. Sikorski: „dorżnąć watahę”.

Czy to były proroctwa, czy już wiedza?

 Niestety 4 lipca2010 nie obroniliśmy   ostatniej ostoi  polskości!!!

„Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek”

– / Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski/.

                                                                                                                            

                                                                             

                                                                                                                           Aleksander Szumański